Wpisz i kliknij enter

Pantha du Prince – Black Noise


Nowa płyta Hendrika Webera najpierw wydała mi się nieuporządkowana i odłożyłem ją na półkę, a po jakimś czasie już nie mogłem się od niej oderwać.
Stopień nieuporządkowania lub skomplikowania kompozycji (do wyboru, choć sam skłaniam się do tego drugiego) sprawia, że można słuchać i wgryzać się w nią ciągle i ciągle, a znużenie nie nadchodzi.
Ale właśnie przez to może się spodobać lub nie. Dla jednych muzyka okaże się wielkim bałaganem, dla innych będzie genialnie wielowymiarowa. Pantha du Prince nawrzucał szklanych kulek do kryształowego shakera i potrząsnął. No i zaczęło grać.
W obrębie jednego utworu dwa, trzy razy potrafi wprowadzić zmiany. Dodatkowo tak te kawałki komplikuje, że i bez tego można się pogubić. Z łatwością przechodzi od mrocznego krakania do świetlistych dzwonków, jak w „Behind the Stars”, okrojonym prawie o połowę w stosunku do singla utworze.
Udziwnia rytmikę („Satellite Snyper”) albo stosuje tyle elementów („Bohemian Forest”), że na próżno można się skupiać, żeby wybadać, co się właściwie dzieje – bo dzieje się dużo naraz.

Po dwóch albumach dla wytwórni Dial ulubione środki wyrazu Webera, przede wszystkim wszelakie dzwonki, mogły się znudzić. Ale muzyk zaskakuje, bo swój styl dopracował do perfekcji. Najnowsza płyta jest niepodrabialna, obecnie tylko Pantha du Prince tak gra.
Z drugiej strony nie chcę tak szybko wynosić artysty na piedestał, bo historia jeszcze zdąży mnie zweryfikować i będzie głupio, ale „Black Noise” przypomina inny epokowy album – „Rest” Isolée.
Największy hit na „Black Noise”, chociaż niekoniecznie najlepszy utwór, to „Stick to My Side”, w którym śpiewa Panda Bear. Klasyczny przypadek, gdzie śpiewają, tam szlagiery. Rozwlekły wokal trochę zaburza układane od początku dzwonienie, ale niezwykle silnie wciąga. Brzmieniowe napakowanie do spółki z polirytmią perkusjonaliów i zmienność utworów to żaden minimalLinia basowa przypomina „Can’t Get You out of My Head” Kylie Minogue, no i „Blue Monday” New Order – to jednak odległe skojarzenia.
Weber potrafi przeładować utwory dźwiękiem, aż ten się z nich wylewa. Robi to na przykład w „Welt am draht”, inspirowanym filmem Fassbindera, gdzie spada na nas „hałas” tła. Jednak na całego idzie dopiero w utworze zamykającym album – „Es schneit”, w którym zwala się na nas kaskada dzwonków i ogrom ambientu.
Muzyka Webera ma swoje źródła na parkiecie, ale na „Black Noise” ten sznyt gdzieś się zapodział. Muzyce wyszło to na dobre, bo zyskała wiele uroku i brzmi bardzo żywo. Pantha du Prince wyrzeźbił żeliwne ornamenty, które stylowo pokrył szadzią, namalował zawijasy i utkał ozdobne koronki. Brzmieniowe napakowanie do spółki z polirytmią perkusjonaliów i zmienność utworów to żaden minimal. Jeśli konicznie chcemy przykleić etykietę, to i tak się powstrzymajmy.
Rough Trade, 2010







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
99vadim
99vadim
11 lat temu

Właśnie zauważyłem, że kawałek z Panda Bearem mam otagowane jako „Stick it to my side” (celowe?) 😉 Bardzo przyjemny ten album. Ale nie ma tu mowy o nieuporządkowaniu, raczej czuć nakład pracy.

Heliosphaner
Heliosphaner
11 lat temu

Hendrik Weber to klasa sama w sobie. Nie zawiódł w tym roku, ale przy popularności wywołanej udziałem Noah Lennoxa (to moja tylko opinia), powinno się przypominać to co stworzył na The Bliss.

zumbeispiel
zumbeispiel
11 lat temu

słucham od tygodnia i dla mnie odkrycie tego roku jak na razie

Polecamy