Leandro Fresco & Rafael Anton Irisarri – Una Presencia En La Brisa
Jarek Szczęsny:

Niepewność własnego słuchu.

Flaner Klespoza – Przygody i tajemnice
Jarek Szczęsny:

Debiut podwójny.

Max Andrzejewski’s Hütte – Hütte & Guests Play the Music of Robert Wyatt
Łukasz Komła:

Robert Wyatt na ujazzowionym spacerze.

Fumiya Tanaka – Right Moment
Paweł Gzyl:

Spójna całość zbudowana z kontrastowych elementów.

Król – Nieumiarkowania
Jarek Szczęsny:

Nie chce nam mówić niczego wprost.

Burial – Tunes 2011-2019
Jarek Szczęsny:

Brama do innej rzeczywistości.

Zaumne – Contact
Jarek Szczęsny:

Niezwykła bliskość.

Various Artists – Consortium Vol. 1
Paweł Gzyl:

Z Albanii do Detroit.

ARRM – II
Jarek Szczęsny:

Dzieło spokoju.

Floating Points – Crush
Jarek Szczęsny:

Stare w służbie nowoczesności.

Stefan Goldmann – Veiki
Paweł Gzyl:

Najbardziej taneczny materiał niemieckiego producenta.

True – Made Of Glass
Łukasz Komła:

Pod rękę ze smutkiem i tańczmy!

Akwizgram – Nü romantik
Jarek Szczęsny:

Próg do przeskoczenia jest niewielki.

Claro Intelecto – In Vitro – Volume 1 & 2
Paweł Gzyl:

Piękna, ale niemodna muzyka.



#5 Tauron Festiwal Nowa Muzyka – relacja

Koniec sezonu urlopowego wcale nie musi być smutny. Piąta edycja Festiwalu Tauron Nowa Muzyka to najlepszy dowód na to, że przedwrześniowy marazm można zamienić na kolorową bajkę pełną wrażeń. To cztery dni wielogodzinnej bibki i przejażdżki, czasem bez trzymanki, po eksperymentalnych dźwiękach.

Koniec sezonu urlopowego wcale nie musi być smutny. Piąta edycja Festiwalu Tauron Nowa Muzyka to najlepszy dowód na to, że przedwrześniowy marazm można zamienić na kolorową bajkę pełną wrażeń. To cztery dni wielogodzinnej bibki i przejażdżki, czasem bez trzymanki, po eksperymentalnych dźwiękach.

To pokazy filmowe, wystawa w Muzeum Śląskim, warsztaty fotograficzne, muzyczne. Tytułem zarysu entourageu: muzyka rozbrzmiewała w jednej z najbardziej magicznych miejscówek w zasięgu krajowym, czyli KWK w Katowicach, która przenosi uczestników w inny wymiar egzystencji niezależnie od pogody.

#5 Tauron Festiwal Nowa MuzykaNa tle industrialnego krajobrazu zaczarowanego w barwne miasteczko zabawy, chillu i radochy poza trzema scenami, o których będzie za chwilę, prężyły się estetycznie strzeliste ozdóbki terenu w postaci orange-talerzyków, zaległy bufiaste poduchy przygotowane pod chill-out, była okazja do leżakowania (po ewentualnej traumie z przedszkola nie ma śladu), a po geometrycznych pergolach pięły się roślinki. Do dyspozycji były stoiska z vinylami i cd, także w okazyjnych cenach (Mouse On Mars 20 PLN), do odwiedzin zachęcał upstrzony od środka farbkami namiot-pawilon z warsztatami dla dzieciaków.

Sceny

Pod stopami piasek, gdzieniegdzie z powodu pogody zamieniany konsekwentnie w błotko, a na nim mnóstwo pielgrzymujących między kolejnymi atrakcjami festiwalowiczów dzierżących najbardziej popularny na imprezach trunek oraz gastronomia z przepysznymi ruskimi. No i wreszcie muzyka. Dwie duże sceny (Live i Club) oraz trzecia, mniejsza – Redbull. Mniej więcej w tym miejscu zaczynamy zastanawiać się, na jakim etapie są eksperymenty z klonowaniem i czy Dolly ma się dobrze, bo oferta była bogata: od jazzu, nu-jazzu, odprysków instrumentalnego hip-hopu, glitchu, przez rytmy odurzone i duszne, rytmy taneczne, idm, dnb, dub step, nowe disko, minimal w wersji barokowej i electro, przez kompletną kpinę z metrum aż po kameralny koncert finałowy.

Bonobo - #5 Tauron Festiwal Nowa MuzykaPrzypisywanie stylów zresztą przy niektórych artystach okazuje się pomyłką, bo podczas piątej edycji Festiwalu kilku z nich zafundowało prawdziwe wojaże po odległych meandrach elektroniki i – wymykając się opisom i szufladkom – ustawiło się w szeregu czarnych koni tegorocznego katowickiego big-weekendu. Czy można wyobrazić sobie lepszą końcówkę lata? Zdecydowanie nie.

King Midas Sound

Utwierdzić w tym mógł już koncert King Midas Sound. To był istny miotacz basu. Raz przybliżając się do zakamarków upalonego bristol-brzmienia znanego z albumu, nie rezygnował z niepokojącego tła, częściej energetycznie odcinał się szaleńczymi eskapadami po ostrych kątach hard dub stepu. Tak było przy świetnym „Lost”, który porwał publikę wokalizą, zahipnotyzował trip-hopowo, rozbujał tłum melodyką, by w finale przeistoczyć się w metalicznego potwora, bombardującego porywającą kakofonią. Po tym numerze owacja pełna euforycznych krzyków naprawdę nie dziwiła. Mocne uderzenie i doskonały otwieracz do koncertów. Wata w uszach utrzymywała się dobry kwadrans.

Pantha du Prince

Gdy bębenki powróciły już na swoje miejsce, przyszedł czas na zgoła inną dawkę wrażeń. Pantha du Prince zaczął live-act od swego znaku firmowego – rozdźwięczonych pogłosów, dzwonków, rurek, deszczu ampułek, kropelek i szkiełek. Zakapturzony jawił się niczym szaman-kuchmistrz mieszający w gigantycznym mikserze niezliczoną dawkę słodkich płynów i kryształków. W krainę rozdźwięków stopniowo wprowadził rytm, na ekranie pokazały się ruchome piaski migrujące w takt muzyki, erozja przed oczyma odpowiadała tej słyszalnej, choć jeszcze nie dowierzało się, że to wszystko jest jawą.

Świdrował idmową melancholią, sporadycznie mrucząc basem, ciągle zgrabnie brnąc przez zakręty wdzięcznych loopów i odnóg, rozhulał całe towarzystwo. I zwodził, mistrzowsko zwodził [Why?] – raz nęcąc samą melodyką, gdzie indziej samplując tylko (po)głos linii wokalnej [Why to decide?]. I tylko z tego tytułu można mówić o minimalnym niedosycie, że nie dane nam było wykrzyczeć w zastępstwie Panda Bear „Why stick to the things that Ive already tried?”. Hendrik Weber zdecydowanym ruchem wbił drogowskaz, za którym moim zdaniem powinna podążać współczesna muzyka stricte nowo-klubowa. Wielokrotny ukłon.

Bonobo Live Band

Po solidnej dawce basu i tanecznych brzmień, koncert Bonobo Live Band stanowił z jednej strony ukojenie dla zwojów nerwowych, z drugiej mistrzowskie podtrzymanie festiwalowej roztańczonej atmosfery. Simona Greena aka Bonobo przedstawiać nie trzeba, Bonobo Live Band – wypadałoby. Kolektyw zaprezentował łatwopalną mieszankę trip-hopu, jazzu, soulu, śpiewu. Znane z płyt utwory (set lista skakała między „Days to Come” a najnowszym „Black Sands” z chwilą wytchnienia przy „Noctuary”) rozpisane na spory skład instrumentów, zyskały swą lotność, gęstość i smak. Partie fletu wykonane na żywo uwzniośliły kompozycje, perkusja i saksofon nadały im zdecydowanego tonu, a Andreya Triana oczarowała głosem i wdziękiem.

