Wpisz i kliknij enter

Chromatics – Kill For Love

Powracają po pięciu latach z nowym albumem, zawierającym – bagatela – 17 kompozycji, trwających wspólnie ponad półtorej godziny. W czasach, kiedy muzycy starają się pod presją wytwórni i środowiska, skracać maksymalnie czas trwania swoich płyt, trzeba przyznać, że Amerykanie zaskoczyli mnie dość pozytywnie. Choć momentami może się wydawać, że „Kill For Love” jest troszkę przydługi, to na pewno poświęcenie temu krążkowi 90 minut, nie jest jakimś szczególnie bolesnym przeżyciem. Wręcz przeciwnie.

Podobnie jak na świetnie przyjętej, poprzedniej płycie zespołu – „Night Drive” – cofamy się w maszynie czasu do końcówki lat 80. i trafiamy do zadymionej, przyozdobionej migotającymi, kolorowymi światłami dyskoteki, gdzie tłum modnie ubranych młodych ludzi, faluje na parkiecie w hipnotycznym tańcu. Choć na samym początku czeka nas pewna niespodzianka, bowiem „Kill For Love” otwiera cover Neila Younga „Into The Black”. Pełen zadumy i nostalgii, oparty o monotonną gitarę utwór, jest jednak idealnym wstępem do świata Chromatics. Świata oldschoolowych, chłodnych syntezatorów, ale i dyskotekowych beatów, przyjemnie brzmiących gitar i refleksyjnych, hipnotycznych melodii. Każdy, kto oglądał film „Drive” będzie wiedział dokładnie, o czym mowa (zresztą Chromatics można znaleźć na soundtracku do obrazu Refina). Największe wrażenie robi intymny i niezwykle subtelny w swojej formie, synthpopowy „Kill For Love”, kojarzący się z M83 „Back From The Graves”, nieco złowrogie i hipnotyczne „Lady”, oraz przeznaczone do nocnej jazdy samochodem po mieście, narkotyczne i zagrane na spowolnionych obrotach „Candy”. Oddać hołd należy także wokalistce grupy – Ruth Ratelet – której urokliwy, tajemniczy głos zapewne niejednego prześladuje w czasie nieprzespanych nocy.

„Kill For Love” to jedna z najlepszych płyt, jakie dane mi było słuchać w ostatnim czasie. Jest to album – nie boję użyć się tego słowa – piękny. Kameralny, a jednak posiadający niezwykłą, wewnętrzną siłę. Trochę w nim mroku i trochę światła. Trochę radości i trochę smutku. Słuchanie go sprawia, że oksymoron „gorący lód” nabiera nowego wymiaru.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
buszkers
8 lat temu

Nocny pijacki wiosenny spacer ze słuchawkami na uszach – wjechało cudownie. Miód cud orzeszki 🙂

k.
k.
8 lat temu

Świetna płyta:)
Faktycznie, nie poczułem, że ma ponad półtorej godziny.
Słucha się z czystą przyjemnością!

Polecamy