Wpisz i kliknij enter

Toro Y Moi – Underneath The Pine


Kiedy na początku ubiegłego roku na sklepowe półki trafił debiutancki album młodego i nikomu nieznanego producenta z Columbii, blogosfera oszalała. Niezależne media dostały orgazmu na dźwięk „Talamak” i „You Hid”, co bardziej komercyjne dostrzegły potencjał i świeżość muzyki chillwave, a sam Toro Y Moi stanął na podium w prawie każdym podsumowaniu muzyki niezależnej roku 2010. Fakt, „Causers Of This”, to album bezbłędny, który przetarł szlaki wielu podobnym projektom, które wcześniej mogli znać tylko krewni i znajomi Królika. Ledwie hype zaczął cichnąć, a już media obiegła wieść o zbliżającej się premierze „Underneath The Pine”, nowego krążka od Mistrza Bundicka, który tym razem, postanowił rzucić się na głęboką wodę i sprawdzić się w graniu na żywo. Skoczył na główkę, omal nie łamiąc sobie kręgosłupa.

Album rozpoczyna rozmarzone „Intro/Chi Chi”, grzęznące w gorącym, gitarowym bałaganie, przypominającym… drone. A kiedy bongosy zaczynają wybijać rytm, nagranie przywołuje w pamięci najlepsze lata muzyki downtempo i wspaniałych przedstawicieli tego gatunku, jak choćby francuski duetu Air. Mieszanka godna szaleńca. Singlowy „New Beat” to relikt, wyciągnięty ze starych archiwów funku, przy którym mogłyby się bawić tłumy, które nawiedzały zadymione dyskoteki w latach siedemdziesiątych. Za dźwięk tych syntezatorów można by dać się pokroić, a groove, jakim przesiąknęły do cna te czasy, jest dziś jednym z najbardziej pożądanych towarów nie tylko przez chillwaveowych fascynatów, sięga aż do wybrzeży muzyki pop i R&B. W przypadku Toro Y Moi, to musiało się udać. Kolory „Causers Of This” w większym lub mniejszym stopniu nawiązywały do 70s, w „New Beat” Bundick poszedł jeszcze dalej, totalnie zatracając się w retrospekcji, świadomie zahaczając o pastisz.

Niestety, to tylko nieliczne wisienki na torcie „Underneath The Pine”. W pełnym mellotronowych dźwięków „Go With You”, Chaz kieruje kroki w stronę loungeu, ograniczając się przy tym do roli nieprzekonującego odtwórcy piosenek Pram czy Stereolab. Wygląda to tak, jakby zamknął się w sobie, stanął w kącie i z dziecięcą nieśmiałością biernie odgrywał partie starszych kolegów, co rusz plącząc się, zerkając nerwowo jak układają palce na gryfie. A kiedy w połowie numeru, Toro nie ma już nic słuchaczowi do powiedzenia, kawałek zaczyna się niemiłosiernie ciągnąć, a raczej stać w miejscu, nie poruszając się w żadnym kierunku i zostawiając nas z muzyczną nudą, która atakuje ze zdwojoną mocą w utworze „Divina”. Nigdy nie przypuszczałem, że autor jednego z najlepszych albumów minionego roku, posunie się do tak dramatycznych dla słuchacza kroków jak wrzucanie w tracklistę i tak już krótkiej płyty, rasowych wypełniaczy – „Divina” jest niewątpliwie jednym z nich. Gruby, zakurzony bas i smętne plumkanie pianina, które nuży już po kilkudziesięciu sekundach, o zapętlaniu kompozycji nie wspominając, to nie jest to, czego oczekiwaliśmy po Objawieniu Anno Domini 2010, true?

„Before I’m Done” próbuje dźwigać z kolan najnowszy krążek Toro Y Moi, jest jednak utworem o zmarnowanym potencjale. Zakurzona, klasyczna gitara przeplatana folkowymi fletami, to za mało, by numer pozostał w pamięci, nawet jeśli przywołuje miłe skojarzenia z psychodelią Black Moth Super Rainbow. Nie można oprzeć się wrażeniu, że pomysły Chaza na nowe piosenki, wyczerpują się po minucie, dwóch, ograniczając się do rzucenia ulotnej myśli, która spala się wraz z każdą, kolejną minutą przeciąganych epilogów. Czasem i owej koncepcji brak, czego dobrym przykładem jest przezroczysty „Light Black”, który krąży uparcie wokół ogranego, klawiszowego motywu, nie dając nadziei na choćby najmniejszy fun.


Freak folkowe wpływy słychać w centralnej części albumu. Przeciętne „Got Blinded” i „How I Know” to ukłon w stronę Ariela Pinka oraz całej sceny New Weird America. Czego by złego nie mówić o nowym albumie, trzeba przyznać, że single Chazowi wyszły smacznie – „Still Sound” to ponowne tego potwierdzenie. Nie potrafię pojąć, dlaczego kawałki promocyjne tak różnią się od reszty albumu, będąc równocześnie jedynymi, naprawdę porywającymi piosenkami na płycie. Całkiem zjadliwym kąskiem jest hipnotyczny „Good Hold”, będący kompozycją o długiej dacie ważności – tajemnicze pianino i lejący się po pięciolinii śpiew Bundicka, jest na tyle nieoczywisty i świeży, że można dać się temu ponieść na dłuższą chwilę, dołączając track do „Causers Of This”. Album zamyka energiczny „Elise”, kuszący szerokim, oldschoolowym instrumentarium. Na nasze nieszczęście Toro Y Moi przeciągnął finał do bezproduktywnych sześciu minut, w których familiarny retro pop, ostatecznie gasi moje płonne nadzieje na jeszcze jeden, niemrawy uśmiech zadowolenia malujący się na mojej twarzy. No way.

„Underneath The Pine” to zła płyta, sklecona na siłę, bez pasji i jakiegokolwiek polotu, do którego zdążył nas przyzwyczaić debiut Chaza. „Causers Of This” było dziełem geniuszu, najnowszy krążek Toro, to ledwie jego przebłyski. Być może warto, by Bundick pociągnął dobrze znane tematy, które wyniosły jego projekt na szczyt. Schować żywe instrumenty do futerałów, by otworzyć je w stosownym czasie, gdy powie już wszystko, co miał do powiedzenia za pomocą syntezatorów i MPC. Jego najnowsze dziecko, udowadnia, że jest na to jeszcze stanowczo za wcześnie.

carparkrecords.com

toroymoi.blogspot.com

myspace.com/toroymoi

Carpark Records, 2011







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy