Wpisz i kliknij enter

William Basinski – The Disintegration Loops


Późnym latem 2001 roku, ceniony nowojorski artysta William Basinski dokonywał przeglądu własnego archiwum muzycznego. Niespodziewanie natrafił na zachwycające, orkiestrowe pętle, przygotowane przed dwudziestoma laty i zapomniane. Podekscytowany odkryciem, chciał jak najszybciej przetransferować zawartość wiekowych taśm magnetycznych na nośnik cyfrowy.
Szpule okazały się naprawdę stare; w trakcie przegrywania Basinski zauważył, że głowica odtwarzacza dosłownie ściera taśmy na proch, tym samym modyfikując nagrany dźwięk. „Muzyka umierała na moich oczach”, pisze w książeczce, zdradzając przy tym, jak wiele owa muzyka dla niego znaczyła: „(…) w tych pejzażach była moja młodość, mój raj utracony, (…) wszystko umierało spokojnie, dostojnie, pięknie”. Tak powstał „The Disintegration Loops”, wstrząsający zapis przemijania. Przemija wszystko: materia fizyczna, miłość, nienawiść, marzenia, wspomnienia. To, co w zamierzeniu miało być dźwiękową reprezentacją piękna natury, stało się kontemplacją nad jej bezlitosnym prawem nietrwałości. Niebiańska melodia poddana wielokrotnej repetycji najpierw zachwyca, by z upływem czasu wzbudzać coraz większy niepokój. Kompozycja stopniowo niszczeje, niektóre elementy zyskują na wyrazistości, inne stają się przytłumione, ulegają spowolnieniu i urywają się. Wszystkie jednak zmierzają w tym samym, finalnym kierunku. Czyż nie tak wygląda życie, wraz z narodzinami, powolnym starzeniem się i wreszcie jego końcem? W ostatnich minutach muzyka niemalże walczy o byt niczym żywe stworzenie. Zanim zniknie w szumach i trzaskach, jest już tylko ledwo słyszalnym ostatnim tchnieniem, duchem samej siebie. Potem następuje cisza. Najgłośniejsza, jaką kiedykolwiek słyszałem.
Jest coś jeszcze, co umacnia płytę w powyższym kontekście – jej realizacja zbiegła się w czasie z zamachami terrorystycznymi na USA. Basinski obserwował atak z dachu swojego domu, słuchając zarejestrowanego materiału. Dwie wieże legły w gruzach, trzy tysiące istnień dosłownie wyparowało, a umierająca w tym samym czasie muzyka stała się mimowolnym requiem dla 9/11. Najlepszym i najbardziej trafnym. Bez amerykańskiej flagi powiewającej na słońcu, bez klepania się po plecach i powtarzania, że wszystko będzie dobrze. Bez polityki, religii i ideologii. Bez słów.
Destrukcja jest jednak formą tworzenia, ponieważ życie i śmierć to dwa nierozerwalne zjawiska. Natura ma charakter cykliczny, umierając i odradzając się w niewzruszonym procesie nieskończoności. Odchodząc w niebyt, muzyka została jednocześnie powołana do istnienia w innej formie, zapisana i przekazana dalej. „The Disintegration Loops” daje więc odrobinę nadziei. Ta zaś, jak wiadomo, umiera ostatnia.
2002







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
iaiko
iaiko
13 lat temu

recenzja swietna, ale nie ujmując, ta jest wybitna: http://www.porcys.com/Reviews.aspx?id=483

mr.s
mr.s
13 lat temu

Więcej takich płyt. I takich recenzji.

iaiko
iaiko
13 lat temu

a kogoz william nie zmiazdzyl…

Oru
Oru
13 lat temu

bez podpisu tak brzydko – nadrabiam.

Polecamy

Ron Wright & Neil Webb

„Burning Pool” to soundtrack do filmu o Sheffield w wykonaniu dwóch weteranów tamtejszej sceny elektronicznej.