Bonobo - #5 Tauron Festiwal Nowa MuzykaO tym, że gitara basowa to nowe wcielenie Bonobo, przekonał nas on sam, zarówno dodając głębi swym kompozycjom, jak i publicznie złożoną deklaracją pod koniec występu „Guitar is my new wor(l)d”. Rozkołysanie magią brzmienia intensywniało z utworu na utwór, przy jednym z moich faworytów „Kong” rozbujana była już cała publiczność. Jednak prawdziwe szaleństwo przypadło na bisy: rewelacyjne solówki na perkusji (Jack Baker) i saksofonie (Mike Lesigre) wyfrunęły zwiewnym „El Toro”, a fraza-faworyt z poprzedniej płyty „Well we cant change the world, we sure can change the way we live” („Between the Lines”) to najlepsze zakończenie koncertu Bonobo, jakie mogłam sobie wymarzyć.

Bonobo - #5 Tauron Festiwal Nowa MuzykaMożna by snuć fantazje, jak poprowadzić ciąg dalszy, kim i w jakim stylu, lecz kojące – jednak – rytmy wg koncepcji Greena okazały się dobrym podkładem pod czekające festiwalowiczów zresetowanie porządku wszechświata.

Autechre

Autechre to występ osobny, dosłownie. To czysta kpina z tempa i harmonii. Booth i Brown zgodnie ze swoją ideą, by nastawić słuchaczy na odbiór tylko i wyłącznie dźwięków, zamknęli się w kompletnej ciemności w pionowo ustawionych „trumienkach”, świdrując jedynie dwoma zielonymi punkcikami niczym dwa alieny. Swój kosmicznie wyobcowany live-act poprowadzili wg patentu współakcentowania bitów 100 uderzeń na minutę i wolniejszych, z jednoczesnym atakiem, który niektórzy pamiętają ze składanek Thunderdome – na ucho powyżej 180 bpm.

Zaryzykuję stwierdzenie, że do Autechre można było potańczyćCały knyf polegał na tym, że dla każdego coś innego mogło stanowić pierwszy plan i, niezależnie od tempa, fanom radochę niewątpliwą sprawić mogły słyszalne zapożyczenia klimatyczne z niefrasobliwych melodii „Incunabuli”, melancholijne pasaże z czasów „Amber” czy bezkompromisowe szatkowania i serie z karabinu z przedostatniego etapu twórczości. Zaryzykuję stwierdzenie, że do Autechre można było potańczyć (co nie jest takie oczywiste, jak dwa lata temu, również w Katowicach): kto śmiał zmierzyć się z arytmią, mógł odnaleźć proste pociągnięcia na sporadycznych jungleowych podkładach czy pożyczkach z minimalu.

Najlepiej jednak chyba było się poddać. Na węglu, pod niebem, gwiazdami, jednak odcinając i te ostatnie czarne wrażenia-przeszkadzajki, po prostu zamykając oczy, pozwolić Autechre zesłać łaskę autentycznej kontemplacji (jednak) chaosu, zmierzenia z własną wyobraźnią i ledwo próby wejścia w ich zimny, pogmatwany zaświat. Warto, Ae-bsolutnie.

Pink Freud, Bibio

Wchodzących na teren kopalni drugiego dnia powitała piękna pogoda i ucieszny widok sportowych igraszek (frizbi, mini piłka nożna, konkursy w zarzucaniu świecących rurek jak najwyżej na drzewach), a w tle słyszana końcówka (a szkoda, bo ciekawa) jazzowo-eksperymentalnych Pink Freud. Gusta skierowały jednak znów na Club Stage, gdzie Bibio okazał się artystą wielowarstwowym: w całym jego livie dał się zarysować głosowo-rytmiczny koncept. Pominął elementy folk-tronikowe i zaproponował jazdę po wokalnych samplach – od otwierających dziecięcych, rozmytych pogłosików leżakujących na ambientalnych, wysokotonowych wdzięcznościach, przez wstawki mówione (filmowe?) i śpiewane męskie i damskie, które okraszały jedną z lepszych wycieczek od hip-hopowej bazy, przez dub-step i energetyczny idmowy flow, zakłócany glitchowymi przesterami, aż po wesolutki funk i metaliczne disco.

Miękkie i jasne dźwięki urozmaicały błąkające się w powietrzu bańki mydlane i migoczące na ekranie plamki światełek słońca, które przedzierając się między chmurkami, wiatrem i liśćmi, dopełniały idyllicznych wrażeń. By słodkości nie było jednak za dużo, gdy tylko zapadł zmrok, Bibio doskonale skłócił ze sobą tempa, pociął pogłosy, przemieszał nastroje. Prawdziwą niespodziankę, taką z okolic euforii, sprawił wariacją na temat kultowego „Hitchhikers Choice” Minilogue, by w finale zgnieść nas hitami dub stepu. Bezapelacyjnie jeden z barwniejszych sobotnich live-actów po raz pierwszy.

Nosaj Thing

Wspomniany eklektyzm kontynuował na Club Stage Nosaj Thing, dzięki czemu okazał się dla niektórych największą niespodzianką festiwalu. Poza świetnie poprowadzonym spacerkiem po gatunkach i tempach, uwagę zwracała synchroniczność dźwięków i obrazów. Najpierw ukołysał tłum mięciutkim idmem i kojącymi wizualizacjami, by po chwili wplątać kanciasto ciosane bity, szafować basem, przy których to, co dla oka łagodne i obłe, zmieniało się w ostre i kwadratowe.

Zakłócał i urozmaicał linearny rozwój akcji i nastrojów. Pod koniec występu i ku zadowoleniu publiki znalazło się miejsce na „Islands” The XX czy ucieszne nu-rave i retro disco-funk skąpane we współcześnie obowiązującej chmurce basu. Bezapelacyjnie jeden z barwniejszych sobotnich live-actów po raz drugi.

DMX Krew

Świetnym, energetycznym pomostem line-upowym między rozkręcającymi imprezę Bibio i Nosaj Thing a wyczekiwanym przez wielu Moderatem, okazał się solowy projekt Brytyjczyka Edwarda Uptona aka DMX Krew. Właściwie już na poziomie wizualnym można wyobrazić sobie jego świat: klasyczne klubowe geometryczne, pulsujące wzory, technoidalne napisy, grafitti. To kraina retro-electro bez kompleksów czerpiąca z chłodu Kraftwerk, lecz podana z olbrzymim dystansem i mrugająca okiem w old-schoolowym stylu disco / breakbeat. Set bogaty w fikuśne sample, chwytliwe melodyjki, robotycznie wypowiadane na żywo przez Uptona kwestie, wycisnął z ludzi siódme poty i wzniósł na dziesiąty level wariacji. Naprawdę trudno orzec kto bawił się lepiej, publika czy on. Wstrząsająca electro-bomba.

Tak rozochocone towarzystwo mogło oddać się najbardziej spektakularnej dawce optyczno-dźwiękowych bodźców przygotowanej przez wspólny projekt Apparata i duetu Modeselektor.

Moderat

Oceniając na oko Moderat skupił najliczniejszą publiczność i na pewno wywołał największy (obok piątkowego Bonobo Live Band) entuzjazm. Inaczej ocenia się pierwszy, a inaczej któryś z kolei występ projektu. Ten ostatni mógł już odrobinę nużyć materiałem serwowanym „z płyty”, zatem zamiast tańców i hulanek, obeznani z show mogli oddać się odsłuchowi, który – jak głosi prastara prawda – najlepiej trafia do układu nerwowego, gdy wyłączy się wzrok. Patentu tego nie polecam jednak osobom obcującym z Pfadfinderei po raz pierwszy, bo makro wizualizacje jego autorstwa, operujące z reguły konkretem (w odróżnieniu od popularnych mikro-abstrakcji) to integralna część projektu Moderat. Niezależnie od liczby odsłuchów albumowy materiał wykonywany live zawsze zdecydowanie zwyżkuje.

Ów – dla nich – charakterystycznie połamany bit uroczo miotający się między nu-ravem a dub stepem wciąż porywa tłumy, a „A New Error”, „Rusty Nails”, „Seamonkey” czy „No. 22” to niekwestionowane euforiogenne hity. Urozmaiceniem set listy okazał się ukłon w stronę działalności Modeselektora, czyli „Prototype” Headhuntera, zremiksowany przez duet w ubiegłym roku; gdy dodać do tego zagrany pod koniec utwór, zdaje się – nowy, pozostaje trzymać kciuki za dalszą współpracę kwartetu, bo okazał się być prawdziwą gwiazdą nie tylko tego festiwalu. Także na poziomie kontaktu z publicznością. Obserwując zachowanie tłumu, śmiało można stwierdzić, że Moderat to dziś najbardziej wyrazisty pomost łączący nowe brzmienia z prawdziwą muzyką dla mas.

Prefuse 73 & Aukso Orkiestra

Tytułem połączeń nie sposób pominąć koncertu finałowego Prefuse 73, czyli Guillermo Scotta Herrenna z kilkunastoosobową tyską orkiestrą kameralną smyczkową Aukso, pod batutą Marka Mosia i żywą perkusją majaczącą zza kotary światło-cienia. W wejściu do kolejnego atmosferycznego miejsca, jakim jest Szyb Wilson w dzielnicy familoków, przybyszów witał obraz Lenina w gwiazdorskiej czapie. Za ciemną kotarą jednak kończyły się żarty, a czekał projekt, który Scott Herren przygotował specjalnie na tę okazję: „The Predicate Compositions: An exploration in orchestral and preparedelectro acoustic movements”.

Partie skrzypiec i altówek, kwartetu wiolonczelistów, kontrabasu zaprosiły słuchaczy do muzycznej refleksji i fazy wyciszenia. To nie był punkt kulminacyjny, lecz przepiękny, kinematograficznie brzmiący finał festiwalu, tkwiący w pamięci niczym kropka nad i, która pokazuje, że elektroniczne efekty (generowane przez Prefuse 73 szelesty, podmuchy, ambientowe tła, niemal anielskie, lecz zawsze drugoplanowe, chóry), potrafią wzbogacić klasykę o surrealistyczną przestrzeń, a tej ostatniej nic tak nie animizuje, jak to, co prawdziwe i namacalne. Powagę sytuacji łamały sporadycznie igraszki smykami, zabawy pauzami i brzytwiaste cięcia. Obiecano też nam, że jeśli organizatorzy zaproszą Guillermo po raz drugi, poprosi się go o skomponowanie bardziej rytmicznych utworów. Czy rzeczywiście trzeba?

Dub Mafia

Nagłośnienie festiwalowych scen wypadło bardzo dobrze. Scena klubowa odpowiednio bardziej zaopatrzona w większą dawkę basu w stosunku do sceny Live, lecz jednocześnie potrafiąca oddać wysokotonową specyfikę brzmienia Autechre czy DMX Krew. Live Stage chwalili sami artyści. Wokalistka Dub Mafii obiecała w świat przyjaciół nieść wieść, że na Festiwal Tauron Nowa Muzyka absolutnie warto i trzeba się wybrać. Kto jak kto, ale ludzie rozkochani w drumnbasie potrafią to (d)ocenić. Swoją drogą zespół zaprezentował prawdziwy szaleńczy gig z potężną i pozytywną energią wspomnianej Evy Lazarus na wokalizie – odcinającej się od wyalienowanego, królującego dub stepu, za to uosabiającą prawdziwą, dnbasową magię płynącą prosto z serducha i krwi – gdyby sparafrazować entuzjastyczne słowa tej przesympatycznej pani.

