Wpisz i kliknij enter

Zola Jezus – Stridulum II


Nika Danilova to postać wyjątkowa. Ma niezwykle intrygujący głos i ogromny potencjał. Przychylność mediów i hype, o jakim wielu jej rówieśników może jedynie pomarzyć. Stała się pionierem nowego undergroundowego podgatunku określanego jako witch house – doły, elektronika, lata osiemdziesiąte. Wydawało się, że po niezaspokojonych albumem „New Amsterdam” oczekiwaniach garage gothowej braci, Zola przestanie bawić się w niedbałe i pisane od niechcenia jednorazówki. Ostatecznie skończyło się jedynie na kastracji brzmienia z brudu i surowych form, a muzyka dusi się we własnym, starym sosie, który z płytę na płytę staje się coraz bardziej mdły.

Punktem kulminacyjnym „Stridulum II” jest początek płyty. Startowy „Night” mieści wszystko, co w Zoli najlepsze. Chwytliwość i szkaradność, niepokój i zaskakujący uniwersalizm. To jej osobisty odbiór Dead Can Dance, przerobiony na teraźniejszą modłę i zagrany w gloom-popowym stylu. Rozpoczyna się kaskadą hauntigowych westchnień i lamentów, przez które przedziera się donośny głos Danilovej, dobiegający z pokoju każdego, zapłakanego nastolatka z Arizony. Oszczędne, lecz uporczywe bębny nadają nagraniu specyficzny groove, a niewyszukana, syntezatorowa melodia separuje przypadkowy hałas, niemile widziany na promocyjnych numerach.

„Trust Me” prezentuje depresyjną elektronikę w lekko industrialnej oprawie. Nisko osadzony pad stąpa ciężko obok wirującego sci-fi efektu i widmowych chorusów. Wokal leaderki na chwilę zasypia i sprawia, że czujesz się tak, jakby świat miał za chwilę się skończyć, jeżeli tylko nie uwierzysz jej obietnicy. A zaufać trudno, bo Zola Jezus to kreacja dramatyczna. Teatralnie śmieszna, jeśli nie podejdziemy do niej z odpowiednią ilością dystansu, nie machniemy ręką na truizm, który przeplata się w jej produkcjach na przemian z oryginalnymi rozwiązaniami, których mniej w trzecim utworze – „I Cant Stand”

Kakofoniczne bębny mieszają się tu z żałośnie patetycznym zawodzeniem Zoli, a my czujemy, że miarka odrobinę się przebrała. Gdzieś z tyłu głowy dobiega do nas „The Silent Chorus” z płyty „Love Is Real” Johna Mausa, ale ciąg bezpłciowych frazesów bezlitośnie tłumi chwilowe oczarowanie utworem. Synthy nie ulegają jakiejkolwiek modyfikacji, płynąc jednostajnie w reverbowym stroju. Liryka zaczyna robić się niebezpieczna pusta, a muzyka jednobarwna i nachalnie hipsterowa. Defekt naprawia nieco tytułowy „Stridulum” – to esencja mroku zaczerpniętego z kawałków amerykańskiego Modern Witch. Zimne, świdrujące basy przebijają się przez zmęczone lo-fi powietrze, unosząc dźwięki cellosu i pohukujące wokale daleko, ku otwartej drag przestrzeni.


Podniosły epilog utworu powoli odpływa i pozostawia jedynie ciszę, którą przerywa posępny „Run Me Out”. Sekcja smyczkowa o intensywnym smaku i haunting housowy klimat zamiast porywać – usypia, a Nika zaczyna zwyczajnie przynudzać, z uporem godnym Brytyjczyków z The Horrors. Ciemność rozrzedza się z każdą sekundą, bębny stają się coraz bardziej donośne i niepokojące, a my mamy wrażenie, że za chwilę coś wybuchnie i rzuci na kolana, tymczasem numer gaśnie jak zapałka zapalona na wietrze. Melodyjny „Manifest Destiny” jest tylko kolejnym dowodem na marnowanie całkiem świeżych brzmieniowo piosenek. Intonacje ciągną się jak ciepła mordokleja i przestają się ze sobą zgadzać, kiedy tylko na track nieumiejętnie wskakują wokalizy Danilovej. Gdyby śpiewała a cappella, można by czołgać się u jej stóp, na płycie jej głos najczęściej przytłacza nieomal każdy dźwięk, który nie jest wyrzucony przez jej przeponę. Melodyjność trafił szlag, nie ma niczego w zamian. Robi się do bólu monochromatycznie.

Niestety, trzy dodatkowe utwory z końca albumu to także czysta rutyna, zabijająca powtarzalność kładzie album na mieliźnie. Industrial lat osiemdziesiątych przynosi pseudo-epicki „Tower”, ale przypomina on raczej niedbale odbitą kalkę niż własnoręczny szkic oparty na godnych uwagi inspiracjach. Nadęta, chóralna melodia i anemiczna rytmika, to wszystko co ma do zaproponowania ta kompozycja.

Nie lepiej jest w „Sea Talk”, machinalnie skopiowanym utworze z ubiegłorocznego „Tsar Bomba”, który zbliża się do niektórych nagrań filadelfijskiego U.S. Girls. Perkusyjne grzechotki i stukoty, ciężkie uderzenia młota w struny fortepianu i popowy charakter wokaliz Zoli na zasadzie bezbarwnych ozdobników – „Do you want to know-ow-ow?”, absorbuje przez pierwszą minutę i ani sekundy dłużej. Po raz kolejny brak ewolucji w jakąkolwiek stronę zabił niespokojnego ducha nowoczesnego hauntingu. Końcowy „Lightsick” wieńczy wydawnictwo rzewnym gothic popem, opartym na rwącym, energetycznym piano połączonym z żałosnym i bezwzględnie nieprzekonującym zawodzeniem Niki. Krążek zatrzymuje się w napędzie, a my koncentrujemy się na złapaniu pełnego oddechu, bo oddech ulgi jest najkrótszą i zarazem najtrafniejszą recenzją tego albumu.

„Stridulum”, najnowsze wydawnictwo Zoli Jezus ostatecznie pogrzebało jej szansę na wydostanie się z szufladki artysty teoretycznego. „Stridulum II” jest z kolei dowodem na jej muzyczny marazm i wyraźne stanie w miejscu, w którym zazwyczaj odcina się już kupony od swojej twórczości. Nika Danilova to nie Lisa Gerrard, a Zola Jezus to nie Bat For Lashes. Wielkie rozczarowanie.

souterraintransmissions.com

myspace.com/zolajesus
Souterrain Transmissions, 2010







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
lumine
lumine
11 lat temu

pfffffffffff…..

Polecamy