Wpisz i kliknij enter

The Rapture w Berlinie – nasza relacja

The Rapture – jeden z zespołów, które zapoczątkowały modę (w skali muzyki alternatywnej, oczywiście) na dance punk, wraz z !!! i Radio 4, odświeżając formułę brzmieniowo-rytmiczną opracowaną 20 lat wcześniej przez Gang of Four czy Public Image Limited, dodając charakterystycznego dla produkcji elektronicznych parkietowego groove’u, predestynującego ten styl również do wszelkich imprez z „disco” w nazwie i pokazując dj-om (Erlend Oye ze swoim „DJ Kicks” chociażby) że muzyka gitarowa może być równie atrakcyjna pod względem tanecznym co house czy funk. the Rapture, Berlin, Lido, 20.09.06

The Rapture – jeden z zespołów, które zapoczątkowały modę (w skali muzyki alternatywnej, oczywiście) na dance punk, wraz z !!! i Radio 4, odświeżając formułę brzmieniowo-rytmiczną opracowaną 20 lat wcześniej przez Gang of Four czy Public Image Limited, dodając charakterystycznego dla produkcji elektronicznych parkietowego groove’u, predestynującego ten styl również do wszelkich imprez z „disco” w nazwie i pokazując dj-om (Erlend Oye ze swoim „DJ Kicks” chociażby) że muzyka gitarowa może być równie atrakcyjna pod względem tanecznym co house czy funk.























Ufff, wstęp odwrotnie proporcjonalnie skomplikowany do dźwięków zawartych na „Echoes”, który to 2 lata temu spowodował zamieszanie w moim postrzeganiu muzyki gitarowej i po raz kolejny przekonał że w prostocie struktury i środków wyrazu siła. Przez długie miesiące nie mogłem uwolnić się od takich hiciorów jak „Killing” czy „House of jelous lovers”, które podsycały tylko moją chęć skonfrontowania studyjnego i koncertowego oblicza nowojorskiego kwartetu. Nie udało się 2 lata temu (tylko wirtualnie na dvd), nie udało się rok temu (przerwa w działalności), na szczęście w tym roku panowie postanowili ruszyć swoje cztery litery i pojeździć trochę po świecie, głównie w związku z obowiązkami promocyjnymi właśnie wydanej „Pieces of the people we love”. Pierwszy koncert na tej trasie odbywał się w berlińskim klubie Lido i była to doskonała okazja do zweryfikowania wszystkich swoich wyobrażeń o scenicznym obliczu the Rapture.

Po występie supportu (Sunshine Undergorund) i około półgodzinnej przerwie, na scenie melduje się nowojorska czwórka. Panowie wychodzą w niezmienionym składzie, za to z dwoma nowymi syntezatorami i laptopem (oczywiście z Ableton Live na pokładzie), które obsługuje Gabriel Andruzzi. Publiczność wygląda na wyjątkowo napaloną, żywiołowo reaguje na pierwsze takty tytułowego utworu z nowej płyty, w którym wokalnie dzieli i rządzi Matt Safer. Co ciekawe – jest to jedyny kawałek, w którym nie gra on na basie, a ciężar generowania niskich częstotliwości bierze na siebie Andruzzi. Tłusty, soczysty, syntetyczny sound, wydobywający się z klawisza napędza groove kawałka, zgrabnie łącząc się z przesterowanym brzmieniem gitary Jennera i ukazując cały energetyczny potencjał disco punka. Następny w kolejce „Out of the races and onto the tracks” to już absolutny klasyk gatunku, wysoki głos Jennera na tle oktawowego basu, potężnych bębnów i przaśnego cowbella, do tego świetna fraza gitarowa wymieniająca się z wokalem. I absolutnie piosenkowa struktura – to przecież znak rozpoznawczy the Rapture.