Należy się również olbrzymi socjalny plus dla ekipy Dub Mafii, która mimo napiętego planu koncertowania, ostatniej nocy poszła w miasto i hasała do późnych godzin nocnych z nami na afterowym parkiecie. Była też okazja poobcować z Gonja Sufi i pogadać, nawet jeśli odbyło się to tylko na migi ;-). Nawiasem mówiąc trudno stwierdzić, czy był zadowolony z publiki, którą zachęcał do wspólnego śpiewania i czy audytorium było usatysfakcjonowane Gonją (różne opinie krążą), ponieważ po trzech utworach uznałam, że zdecydowanie wolę go w domowym i albumowym wydaniu i nogi poniosły gdzie indziej….

Skoro już jesteśmy przy after-parties, trzeba ukłonić się w stronę klubu Flow. Podobnie jak w ubiegłym roku zaserwowali świetną chwilową odskocznię od ściśle pojmowanych nowych brzmień, przeplatając w zależności od wieczoru basy, hip-hopy i housey, prawdziwą frajdę sprawiając jednak ostatnim festiwalowiczom setlistą podczas trzeciej wspólnej nocy.

Ta, naszpikowana wszech-hitami – Donna Summer, Timo Maas, Faithless, Madonna, David Bowie, Metallica, The Doors, stare The Prodigy i The Chemical Brothers, Moloko & many, many more – okazała się być najbardziej uroczym zwieńczeniem festiwalowych szaleństw, jakie można sobie wyobrazić. W dodatku pokazującym ciągłość muzyki (nie tylko) klubowej z nowymi brzmieniami, których wspólnym elementem są po prostu kolejne pokolenia ludzi.
Do zobaczenia za rok.

Za zdjęcia dziękujemy Maćkowi Krügerowi.

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 15

  1. mallemma

    podobało mi się na festiwalu, organizacyjnie to był topów top.

  2. Quid

    Trochę to smieszne, bo akurat mnie uderzyło, że w toiach jest papier, lustro a na zewnątrz SĄ umywalki z mydłem i papierowymi ręcznikami.

    generalnie jakby nie o tym powinienem tu pisać, ale skoro komuś spieprzył się festiwal z powodu braku umywalki, to musiałem napisać, że po prostu ma chyba oczy na dupie. pozdr.

  3. laudia

    Jakoś tak mi się widząc tu i ówdzie różnorakie reakcje jawi, że to potwornie smętny naród. Ludzie złaknieni są krytyki nie pochwał (a było co chwalić). Jadą na fest nastawieni na sanitariat z dżakuzi i piękną pogodę w pl (w przyszłym roku może Ibiza jednak? ), a gdy tego nie dostają, to fest jest be. O ole mnie pamięc nie myli, rok temu na Audioriver też nie było gdzie łap opłukać. Chyba że w Wiśle.
    Jadąc na Festiwal (nie tylko ten) nastawiam się na ucztę muzyczną i jak ją dostaję, nie jest w stanie zepsuć mi wrażeń fakt, że musztarda była za słona, a w niebieskiej budce nie było papieru, może dlatego, że zawsze mam chusteczki. Nawet w SQ czasem kończy się papiór.Ogólnie mam jednak pretensje do słońca, że nie jest zielone.

  4. blowyaself

    Jedyny wyraźny plus tego festiwalu to lineup. Pod względem organizacyjnym to kompletna porażka, najgorszy fest na jakim było mi dane się pojawić. Wiem, że wyszło w miarę okej, ale było w tym więcej szczęścia, niż rozumu. Organizator zaoszczędził (kosztem ludzi, którzy zapłacili (w przybliżeniu tylko za lineup jak się okazuje)) maksymalnie na wszystkim jak się tylko dało. Bieda i zaścianek, zero rozmachu, zero pomyślunku na korzyść klienta. Na lichych scenach zaczynając (live miała wygląd/wyposażenie porównywalne z festynem folklorystycznym (nie ujmując), JEDEN wyświetlacz, samo łyse rusztowanie, mało kilowatów.. z czym do ludzi?), poprzez kolejki po kupony w momentach kulminacyjnych (to trzeba przewidzieć! i nie mówcie, że kolejek nie było, bo w piątek musiałbym chyba z pół występu poświęcić, żeby sobie cokolwiek kupić), czy brak kraników z wodą przy toiach (CZYSTE RĘCE TO PODSTAWA!!), czy dziwne obsuwy w timetable (wtf?), czy rozdawanie pelerynek tylko 3-dniowym opaskom (a co to, równi i równiejsi?), czy maksymalne ZDZIERSTWO w strefie gastro (takich cen nie ma nawet w wawie na fff), czy powiedzmy sobie szczerze kulejącym nagłośnieniu (fakt, było sporo momentów, że było okej, ale nagłośnienie na festach to podstawa, tu nie ma zmiłuj, płacę za lineup, chcę mieć krystaliczną jakość na KAŻDYM występie, a nie jakieś popierdziawki na co trzecim), i kończąc na braku namiotów. Namiot to sprawa dosłownie podstawowa, nie ulegająca jakimkolwiek dyskusjom i wytłumaczeniom (jedyne prawdziwe = kasa), dobrze, że wyszło jak wyszło, ale mogła być kaplica, ale organizator ma to w dupie, bo karnety wyprzedane. A teraz głupie tłumaczenia: przecież prawie nie padało, i prawie nie było zimno. Przy tylu sponsorach naprawdę można było to wszystko ogarnąć. Ktoś zrobił niezły biznes na tym festiwalu, mam nadzieję, że się tą kasą udławi.
    Muzycznie bardzo fajnie, artyści (nie organizator) się spisali, prawie brak słabych punktów w tej kwestii, tak właściwie trzeba było nieźle kombinować, żeby dać chwilę czasu odpoczynku dla nóg. Szkoda tylko trochę występów ttt, kms, sufiego i glk, bo akustyk się nie spisał.
    Sory za hejterstwo, ale tak wyszło w moich odczuciach. Peace.

  5. maryanhov

    @ laudia.. to szkoda, że nie zaszedłem do klubu. Okazja się zmarnowała, żeby trochę pozamulać z Sufim. Trudno 😉 @John, na live stage tylko z żywymi instrumentami, zgodzę się, że na Bonobo wszystko brzmiało selektywnie (na Jaga Jazzist nie byłem), ale pakowanie tam Moderata było raczej błędem.

  6. stachman

    Ajajaj.. Nie poznalem profilu autora… Trudno… I tak minusa za laurkowatosc juz nie zmyje;)

  7. laudia

    @ maryanhov: „Gonjasufi był we flow? ;f” ano był, ale z leka wyalienowany chyba specyfikiem jakims natualmoł ;-). I eka Dub Mafii trzęsła parkietem i gadawi byli i bardzo pro i w ogole towarzyscy 😉

  8. john mcenroe

    Nagłośnienie wydawało się bardzo ok, przynajmniej na głównej scenie. Zarówno Jaga Jazzist jak i Bonobo zabrzmiały selektywnie, co szczególnie u tych pierwszych nie jest takie proste do zrealizowania. Klimatyczne momenty – super, natomiast w tych potężnych zabrakło może nieco mocy (to o Jadze) i dopiero w „Oslo Skyline” patos sięgnął wymaganych przeze mnie poziomów ;). W tym kontekście szkoda że zabrakło czasu na Swedenborgske Rom (chóry i końcówka!), które w Hipnozie kilka lat temu wystrzeliły moją percepcję w kosmos, ale wtedy też grali prawie 2h i można było wczuć się totalnie.
    Tak czy inaczej – Jaga zajebiście.

  9. maryanhov

    Nagłośnienie na live stage średnie, dało się to odczuć przede wszystkim w trakcie koncertu Moderata… na klubowej było sporo lepiej. Kolejek nie widziałem, dużo nie padało, wiec namioty by tylko przeszkadzały. Jak ktoś się dobrze przygotował, to i zimno nie straszne. Można mieć pretensje o tauronowe autobusy, bo za późno zaczęły jeździć, pole namiotowe praktycznie w ogóle nie było oznaczone, trudno było tam trafić. Sam festiwal świetny. Gonjasufi był we flow? ;f

  10. Vegee

    Przy***olić się może każdy i do wszystkiego (zawsze się coś znajdzie).
    Brak namiotów, zimno albo mokro? Ja zakupiłem kalosze i miałem kurtkę przeciwdeszczową a jak było zimno to wchodziłem głębiej w tłum 😛 Kolejki? – nie zauważyłem… ale w końcu 7 tys ludzi to sporawo
    Ja jestem w 100% usatysfakcjonowany i zacieram rączki na 2011!
    A Sufi rządzi i miał dobry hasz we Flow 😉
    Peace!

  11. laudia

    @libero: nagłośnienie w stosunku do ubiegłego roku – imo lepsze. Na pewno w plenerach odsłuch zależy też od miejsca, przy basidłach nie pcham sie pod scenę na przykład. Co do „na maksa zarąbiste” i laurkowatości: tak mi się w tym roku złożyło, że te koncerty na które się wybrałam spełniły oczekiwania. Nie spełnił Gonja S. więc wyszłam po 3 utworach. Gdy mi się cos nie podoba-wychodzę, a trudno relacjonować coś, czego się nie widzi i nie słyszy. Ergo – z planowanych mustsee/musthear tegorocznych- nikt mnie nie zawiódł! Za rok postaram się zaliczyć w cąłości czyjąś „wtopkę” obiecuję 😉 Kolejek , koszmarną widziałam tylko raz, jedną, czy braku namiotow nie komentuję, bo jeśli ktoś nie radzi sobie z tym przez 3 dni,nie wiem jak ogarnia caly rok ;p

  12. stachman

    Fakt… Troche to laurkowate:D Znalazloby sie pare rzeczy, do ktorych moznaby sie przyczepic, choc akurat w mojej opinii naglosnienie (oprocz wpadek z wokalami na club stage) jest ostatnia z nich… Tym bardziej w nawiazaniu do zeszlego roku, od kiedy to nastapil gigantyczny skok w jakosci (przypomnijmy sobie jak brzmiala Ebony Bones, czy Mum a jak w tym roku Bonobo, czy Autechre)

  13. Jan Adam

    Dodam, że niedzielny koncert P73 był ok, ale organizatorzy zapomnieli chyba, że nie wszyscy kupili karnety i niedzielny repertuar wyłącznie z Aukso dla mnie okazał się trochę krzywdzący. Miałem nadzieję, że zostanie on połączony z innymi kawałkami P73. Wydaję mi się, że pierwotnie taki był plan, ale ktoś wpadł na pomysł aby strzelić dodatkową sztukę w sobotę i trochę mi się przykro zrobiło.

  14. libero

    Z każdym kolejnym akapitem tej relacji większy niesmak. Mi też się masa rzeczy podobała, ale poza jednym łagodnym wspomnieniem o Gonjasufim, to ton jest „jakie wszystko na festiwalu było na maksa zarąbiste”.

    Nie było, choćby organizacyjnie (dziękujemy za brak namiotów i koszmarne kolejki). Zwłaszcza nie wiem, skąd autorka wytrzasnęła „dobre nagłośnienie”, bo to chyba ostatnia rzecz, jaką można na tej edycji festiwalu chwalić, było może PARĘ dobrze nagłośnionych występów.

    No i gdzie Bibio to live act…

    Ale oczywiście do zobaczenia za rok, bo artystycznie, mimo paru wpadek, było bardzo dobrze. Choć też jakoś więcej rzeczy mi urwało tyłek w zeszłym roku… No ale może kwestia gustu 🙂