Wpisz i kliknij enter

Prodigy – Invaders Must Die


Wkład The Prodigy do rozwoju muzyki elektronicznej jest niezaprzeczalny. Można ich nie lubić za ciągoty do prostoty graniczącej z prostactwem, można drwić, że komercja, lecz nie sposób odmówić im tego, że nie tylko spopularyzowali rave i breakbeat, ale także – łącząc nowe brzmienia z industrialem, rockiem i punkiem – zwrócili na siebie uwagę słuchaczy stroniących od elektroniki. W ubiegłej dekadzie była to nowa muzyka sensu stricto, na której po części się wychowałem i nie wstydzę się do tego przyznać.
„Invaders Must Die” to piąty album The Prodigy i pierwszy od 1997 roku, na którym słychać cały skład zespołu: Liam Howlett, Keith Flint i Maxim Reality (tancerz Leeroy Tornhill odszedł z grupy jeszcze w 2000 r., zaś poprzedni krążek „Always Outnumbered, Never Outgunned” Howlett nagrał bez Flinta i Realityego). Trio zapowiadało, że materiał będzie powrotem do korzeni i tak rzeczywiście się stało. Nie oczekiwałem od Brytyjczyków pokierowania losami elektroniki, bo orędownikami nowego przestali być już dawno temu.
Jednakże znaczna część zawartości „IMD” ociera się o autoplagiat, tak jakby czas zatrzymał się w latach 90.; płyta mogłaby zostać nagrana tuż po „The Fat Of The Land”. Z drugiej strony, mogłaby zostać nagrana także wcześniej, bo jest tu kwintesencja prodigyowego stylu: przesterowane gitary, inwazyjne analogowe syntezatory, dudniące beaty, pełznące tuż przy ziemi linie basowe, maniakalne klawisze, automaty perkusyjne i Flint w dalszym ciągu śpiewający metodą „na Johnnyego Rottena”.

A jednak – mimo furii i energii rozsadzającej utwory – rzeczony styl sprawia wrażenie kalekiego. Toporny kawałek tytułowy to jeden z najgorszych openerów ostatnich miesięcy, singlowy „Omen” to raczej anty-singiel, „Thunder” z udziałem jamajskiego toastera Brother Culture powiela patent z pamiętnego „Out of Space”, agresywny „Take Me To The Hospital” z powodzeniem mógłby trafić na debiutancki „Experience” lub na soundtrack z gry komputerowej z serii „GTA”, zaś „Run With The Wolves” otwierają riffy metalowej gitary i wściekła perkusja, za którą zasiadł sam Dave Grohl (ex-Nirvana, Foo Fighters).
Idealny kawałek na letnie festiwale i zamieszki uliczne, ale nie do domu, co zresztą dotyczy całości. Howlett składa też hołd klasycznym housowym killerom: „Take Me Away” Jeffa Millsa jako True Faith (kobieca wokaliza zapraszająca na parkiet w „Warriors Dance”) oraz „Vamp” Outlandera (partia fortepianu w „Worlds On Fire”). Tylko że nic z tego nie wynika, bo Howlett i spółka nie interpretują, lecz zbyt dosłownie cytują.

Brzmienie jak The Prodigy, melodie jak The Prodigy, gniewne nastroje jak The Prodigy, ale ducha The Prodigy tu nie ma. Zespół dokonał rzeczy niebywałej – przy dzisiejszych, niemal nieograniczonych możliwościach technicznych nagrał krążek rażąco archaiczny i choć jest to zabieg świadomy, efekt brzmi wtórnie i bez polotu. Może w Gdyni będzie lepiej?
2009







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Łukasz
Łukasz
12 lat temu

czytam i sobie mysle albo ja sie nie znam na muzyce albo co 3 internauta
z tego co wiem i fat of the land mial podobne opinie w 1997 roku a dzis jest uznawany za najlepsza plyte elektroniczna na siwcie ! ja mówie ze i ta bedzie jedna z wazniejszych plyt muzyki elektronicznej kolejnych kilkunastu lat ps oczywiscie szanuje opinie innych kazdy ma wlasne zdanie, tylko nieszanuje obrazania muzyki bo albo lubisz i slucjhasz albo nie sluchachaj kwestia kto co lubi!!!!!!! ja nieobrazam np sieczki techno choc ja nie zabardzo lubie

choodeusz
choodeusz
12 lat temu

No nie wiem dupa,Music For The Jilted Generation była pierwszą płyta którą kupiłem i od której wszystko się zaczęło,i nie wiem ale uważam że na przykład The fat of the land nie miało słabych kawałków no może poza ostatnim Fuel my fire,no i pałer to oni mają zawsze,zgadzam się z Twoją opinią jeżeli chodzi o AONO,kilka dobry a reszta taka sobie.Ale za cholerę nie pasują mi oni do NFS bo tam przecież podkładają muzę sami wypicowani lalusie zwanymi gangsterami 🙂

dupa
dupa
12 lat temu

Ja jestem z pokolenia Music For The Jilted Generation i od tego czasu nowe produkcje Liama jakoś mnie nie przekonują. Schemat jak zwykle ten sam – 2-3 kawałki naprawdę fajne, chociaż szybko się nudzą… a reszta mogłaby posłużyć jako podkład pod najnowszą wersje Need For Speed. To już nie te aranżacje, brakuje transowych rytmów i pałera, zamiast tego jest dużo pustej chrupiącej elektroniki.

choodeusz
choodeusz
12 lat temu

Panowie,tak z czystym sumieniem muszę powiedzieć,że z początku spodobało mi się kilka kawałków,z czasem wkręciło sie kilka następnych,ale po koncercie, i tu może z przesadnym entuzjazmem przyznać muszę że płyta jest zajebista.Jak napisano w pewnym czasopiśmie,The Prodigy jest grupą którą trzeba przed śmiercią zobaczyć na żywo:)) i jest to racja,bo show jaki oni odwalają nie ma sobie równych,a przy okazji „przesłuchane” na żywo (wcześniej uważałem że średnie) kawałki stały się moimi ulubionymi.

gg
gg
12 lat temu

nieudany powrót do przeszłości, odgrzewane kotlety. szkoda.

choodeusz
choodeusz
12 lat temu

childish kolego,ciut inne klymaty chyba bo taki zestaw to ja widziałem w Parzymiechach i coś tam „w kropeczki sialalala” leciało

childish
childish
12 lat temu

Oczywiście, że płyta za%#*sta na samochód. Zwłaszcza na Golfa dwójkę. Nie można tylko zapomnieć do kompletu białych rękawiczek. Aha i gwizdka.

rarara
rarara
12 lat temu

nie ma co gadać płyta zaje%%sta i na imprezy i na dom,także i samochód..ale jak ktoś pisał z odpowiednim nagłośnieniem,bo na głośniczkach komputerowych możecie sobie posłuchać Anny Marii a nie Prodigy !! 😀

Skall
Skall
12 lat temu

Ja tu nie mogę pojąć-jeśli panowie mówią wręcz, że płyta będzie „powieleniem” i jeśli chce się coś nowego, to nie kupować, to o co te hałasy? Płyta nie powala, ale i nie jest porażką- płacz, że jak to uszy rani, jest śmieszny- tak większość ściągnęła z torrentów i nie kupiła, więc nie płakać. Czytając recenzję zamieszczoną wyżej, przypomina mi się chwila, kiedy czytałem recenzję przedostatniego albumu The Prodigy- w jednym akapicie autor recenzji atakował The Prodigy za to, że poszli za falą mody, porzucili swój styl, podążyli za głupimi nowinkami,by w kolejnym pojechać i wylać żółć za….powielanie schematów, nie wnoszenie nic nowego do muzyki i trzymanie się kurczowo sprawdzonych schematów. Zastanawiałem się wtedy, czy to pisał ktoś piany, czy po prostu kolejny polski sfrustrowany psełdointeligent z podmiejskiej uczelni, z jakiejś turystyki biblijnej, któremu żal, że ktoś coś potrafi zrobić, a nie tylko myśleć, jaki to jestem wspaniały, spędzając czas przy muzyce biesiadnej i mamusinym grillu.
Żałosne są te komentarze, szczególnie, że album przyjęty na zachodzie został dobrze- ku mojemu zaskoczeniu, bo sam nie jestem jakoś nim zachwycony, ale na tyle mam taktu, żeby nie oskarżać kogoś, że zrobił album tylko dla pieniędzy- jakby ktoś znał historię grupy, to by wiedział, że już Charly był oskarżany o „komerchę”, a The Fat Of The Land uznawany był w niektórych kręgach za zdradę.
Najwięcej jazdy po grupie natomiast spotykam na polskich portalach- wiadomo, kraj awangardy i żaden inny nie wydał tylu pionierów muzycznych. a krytyków to mamy najlepszych- ułożyli 4 loopy na FL4 i to jeszcze biorąc dźwięki z biblioteki Music Makera i od razu nie doceniona gwiazda. Nie każdy album Pink Floydów był nowatorski, nie każdy Prodigy będzie- nie znaczy od razu, że to już powielanie siebie w celu nabicia kapsy, bo większość komentatorów nie nabiła im kapsy, tylko co najwyżej tp sa lub upc, o ile choć płacą rachunki za net a nie mamusia. Ja nie będąc fanem nowego albumu, pozostaję fanem The Prodigy, Thundera będę słuchał bo lubię, mimo ze może Out of Spice powiela- no i ( a co miał Białego Misia powielać?- no taka stylistyka Prodigy i nowatorko w Zielone Fasolki nie uderzą) co z tego? IMD mnie też nie powalił ale wersja albumowa brzmi lepiej i mam nadzieję, że w lipcu zagrają to na koncercie, ten nowy materiał- mimo że zawsze starsze kawałki prędzej będę wrzucał na przesłuchanie. A może kiedyś się zdziwię i nowy album z taką przyjemnością posłucham jak wcześniejsze. Może też mam niedosyt po tym albumie, raczej mam (irracjonalne przekonanie jakby kolejny album miał mnie zmiażdżyć i posunąć scenę elektroniki 200 lat do przodu), ale nie oznacza to, że po kimś pomyje mam wylewać, tym bardziej, że wkładając płytę do napędu, zapuszczając ją, odsłuchując, wiem, że to The Prodigy- może nie w najbardziej awangardowym repertuarze, jednak nadal The Prodigy, które słucha się i tak o niebo lepiej, niż to co serwuje radio i pozostałe media.
Co najbardziej jednak śmieszy i budzi zdziwienie, to właśnie wspomniany wcześniej pewien rozdźwięk- album, przyjęty dobrze w innych krajach, najbardziej chamsko krytykowany jest w kraju, gdzie listy notowań podbijają ludzie słuchający ambitnej muzyki, z zajefajną nutą i tekstami w stylu „pocałuj mnie w d**ę i jak g***o poczuj się”.

choodeusz
choodeusz
12 lat temu

Ze mną chyba coś nie tak:)?? Prodigy słucham odkąd nie muszę podskakiwać by sięgnąć do klamki,troche latek już minęło i szczerze mówiąc nigdy nie analizuję tego co robią tylko SŁUCHAM,są gorsze kawałki i są lepsze.Ciężka sprawa zadowolić wszystkich,ale przy tym całym badziewiu które serwuje nam radio,pseudomuzyczne telewizje (mtv),chłopaki rozwalaja mnie na łopatki.Dawka energii i basu rozwala mnie od środka,proponuje przesłuchać jeszcze raz na dobrym sprzęcie przy odpowiednim nagłośnieniu,bo wtedy naprawde wychodzi z pieców niezły żar.Osobiście IMD to dla mnie wypaz,zresztą jak inne albumy,a za kilka dni wybieram się na koncercik w Sheffield,bedzie sie działo:))))

sroczkinho
sroczkinho
12 lat temu

moim skromnym zdaniem rozczarowanie roku… niektóre kawałki brzmią jak muzyczka z Amigi z końca lat 80 tych… przykład tego, iż niektóre zespoły potrafią nawet przez kilkanaście jak nie kilkadziesiąt lat stać w miejscu. Być może to zabieg celowy, jak rozumiem mający nowe pokolenie na nowo oczarować oryginalnością brzmienia The Prodigy i zapewnić na kontach muzyków kolejne zera z prawej strony. Wyszło jednak infantylnie, w dodatku nie tylko jest to autoplagiat, ale i autoparodia. Niby to styl z początków zespołu, jednakże brak mu tamtej przebojowości, nowatorstwa i polotu. Pamiętam jakim wielkim fanem byłem The Prodigy… no właśnie byłem. Teraz ta muzyka mnie drażni i irytuje, brzmi niczym bełkot z uszkodzonych głośników, a miało być tak pięknie…

Cozzie
Cozzie
12 lat temu

Mnie nowego The Prodigy słucha się bardzo miło. Dobra, ciężka płyta. Utwór \”Colours\” niszczy, świetny na impreze.

Johny
Johny
12 lat temu

„omen” wysadził mnie z butów.. słucham ich od zawsze a teraz nie wiem co myśleć bo „invanders..” jest TRAGICZNE

sim
sim
12 lat temu

a mi sie podoba płyta i nie narzekam, pewnie że mogłaby być lepsza, ale jak bym nie oceniał the prodigy że zrobili coś źle. oni najlepiej wiedzieli jaką muzę chcą stworzyć i zrobili tak jak sobie to zaplanowali.. a to, że niektórzy mają niedosyt to może ich problem albo fakt ze prodigy za rzadko wydaje płyty..

michu
michu
12 lat temu

Po trzecim przesłuchaniu IMD, zgadzam się z autorem.
Dla mnie album po prostu jest nieszczery i zrobiony dla kasy. Sorry, jeśli kogoś uraziłem ale tak odbieram nową propozycję Prodigy.
Nie wiem, co brakuje tym kawałkom ale jako całość mnie to nie przekonuje.

Zosia
Zosia
12 lat temu

To ma być recenzja? Dla mnie bardziej przypomina to wylewanie gorzkich żalów. Proponuje nauczyć się pisać

shyha
shyha
12 lat temu

goodnightvienna – proponuję laryngologa.

pf
pf
12 lat temu

szanowny pan ssssssssss pieknei podsumowal plyte choc pewnie nie mial zamiaru w taki sarkastyczny sposob rozszarpac legende nastolatkow ktorzy czasu starszych albumow nei pamietaja bo byli za mlodzi ale nie dorosli jeszcze do powaznych elektronicznych bardziej wytrawnych niz bit 4/4 z okazjonalnym gitarowym rifem i wokalem puszczonym przez przester…. album sie nadaje, jesli ktos lubi stare brzmienie z lat 90-tych, ale nadaje do samochodu, kuchni, tlo w najpie i dancbudzie, kiblu w lotnisku i wszedzie tam gdzie uszy maja za zadanie wylapac tlo bo inaczej cisza zabilaby nawet muchy. pomijajac kwestie techniczne, ktore dla panow z zespolu zatrzymaly sie 10 lat temu, nie wiadomo w sumie czy panowie chca powrocic do starej formy (in minus za stangnacje) czy proboja zrobic cos nowego (in minus za to ze nie wyszlo nijak nie sluchac). fast food dla uszu inspirowany starymi sukcesami. z ciekawosci ? z sentymentu ? z zalu. pozdrowienia dla wszysstkich nastepnych „invaders” ktorzy beda sie pieklic i nie zrozumieja mojej recenzji… gdyby liam wiedzial jak jego tytul pieknie przenosi sie na nasze grunta mlodych sluchaczy…. na pewno bylby szczesliwy. 1/10.

dexter
dexter
12 lat temu

ciekawe jakie problemy ma czlowiek, ktory tupie nozkami bo komus nie podoba sie to co jemu:)) a plyta rzeczywiscie kiepska choc od biedy kilka walkow mozna posluchac jesli jest sie wyrozumialym

Deviant
Deviant
12 lat temu

uszy bolą słuchać – pierwsze co mi się nasunęło na myśl słuchając to słowo NAIWNE…

goodnightvienna
goodnightvienna
12 lat temu

Że niby utwór „Invaders Must Die” słaby???????? Q..wa mać co????????bo chyba będę musiał udać się do okulisty!!!! Człowiek,który to napisał musi mieć problemy z depresją,innego wytłumaczenia nie ma.

orlando
orlando
12 lat temu

Ave Prodigy!!Album bez fajerwerków z kilkoma potknięciami ale w brzmieniu Prodigy z dawnych lat – co, biorąc pod uwage ich kilkuletnie błądzenie w poszukiwaniu dzwięków – zdecydowanie zapisuje im na plus!

ssssssss
ssssssss
12 lat temu

Moim zdaniem jest rewelacyjna, świetnie się tego słucha zarówno grając w fajne gry, jadąc autem czy po prostu ze słuchawkami na uszach, kolega po usłyszeniu tej płytki słucha jej non stop. Po małym buszku zioła jest jeszcze lepsza

shyha
shyha
12 lat temu

Najgorsze kawałki na płycie:
„Invaders must Die” (co za żenada, nie powinno być tego kawałka)
„Stand Up” (halo to The Prodigy, a nie Fatboy Slim)

Najlepsze:
„Take Me to The Hospital”
„Warriors Dance”
„Omen+Omen Reprise”

Cieszę się, że te 3 najlepsze grają na koncertach właśnie teraz 🙂 Mam nadzieję, że i na Openerze też je zagrają.

sobek
sobek
12 lat temu

zgadzam się co do otwierającego album utworu, totalna żenada.. najgorszy utwor na plycie. ogolnie album imo bardzo nierowny, kilka killerow imprezowych (Warriors Dance, Thunder) a reszta troche slabo…

twiggy
twiggy
12 lat temu

Zgadzam się w 100%. Jak już usłyszałam pierwszy singiel żal mi było, tak samo jak muzyki straszliwie słabego teledysku. Chłopacy bez wątpienia na zawsze pozostaną legendą, dlatego szkoda, że już nie mają weny. Jedynie fajnie, ze jest to pretekst do traski koncertowej, bo z pewnością na koncertach jest ogień z lepszym lub gorszym materiałem.

T.a
T.a
12 lat temu

Dobry tekst.

anders
anders
12 lat temu

czekałem na ten krążek z zaciekawieniem. muszę jednak stwiedzić, że się rozczarowałem…. odnoszę wrażenie, że panowie odcinają kupony…
czas pomyśleć o emeryturze.

wolfisko
wolfisko
12 lat temu

http://perfekcyjnanuta.blox.pl/html <- moja mała recenzja 🙂

Ciasteczkowy
Ciasteczkowy
12 lat temu

Wchodzi, wchodzi;)
Kilka utworow z IMD takze.

goodnightvienna
goodnightvienna
12 lat temu

Krzysztofie Stęplowski – wróć do pisania recenzji 😉

goodnightvienna
goodnightvienna
12 lat temu

Przepraszam,a „Experience” w domu wchodzi??

m4p
m4p
12 lat temu

No ale jakby nie było jest to recenzja płyty, która w domu nie wchodzi zupełnie. Można kilka razy posłuchać na słuchawkach w trakcie marszobiegu po mieście, ale to za mało żeby za rok do niej wracać.

shyha
shyha
12 lat temu

Album płaski w swym brzmieniu…ale koncerty to inna bajka!
Ten album na koncercie brzmi 100x lepiej! Już w lipcu sporo osób się przekona 🙂

karol81
karol81
12 lat temu

nie wiem skad ten zal to „rokmeni”im zawsze siada energia po 30tce
poluchajcie WHITEHOUSE,
oni zawsze moga!
to jest energia i pank!
i to od konca lat 70tych

dominik
dominik
12 lat temu

Nie zachwycila mnie ta plyta a moze poprostu nie da sie stworzyć drugiego takiego albumu jak Fat of The Land. Moze ja sie robie stary bo juz nie lubie chemicalsow Beastie boys teraz prodiż…. czekam jeszcze na nowy Massive Attack albo Aphexa:):):):)

Polecamy