Wpisz i kliknij enter

The Flashbulb – Love As A Dark Hallway


Benn Jordan słynie przede wszystkim ze wszechstronności, co znajduje wyraz w mnogości pseudonimów, pod jakimi nagrywa eklektyczną elektronikę: Acidwolf, Q-Bit, Dr. Lefty, Flexe, Dysrhythmia, Human Action Network i kilka innych. Największą płodnością wykazuje się jako The Flashbulb – „Love As A Dark Hallway” to już dziesiąty album zrealizowany pod tym szyldem.

Początki Jordana jako The Flashbulb (lata 2000-2005) to przede wszystkim eksperymenty z takimi konwencjami jak IDM, drum’n’bass i breakcore. Z biegiem czasu Amerykanin począł jednak sięgać po brzmienia z zupełnie innej beczki – choćby folk, modern classical czy ambient. Ostatnie pięciolecie w jego karierze to już wyraźny zwrot w stronę spokojniejszych i bardziej organicznych form brzmieniowych. Na najnowszym albumie, z którym mamy tu do czynienia, jest to przede wszystkim… free jazz.

Szczerze mówiąc, po serii doskonałych wydawnictw dla nieistniejącej już wytwórni Sublight Records, trochę zapomniałem o tym wcieleniu Jordana. Niby był „Soundtrack To A Vacant Life” i następujący po nim, ubiegłoroczny „Arboreal”, atoli tęskniłem za starym dobrym i połamanym wykonawcą, jakiego znałem z „Flexing Habitual”. Po przesłuchaniu „Love As A Dark Hallway” raczej nie będę próbował sobie przypominać – prędzej wrócę do chwalebnej przeszłości. Podobnie uczynił zresztą amerykański producent, który powrócił do czasów dzieciństwa, gdy jako kilkuletni chłopiec brzdękał na gitarze. Dzisiaj ma więcej instrumentów i z pewnością jest bardziej biegły w grze na tychże, co jednak samo w sobie nie gwarantuje udanej muzyki.

„Love As A Dark Hallway” wypełnia 37 minut dźwięków niebezpiecznie bliskich kategorii przerostu formy nad treścią. Ekwilibrystyczne popisy Jordana irytują i męczą, bo przypominają smoothjazzowe nudziarstwo, jakiego wszędzie dziś pełno. Choć autor niewątpliwie potrafi nieźle grać na wielu różnych instrumentach, jako kompozytor spadł w rejon skalistego dna swoich możliwości. W efekcie rozróżnienie poszczególnych fragmentów albumu udaje się osiągnąć dopiero po miesiącach odosobnienia na Wyspie Świętej Heleny. Sytuację dodatkowo pogarszają tytuły utworów – tak samo pretensjonalne, jak muzyka.

Wygląda na to, że pisanie muzyki do reklam (m.in. Dove i Toyota) i telewizji nie wyszło na dobre temu skądinąd znakomitemu artyście. Porażająco nużący krążek, chyba najnudniejszy w tym roku.
Alphabasic, 2011







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
elkoza
elkoza
9 lat temu

do dupy recenzja, album zajebisty

JA
JA
10 lat temu

kwestia gustu! 🙂

Polecamy