W podobnym tonie utrzymane są dwa kolejne utwory, pochodzące z nowej płyty – „Get myslef into it” i „the Devil”, ale mimo że oba mają spory potencjał komercyjny, nie udaje się zarazić nim publiki, to chyba wynik braku ogrania nowego materiału. Na szczęście chwilę później następuje seria, która nokautuje. Najpierw Safer udowadnia, że najlepiej czuje się w podrabianiu almondowskiej maniery, na tle najbardziej przywołującej lata 80-te instrumentacji (znowu bas w oktawach, gitara stylizowana na proste zagrywki keyboardowe rodem z synth popu), ale pozbawionej tego śmiesznego patosu i smakowicie okraszonej synkopami fraz wokalnych. „Olio” to również skok 20 lat wstecz, chłodne, odhumanizowane brzmienie bitmaszyn, syntetyczne piano i Jenner wpadający w płaczliwą manierę. Dyskotekowy, mechaniczny beat opanowuje parkiet, publiczność porusza się ekstatycznie. „Killing” tylko podgrzewa atmosferę, to niesamowite połączenie pierwotnej rytmiki, jednego banalnego akordu gitarowego i wściekłości wokalnej – dla mnie to punkt kulminacyjny koncertu, szaleństwo pod sceną osiąga swoje pierwsze (sic!) apogeum.

Kolejny utwór z nowej płyty („Whoo! Alright-yeah… uh huh”) tym razem nie schładza rozpalonych głów, świetnie zaaranżowane, funkujące, stylizowane na lata 70-te partie gitary, lekko zakręcony cowbell i skandujący wokal Matta doskonale uzupełniają groove sekcji rytmicznej, to najlepiej odebrany utwór z „dwójki”. Po nim ponownie wracamy do debiutu – po kolei na publiczność spadają takie szlagiery jak „I need your love” (tu Jennerowi zdarzyło się jedyny raz zafałszować), „House of jelous lovers”, „the Coming of spring” i „Echoes”. O drugim z nich napisano już wszystko, obwołano hymnem pokolenia (obok „Me and Giuliani down by the school yard” !!! i „I’m losing my edge” Lcd Soundsystem) i zajechano we wszystkich alternatywnych rozgłośniach radiowych, a mimo tego utwór ten nie stracił nic ze swojej siły, ukrytej w rozpędzonym hi-hacie, fantastycznej partii basu, genialnej w swojej prostocie frazie wokalnej i sprytnej, jakże popowej aranżacji.























Bliźniaczo podobne, dwa następne utwory utrzymują napięcie wśród fanów, którzy zupełnie nie wyglądają na znużonych i dalej żywiołowo reagują na to co się dzieje na scenie. A przecież o niemieckiej publice nie słyszało się zbyt wielu pochlebnych opinii – że na koncerty przychodzą napić się tylko piwa i w porywach ruszyć 3 razy głową i 2 razy tupnąć nogą. Hmmm, chyba w takim razie sporo się zmieniło…

Dwa ostatnie numery – „the Sound”, w którym kilka użytych patentów rzuca nowe światło na styl nowojorczyków (industrialne riffowanie gitara, wprost z szufladki Ableton Live) i zagrany na bis „Heaven”, stają się ukoronowaniem tego doskonałego, z całą pewnością najlepszego koncertu tegorocznego w jakim miałem przyjemność uczestniczyć. 65 minut wyśmienitej zabawy, przy nadzwyczaj energetycznych dźwiękach, podanych we wzorowy sposób, tak pod względem wykonawczym jak i brzmieniowym. Do tego spontanicznie reagująca publiczność, której muzycy nie pozostali dłużni (Jenner po ostatnim kawałku zszedł ze sceny i uściskał kilkunastu fanów). Pozostaje krzyknąć „Dance punk’s not dead!” ;).







Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


4 Komentarzy

  1. ha, dzięki Maćku 🙂 nie ma tu może za wiele kapel, ale to raczej dobrze, przesytu nie ma, a i przez tony słabych naśladowców przedzierać się nie trzeba.

  2. ha ha, jak tylko zobaczyłem baner, że jest relacja, to wiedziałem, kto ją napisał. i się nie pomyliłem. Radku, jeteś chyba największym specem na nm.pl od takich brzmień:). a relacja bardzo fajna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy