IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.

The Future Eve feat. Robert Wyatt – KiTsuNe / Brian The Fox
Łukasz Komła:

Na łączach z Robertem Wyattem.

Rites of Fall – Towards the Blackest Skies
Jarek Szczęsny:

Im dalej w las, tym ciemniej.

Hula – Voice
Paweł Gzyl:

Łabędzi śpiew mistrzów industrialnego funku.



Disappears – Pre Language

Odkąd znaleźli schronienie w wytwórni Kranky rokrocznie wydają album studyjny. Parominutowe petardy, z których zionie zarówno chłód Joy Division, jak i punkowa wściekłość, są właściwie jedynym produktem wychodzącym spod szyldu Disappears. Ale skoro jest się w czymś dobrym, to po co to zmieniać?

Na „Pre Language” chicagowski zespół pielęgnuje cechy, które nadały mu indywidualnych rysów – do przesady nonszalanckie frazy wykrzykiwane przez wokalistę, potok gitarowego rzężenia oraz motoryczny rytm napędzający z równym skutkiem większość utworów. Znowu najjaśniej błyszczą te najkrótsze – dwuminutowe wizytówki bez zbędnych ozdobników. Nie stroniąc od shoegaze’owych patentów zapewnili sobie także furtkę, dzięki której łatwo przeobrazić pozostałe kompozycje w parunastominutowe, koncertowe lewiatany – paleta gitarowych efektów zapychających eter jest w Disappears tyleż skromna, co skutecznie eksploatowana.

Mainstreamowy indie rock, królujący niepodzielnie od paru lat w większości stacji muzycznych, przez pryzmat dźwięków tej chicagowskiej szajki zdaje się być żenującą parodią. I choć stężenie ogranych, rockowych patentów momentami jest tutaj rzeczywiście dosyć wysokie, to jednak dokonania Disappears tchną tak szczerą i niezatapialną chęcią grania, iż wszelkie zarzuty skierowane w ich stronę zdają się być bezpodstawne – w końcu formułą zespołu jest prostota definiowana na wiele sposobów. I być może to właśnie aura otaczająca ich muzykę zwabiła bębniarza z Sonic Youth – Steve Shelley nie zmienił w znaczący sposób charakteru warstwy rytmicznej, jednak można być pewnym, iż jego nazwisko pomoże grupie ze zbliżającą się lawiną wiosenno-letnich festiwali.

Płyta „Pre Language” broni się całkiem nieźle. Pomaga tu fakt, iż trwa jedynie 35 minut. Balansując na defincyjnej granicy albumu studyjnego dają się poznać, po raz kolejny, jako łobuzerska banda uprawiająca dynamiczne gitarowe spawanie, pozostawiając po sobie zdrowy niedosyt. Jeśli ktoś dawno nie prowokował swoich neuronów do tańca pogo, to nadaża się ku temu okazja.

Kranky | 2012

3/5

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.