Wpisz i kliknij enter

dOP – Greatest Hits


W ciągu trzech lat swej działalności, francuskie trio dOP tak podgrzało atmosferę wokół siebie, że jego debiutancki album stał się jedną z najbardziej wyczekiwanych płyt roku. Muzycy pracowali nad nim w swym własnym studiu od kilku miesięcy. Clement Zemstov odpowiadał za bity, Damien Vandesande grał na klawiszach i saksofonie, a Jonathan Illel – przygotowywał teksty i wokale. Podczas prac nie zabrakło również gości. Najważniejszym z nich był francuski kompozytor Emanuel d`Orlando, który opracował na potrzeby płyty specjalne aranże utworów w wykonaniu Macedonia Radio Symphonic Orchestry. Paryskie studio odwiedził również ceniony perkusista nurtu calypso, Andy Narell, dawny przyjaciel muzyków z dzieciństwa, trębacz Raphael Gaiotti, wokalista Aquarius Caloni oraz sam Guillaume Coutu-Dumont (efekty wspólnej sesji trafiły również na jego ostatni album – „Breaking The Fourth Wall”). W ten sposób powstało czternaście premierowych nagrań, które złożyły się płytę zatytułowaną przekornie „Greatest Hits”.

Album otwiera znany z pierwszej EP-ki projektu „Worm Hunting”. To oparte na hip-hopowym pulsie i przeplecione jazzową partią fortepianu nagranie stanowi czytelną zapowiedź tego, co usłyszymy w dalszej części materiału. Oto bowiem tuż za nim pojawia się gorący house – „No More Daddy”. Francuscy producenci łączą w nim soulową wokalizę z jazzowym piano i detroitowymi pasażami klawiszy. Wszystko działa, jak w zegarku – to właśnie dzięki takim nagraniom dOP stali się gwiazdami europejskich klubów.

Pierwsze dźwięki wspomnianej orkiestry rozbrzmiewają w „1 Gram” – stanowiąc zaskakujący kontrapunkt dla połamanego bitu o crunkowym metrum. Macedońscy muzycy jeszcze wyraźniej zaznaczają swoją obecność w dwóch kolejnych utworach – „Assurance Vie” i „Happy Meal”. Pierwszy z nich to transowy afro-beat rozpisany na akustyczne dźwięki rodem z różnych estetyk, od dronowych dęciaków po psychodeliczne flety. Drugi – łączy w zaskakujący sposób bluesową wokalizę z bogatą aranżacją o orkiestrowym rozmachu, wchłaniając elementy muzyki ludowej i klasycznej.

Odskocznia od tych rozbudowanych nagrań okazują się być trzy kolejne produkcje. Francuskie trio stawia w nich na taneczne rytmy – ale dalekie od klubowej oczywistości. „L`Hopital, La Rue, La Prison” to zakamuflowane w jazzowych dźwiękach energetyczne ska, „U R” – rozwibrowane perkusyjnymi pochodami karaibskie calypso, a „Lacy Lad” – przewrotna kołysanka spuentowana jazzową orkiestracją.

Kiedy zaczyna się robić zbyt staroświecko, dOP serwują „Love Ride”. To niepokojący electro-funk, rozegrany między schizofrenicznymi partiami wokalnymi, świdrującymi wejściami zimnych klawiszy, a mechanicznym rytmem. Sami Detroit Grand Pubahs nie powstydziliby się takiego killera. Dalej paryscy producenci idą tym samym tropem. Najpierw dostajemy dynamiczny tech-house o przebojowej melodii i urzekającym solo na akordeonie („New York”), a później – ekspresyjny house, zagrany niemal wyłącznie na „żywych” instrumentach i zaśpiewany z pijacką manierą przez wspomnianego Aquariusa Caloni („3 Suitcases”).

W finale nie brak bardziej stonowanych kompozycji – najmniej przekonywujących z całego zestaw. To wpisany w ramy orkiestrowego popu sentymentalny „Final Dive” i zaśpiewany w manierze przesłodzonej kołysanki „Deaf Wagrant”. Tutaj francuscy producenci dali upust swej miłości do rodzimej tradycji muzycznej – a to niekoniecznie musi się podobać poza granicami ich ojczyzny.

Mimo to, album nie zawodzi pokładanych w nim oczekiwań. Paryskie trio prezentuje na nim to, co przyniosło im kultową popularność – odświeżające spojrzenie na klubowa elektronikę, wpisane w kontekst akustycznych brzmień o orkiestrowym rozmachu.

www.circusprod.com

www.myspace.com/circuscompany

www.dailymotion.pl/dopyourself

www.myspace.com/dopdopdop
Circus Company 2010







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy