Wpisz i kliknij enter

The Tuss – Rushup Edge


Miejskie legendy na temat The Tuss, inspirowane zapewne przez samą wytwórnię Rephlex, pojawiły się zanim usłyszano jakiekolwiek dźwięki przezeń podpisane. Brian Tregaskin – rzekomy autor projektu – najpierw zarzekał się, że nie ma nic wspólnego z Aphex Twinem, by następnie na swoim MySpace w rubryce „Band members” wpisać nazwisko Richarda D. Jamesa obok pięciu innych. Być może to zamierzona ironia, być może to też nią jest ten klip.
Gdy chodzi o muzykę, personalia i rozgłos nie są istotne, co od lat udowadniają choćby The Residents czy kolektyw skupiony wokół berlińskiego Hardwaxu. Nie chcę dociekać kto stoi za The Tuss, ale nie da się ukryć, że brzmi to jak bliźniaczy projekt, nomen omen, Bliźniaka z Kornwalii, o czym wspominałem już przy okazji epki „Confederation Trough”. Słychać tu ten sam analogowy posmak syntezatorów jak np. GX1 firmy Yamaha, te same patenty na programowanie perkusjonaliów i ten sam „acieeeeeeeeeeed”. Po prostu stary, dobry rephleksowy braindance. W tym tkwi największa wada i zaleta albumu: choć jest to naprawdę solidny, wspaniale zrealizowany materiał, który odświeża złote czasy podobnego grania, podczas obcowania z nim można odczuć dziwną konfuzję. Formuła braindanceu jest już nieco oklepana, wprawdzie The Tuss stara się jak może, lecz nie uniknie porównań z Aphexem (z samym sobą?), Vibertem czy Raczynskim. Tregaskin (umówmy się, że to on) uprawia swoją wersję muzyki równie dobrze, jak oni, ale nie lepiej.
Oczywiście muzyka to nie wyścigi, jednakże za każdym razem słucham „Rushup Edge” z mieszanymi uczuciami. Rozum mówi, że to nic nowego, a w tym samym czasie serce podpowiada, żeby tańczyć jak gdybym sprzedawał gwoździe przy „Synthacon 9”, odpływać w słońcu przy „Shiz Ko E”, popadać w kontrolowaną epilepsję przy „Death Fuck” i pozwolić się ukoić przy w finalnym „Goodbye Rute”. I tak się dzieje, zaś przyjemność ze słuchania nieustannie ściera się z myślami pokroju „który raz słyszę podobny utwór?”. Aliści, jednej rzeczy w tym pojedynku niestety brakuje – długotrwałego zachwytu, który sprawiłby, że płyta częściej lądowałaby w moim odtwarzaczu.
2007







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
PRODDIE
PRODDIE
12 lat temu

na komentarz kolesia The Tusk szkoda odpisywac, moze zreszta to jakas prowokacja.
Zas do samego the Tuss, brzmi on rewelacyjnie w porownaniu z np. Last Step A.Funka, ktore jest raczej kiepskie. Jak dla mnie, Rushup Edge to zajebisty album, byc moze spozniony, nieswiezy, ale wciaz rewelacyjny kawal dobrej muzyki, ale ja np. uwielbiam serie Analords, wiec byc moze nie potrafie byc obiektywny i nie znam sie na acid. elo

O
O
12 lat temu

by the way…po przesłuchaniu kilku fragmentów stwierdzam, że ta muzyka mogla brzmieć świeżo jakieś ponad 10 lat temu. i właśnie z szacunku do rysia i jego dokonań powiem szczerze – spóźnił się pan.
jest ok ale nic poza tym.

O
O
12 lat temu

a ja panie the tusk więcej mózgu proszę.

The Tusk
The Tusk
12 lat temu

Hej.Co Pan za głupoty wypisuje żeby porównywać Aphexa czy Tussa do Raczyńskiego czy Viberta…Geniuszu Aphexa(powiedzmy i Tussa) nie można porównywać z miernotą Raczyńskiego i Viberta oni robią zwykłe brzękadła, które fuksem wydali w Rephlexie i porównanie mistrza Aphexa z nimi jest nie na miejscu…Aphex to Aphex i nie wypada go porównywać z niższą klasą…wstyd.Reszta co Pan napisał oki.Pozdrawiam i więcej szacunku dla Richarda proszę.

Wzwód
Wzwód
12 lat temu

Jak dla mnie album bomba

Polecamy