Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?

Floating Spectrum – A Point Between
Jarek Szczęsny:

Cyfrowy pomnik przyrody.

Bleu Roi – Dark/Light
Łukasz Komła:

Wiosną ubiegłego roku wsłuchiwaliśmy się w singiel szwajcarskiego projektu Bleu Roi, a przed kilkoma dniami ukazała się ich nowa EP-ka „Dark/Light”, którą przybliżamy i jednocześnie o niej rozmawiamy z Jennifer Jans.

Traversable Wormhole – Regions Of Time
Paweł Gzyl:

Adam X wraca do projektu sprzed dekady.

Sudan Archives – Athena
Jarek Szczęsny:

Do diabła z dobrymi radami.

Planetary Assault Systems – Plantae
Paweł Gzyl:

W stronę psychodelii.

Sleep D – Rebel Force
Paweł Gzyl:

Muzyczny zapach minionego lata.

Levitation Orchestra – Inexpressible Infinity
Jarek Szczęsny:

Podpalacze wzniecają eutymię.

Innercity Ensemble – IV
Jarek Szczęsny:

Luz i bogactwo.

Grischa Lichtenberger – RE:PHGRP
Paweł Gzyl:

Free jazz w „rasterowej” wersji.

Jónsi & Alex Somers – Lost and Found
Jarek Szczęsny:

Dla przyjemnego słuchania.



The Dø – A Mouthful


„Mouthful” jest dla aktualnego indie tym, czym dla metalu AD 2007 był „Red Album” Baroness. Oddechem świeżości, miękkością króliczka, efektem axe: otwarciem stylistyki na nieufnych, zazwyczaj sarkających na nią słuchaczy. Od pierwszego kawałka, w którym magiczny flet wyprowadza dzieci z Guantanamo, wiadomo, że będziemy jej szukać po ulicach. Olivia B. Merilahti sprawdza się bowiem spełniając sen Annie Clark o byciu alternatywną laską, który to etos wcale nie jest taki oczywisty. Wbrew pozorom wyklucza zapisywanie liryków na serwetkach przy „kawie i papierosie”, podsłuchiwanie rozmów pasażerów metra i wspólne gotowanie z przyjaciółmi. Zakłada natomiast m.in. bycie sexy i całe linijki sarkastycznych punch lineów, które zbudowały wysokie oceny debiutów Interpolu i She Wants Revenge zastępując młodzież w obowiązku wymyślania przyszpilających do podłogi ripost.
Od zaznaczenia swojej wyższości nad innymi dziewczynami dzięki odnalezieniu już miłości życia (jeden z hitów – „At Last!”), przez realny banger po fińsku („Unissasi Laulelet”; ręce do góry kto zostaje przy węgierskim Ladytronie) aż po wykorzystanie milczenia Uffie i wystrzelenia zabawnego rapu: „Hello kids / Im gonna have the shapest flow / And youre gonna tremble and go home” („Queen Dot Kong”, Eminem vs. CocoRosie), pomijając już shoegazowe wstawki w stylu Lush lub Asobi Seksu oraz smutne, catpowerowe mruczanki. Sporo. Pokażcie czwartą taką w przeciągu 3 lat.
Słucham tego albumu od trzech miesięcy, w którym to czasie obok niego zdążyło przemknąć już kilkanaście innych nie mających szans zakotwiczyć się nawet na połowę tego czasu. Olivia zdołała wykrystalizować coś na kształt własnej maniery wokalnej, ale wiadomo, że jest wykonalny konkretny name-checking obnażający jej inspiracje. W przypadku odpowiedzialnego za całą resztę Dana Levyego jest to o niebo trudniejsze. Ostatecznie w tym wydaje się tkwić atraktywna moc „Mouthful”. Kolejny raz chronologia zmieniania się charakteru odsłuchu tej płyty: początkowo dostrzega się tylko dynamiczny szkielet klasycznej w formule popowej piosenki z transowymi, funkowymi podkładami; dopiero znacznie później docierają porozpinane na nim w sporym zagęszczeniu malutkie fragmenciki zastosowania etherealu, trip hopu, rocka inspirowanego wczesnymi mariażami z shoegazem i folkiem, dramatyczne ballady na akustyka i smyki i dużo więcej elementów zrobionych specjalnie dla podtrzymania uwodzącej siły zabiegów wokalnych.
Żywotność tej płyty przypomina tą, którą charakteryzowały się wszystkie w miarę odkrywcze eksperymenty z formułą niezależnego popu. Debiutując, M.I.A. i Beirut czerpali chyba równie zachłannie z bezdennej studni, której dno dzielą między siebie Miss Kittin, PJ Harvey i Missy Elliot. Podobnie jak im, także The D? nie udało się uciec z pułapki nierównego materiału, w którą wpada się niechybnie przez entuzjazm eksplorowania własnego pomysłu na granie, wykluczający surowość w selekcji materiału. Jednakże nawet skipując co słabsze kawałki dostajemy ponad 40 minut solidnej muzyki chytrze okradającej srindie ze wszystkiego co dobre i dającej nogę cało.
2008

 

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

0 Komentarzy

  1. AnkaSkakanka

    Kurczę, mam tak samo. Po pierwszym przesłuchaniu- wtf jakieś popowe pioseneczki dla licealistek. Ale przesłuchałam drugi raz, trzeci i zakochałam się! Warto się wgłębić i odpocząć od wszechobecnych elektronicznych brzemień

  2. F.

    Drogi Haroldzie! Zahajlajtowałbym jeszcze Unissasi Laulelet (Bałkany mimo fińskiego!) i Coda (Dandy Warhols za czasów, kiedy jeszcze byli), bo dzięki nim głównie jest to taka trochę eksperymentalna płyta. No i te Cat Powery balladowe (Song For Lovers np.), bo trochę tęskno za laskami, które niekoniecznie just wanna have fun. Jest parę wymiarów do obczajenia. Parę słów o Julii Marcell prawdopodobnie wkrótce w kinach!

  3. dr haze

    Ej, no coś jest z tą płytą, serio. Na pierwszy rzut ucha to niby takie tam indie-srindie nierówne z laseczką na wokalu, a potem nie możesz przestać tego słuchać. Wtf? Już wiem wtf- tam są takie fajowe melodie! at last i tammie to moje faworytki na razie, co nie znaczy, że na tym rzecz się kończy. dzięki, filip, za polecenie tej płyty, wreszcie sobie posłucham jakiegoś tegorocznego przebojowego popu, niekoniecznie od strony syntezatorowo-ejtisowej.
    aha, i jednoczę się z tobą w sądach o niezal-laskach (vide tekst o lykke li oraz komentarze pod st vincent). ogólnie to mam wrażenie, że dziewczyny trochę mniej wymagają od siebie podczas pisania piosenek. że „nie muszę tu robić żadnych harmonicznych, rytmicznych i melodycznych esów-floresów, ładnie zaśpiewam, to będzie pięknie i kameralnie, i trochę sexy; wystarczy”. pewnie że nie wszystkie tak mają, no bo taka newsom to raczej sobie nie odpuszcza, ale wysyp klonów feist swego czasu trochę mnie przeraził. odpierając ewentualne zarzuty o bycie seksistą dodam, że też jestem dziewczyną i bynajmniej nie z „prawego skrzydła” czy coś.
    i, skoro już jesteśmy przy tych kameralnych, dojrzałych dziewczynach (wtf?) chciałabym cię, filipie, sprowokować do wypowiedzi na temat julii marcell (już jest nowa płyta, hej!), bo w końcu za coś ją chyba lubimy, no nie?