Wpisz i kliknij enter

Noel Akchote i Manuel Mota w Krakowie

Jednym z najbardziej rozpowszechnionych obiegowych sądów na temat gitary jest pojawiająca się nawet w podręcznikach jazzu teza o jej mocno ograniczonych (np. w porównaniu z saksofonem) możliwościach artykulacyjnych. Noel Akchote i Manuel Mota
1 X 200, Kraków, Drukarnia
Jednym z najbardziej rozpowszechnionych obiegowych sądów na temat gitary jest pojawiająca się nawet w podręcznikach jazzu teza o jej mocno ograniczonych (np. w porównaniu z saksofonem) możliwościach artykulacyjnych. Koncert Noela Akchote oraz Manuela Moty w krakowskiej Drukarni poza tym, że był wielkim wydarzeniem muzycznym, był także doskonałą okazją do zaprzeczenia tej tezie. Franusko – portugalski duet wyszedł na scenę i bez zbędnych ceremonii chwycił za instrumenty. Od tego momentu, przez ponad godzinę salę koncertową klubu wypełniła najwyższej próby swobodna improwizacja.
Od samego początku wiadomo było, że w grze gitarzystów nie będzie ani krzty asekuranctwa, właściwego co bardziej „rozrywkowym” odmianom muzyki improwizowanej. Akchote i Mota zaczęli ostro i do samego końca nie spuszczali z tonu. Przez dłuższy czas artyści grali dźwięki abstrakcyjne, pozbawione wyraźnego emocjonalnego kolorytu, zarazem jednak błyskotliwe, pełne inwencji i porywające. Instrument Francuza przez większą część koncertu brzmiał mocniej aniżeli stratocaster Moty – zarówno za sprawą ustawień sprzętu, jak i charakterystycznego dla muzyka mocnego ataku na struny.
Akchote wielokrotnie przestrajał swoją gitarę, czyniąc ze stroika środek realizacji muzycznych pomysłów. Od czasu do czasu Francuz grał bardzo szybkie, zawiłe frazy przywodzące na myśl saksofon Charliego Parkera. Mota wydawał się być relatywnie odrobinę bardziej powściągliwy. Portugalczyk używał obu dłoni do drażnienia strun, a specyficzny sposób przetwarzania dźwięku nadawał mu bardziej organicznego charakteru. Najbardziej chyba niecodziennym sposobem gry, jaki dane było zobaczyć i usłyszczeć widowni okazało się pocieranie i uderzanie szyjką gitary o wzmacniacz – w ten sposób popisywał się Mota.
Muzycy rozwijali coraz to nowe pomysły, nie przywiązując się do żadnego z nich na dłużej, niż to konieczne. Kiedy Akchote zaczął wydobywać ze swojego instrumentu monumentalny, aczkolwiek nie przytłaczający dron, wydawało się, że będzie to kulminacyjny moment koncertu. Całe szczęście jednak, muzycy mieli jeszcze sporo energii na dalszą część swojego występu. W pewnym momencie Akchota wyjął szklany slide i zaczął grać fantastyczną mieszankę…ambientowo – noisowo – bluesową.
Podsumowując, w drukarni zagrali dwaj wybitni improwizatorzy, będący – co ważne – w doskonałej formie. Podejrzewam, że odwołując się właśnie do tego koncertu dałoby się stworzyć katalog cech idealnego występu free-impro. Jednocześnie owa bliskość do doskonałości – dzięki nieokiełznanej wyobraźni muzyków – nie wiązała się w Drukarni z groźbą wyczerpania formuły, a tym bardziej nudy.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy