Wpisz i kliknij enter

Acid Washed – House Of Melancholy

Paryski duet pozostaje w kręgu klasycznej muzyki klubowej, ale nasycają ją zgoła mało euforycznymi emocjami.

Kiedy Daft Punk wzięli się za granie amerykańskiego soft-rocka, wydaje się, że francuska scena klubowa została pozbawiona swego naturalnego lidera. To nie znaczy, że nie dzieje się na niej nic ciekawego – i być może wśród młodszych wykonawców znak Sekwany już wyrastają następcy słynnego zespołu. Jednym z ciekawszych projektów, który potencjalnie miałby takie szanse, wydaje się być duet Acid Washed.

W jego skład wchodzi dwóch producentów o zupełnie odmiennych korzeniach. Andrew Claristidge pochodzi z regionu Grenoble, który uznawany jest za kolebkę francuskiego techno. Richard d’Alpert kształcił się z kolei w Paryżu na klasycznego muzyka, by w końcu poświęcić się graniu post-punka. Ich debiutancki singiel z 2009 roku miał wymowny tytuł – „General Motors, Detroit, America”. Wierność klasycznym brzmieniom z końca lat 80. objawił również debiutancki album duetu, który trzy lata temu opublikowała wytwórnia Air – Records Makers.

Rozwinięciem zapoczątkowanych na nim wątków jest nowa płyta Acid Washed – „House Of Melancholy”. W jej klimat pomysłowo wprowadza już okładka, na której znalazło się zdjęcie w coraz popularniejszym stylu vogue – choć tym razem przedstawia urocze klubowiczki z Paryża, a nie z Nowego Jorku. Graficzne opakowanie ma oczywiście swój odpowiednik w muzyce. Bo i tym razem Claristidge i d’Alpert zapraszają nas na muzyczny rollercoaster po tanecznych stylach z drugiej połowy lat 80.

Zaczyna się oczywiście od chicagowskiego house’u – bo w tym stylu utrzymany jest otwierający całość „Heartbeat Maker”. Francuscy producenci uzupełniają jednak kumkające dźwięki Rolanda 303 i zwalisty pochód warczącego basu na własny sposób – wprowadzając soundtrackowe klawisze, które sprawiają, że nagranie brzmi niczym klubowy remiks tematu przewodniego z „Gwiezdnych wojen”. Podobny utwór dostajemy na koniec płyty – ale tym razem zostaje ono ozdobione finezyjną partią piano w stylu dawnych przebojów Inner City, wiodącą nas do niemal symfonicznego finału („House Of Melancholy”).


„Fire N’ Rain” łączy w charakterystyczny dla wczesnych kompozycji z Wietrznego Miasta elementy disco i house’u. Z jednej strony mamy tu bowiem melodyjny wokal o lekko gejowskim tonie, a z drugiej – sprężyste bity automatu perkusyjnego. Między tym wszystkim umieszczony zostaje miękki pochód melodyjnego basu – zapewne świadomie przypominający słynny „Vogue” Madonny. „Golem`s Dance” zaczyna się od dźwięcznych akordów fortepianu zasłyszanych być może u Tears Of Fears – ale tuż potem uderza stanowczo wystukiwany rytm, potwierdzając, że nadal pozostajemy w kręgu chicagowskich brzmień.

Wbrew tytułowi „Prince Acid” to już typowe disco w moroderowym stylu – bo mamy tu epickie pasaże syntezatorów i energetyczny loop, jedno i drugie zanurzone w kosmicznym sosie. Mroczne tchnienie nowofalowej muzyki do tańca w stylu wczesnego New Order wnosi z kolei „For Your Eyes Only” – uwodząc soczystymi partiami przestrzennych klawiszy. Bardziej pastiszowy charakter ma „Gasoline” – tym razem Francuzi serwują nam bowiem zmysłową balladę do przytulania, wyśpiewaną groteskowym barytonem przez Yana Wagnera. Stąd już krok do popularnej obecnie minimal wave – i zostaje on uczyniony w podrasowanym na synth-popową modłę „Hello Universe”. Tym razem obowiązki wokalistki pełni sama Miss Kittin – nadając kompozycji klimat futurystycznego erotyzmu rodem z filmowej „Barbarelli”.

Na koniec tego dosyć krótkiego zestawu Acid Washed zabierają nas w końcu do Detroit. Pierwszym tego znakiem jest „Celestial Choirs Of Barbes”. Tym razem muzyka idealnie koresponduje z tytułem – bo w zwarty podkład rytmiczny wpisane zostają syntetyczne chóry o anielskiej barwie. Jeszcze ciekawiej wypada „Nautilus” – porywając emocjonalnym brzmieniem strzelistych klawiszy i podłamaną rytmiką, perfekcyjnie łączącą techno z electro. Gdyby zaprezentować któreś z tych nagrań nie znającemu ich autorów słuchaczowi – bez wątpienia wskazałby na Carla Craiga albo któregoś z innych weteranów z Motor City. A tu – niespodzianka.

„House Of Melancholy” to idealny tytuł dla tej płyty. Bo choć francuscy twórcy pozostają w kręgu klasycznej muzyki klubowej, to nasycają ją zgoła mało radosnymi uczuciami. I owszem – ich nagrania porywają do tańca swą surową energią i zgrabnymi melodiami, ale równocześnie spowijają nas dyskretną nutką nostalgii. Bo czas mija nieubłaganie – i nowa elektronika dawna ma już za sobą swoją pierwszą młodość.

Record Makers 2013

www.recordmakers.com

www.facebook.com/recordmakerspage

www.facebook.com/AcidWashed







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy