Wpisz i kliknij enter

Third Eye Foundation – I Poo Poo on Your Juju


Matt Elliott na odchodne [od projektu Third Eye Foundation] uraczył nas selekcją remiksów i kolaboracji. Było z czego wybierać, Bristolczyk jest uznanym remikserem, zabierał się za kompozycje m.in. Mogwaia, Thurstona Moorea, Micro:Mega, The Pastels. Na „I poo poo on your juju” muzyki przed chwilą wymienionych nie znajdziemy, są za to dźwięki na przykład Tarwatera, Blonde Redhead, Yanna Tiersena, The Remote Viewer – wszystkie mniej lub bardziej podrasowane przez Elliotta.
Generalnie kawałki z płyty można wsadzić w dwie kategorie: piosenki i elektronika. Co oczywiście nie wyklucza zlewania się obydwu szufladek. Jeśli chodzi o piosenki, to są to dzieła do cna dekadenckie, melodie z czwartej nad ranem, frazy wynikające z długiego przebywania pod wpływem [czego? do końca nie jestem pewien, ale czegoś niezbyt pozytywnego]. Najlepszym przykładem jest zamykający płytę „When I dance” [wynik współpracy z Glantą], wokal się załamajue, piosenkarka dziarsko się jednak trzyma, a ja widzę jak zatacza się wokół statywu z mikrfonem, jak bardzo chce wyrzucić z siebie te emocje, jak coraz bardziej nie może, jak to wszystko zmierza w kierunku czarnej dziury. Albo coś równie przenikliwego, dojmujący do głębi smutek] absolutny – Tiersenowskie „La Dispute” w mglistej interpretacji Elliotta. Brawa przede wszystkim za wydobycie tego, co najbardziej u Francuza cenię, tego spleenu przechadzek przy księżycu, odwiecznego i koniecznego mariażu depresji i piękna. To jest to, na czym moim zdaniem opiera się w najlepszych momentach [sprawdźcie album „LAbsente] muzyka Tiersena [bo on zrobił też coś poza Amelią]. Co się tyczy elektroniki jako takiej, to najczęściej jest ona skrząca, mrucząca, jednak pełna grozy, nie obejdzie się bez zszarzałych bitów i maszynowych brudów. Potrafi też uderzyć ostrzej – oszalałe kaskady drumnbassów na pewno nie tych parkietowego sortu zwalają się w „Mute” [Elliott remiksuje Flautline]. Zresztą tego typu chwyty nadal są w cenie dla tego pana, o czym dobitnie przekonuje epickie „The Maid we messed” [łapiecie to mrugnięcie okiem w tytule?] wieńczące ostatni album „Drinking songs”.
Album choć w pomyśle przecież składankowy niejako, broni się jako całość. Naturalne połączenie wielkomiejskiej frustracji, ulicznego życia z nadwrażliwością jednostki, której zawsze czegoś brak, która wciąż w myślach odbywa podróze po innych światach. Jak dobrze, że są jeszcze twórcy, którzy potrafią się otworzyć nie po to, by obrzucić słuchacza mięsem [swoich niesmacznych bebechów], ale by oprowadzić nas po labiryntach swego wnętrza.
2001







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy