Ehh hahah – House ze skrzypcami w tle
Jarek Szczęsny:

Pod znakiem internetu.

Alva Noto – Xerrox Vol. 4
Mateusz Piżyński:

Czwarta odsłona cyklu Xerrox, na którą przyszło nam czekać pięć lat.

Various Artists – Kern Vol. 5 Mixed By Helena Hauff
Paweł Gzyl:

„For those who knows”

Amnesia Scanner – Tearless
Paweł Gzyl:

Finowie serwują miłosne ballady.

Michael Lightborne – Ring Road Ring
Łukasz Komła:

Dźwiękowy świat obwodnicy w Coventry.

Christine Ott – Chimères (pour ondes Martenot)
Jarek Szczęsny:

Geometria dźwięków.

Deadbeat And Paul St. Hilaire – 4 Quarters Of Love And Modern Lash
Paweł Gzyl:

Scott i Paul medytują.

Vysoké Čelo – Űrkutatás
Jarek Szczęsny:

Grzechem byłoby nie skorzystać.

Ellen Allien – AurAA
Paweł Gzyl:

Hołd dla czasów, kiedy techno i trance były jednym.

Nihiloxica – Kaloli
Łukasz Komła:

Na wzgórzu perkusyjnych abstrakcji.

Upsammy – Zoom
Paweł Gzyl:

Zbliżenie na kruche piękno.

Alois – Azul
Łukasz Komła:

Stąpać po niebieskim.

Sote – Moscels
Jarek Szczęsny:

Ku wizjonerskiemu futuryzmowi.

Moodymann – Taken Away
Jarek Szczęsny:

Pląsy w dusznym pomieszczeniu.



Gareth Dickson – nasza rozmowa

Rozmawiamy ze szkockim songwriterem Garethem Dicksonem o jego dwóch najnowszych albumach, o życiu w Argentynie, miłości do muzyki Nicka Drake’a, współpracy z Vashti Bunyan i innych ciekawych rzeczach.

Gareth Dickson zadebiutował płytą „Spruce Goose” (2005), a następnie w tym samym roku wydał album „Solina Sea”. Jeszcze przed swoim wyjazdem do Argentyny zarejestrował sporo nowych nagrań, które znalazły się na dwóch krążkach „Collected Recordings” (2009) i „The Dance” (2010). W 2013 roku płyta „Collected Recordings” została wznowiona na CD przez wytwórnię 12k. Dickson rozpoczął współpracę z oficyną 12k wydając w pierwszej kolejności EP-kę „Noon” oraz znakomity album „Quite A Way Away”. Od wielu lat współpracuje z Vashti Bunyan. Nagrywał także z Maxem Richterem i koncertował z Davidem Byrne’m czy Juaną Moliną.

Łukasz Komła: Na początku przenieśmy się do przeszłości i zapytam ciebie, jak wspominasz po latach swój pobyt w Argentynie i tę makabryczną sytuację związaną z awarią samolotu.  

Gareth Dickson: Na szczęście ten samolot nie uległ rozbiciu. Pamiętam, jak podczas mojego pobytu w Ameryce Południowej, leciałem też innym małym samolotem, gdzie w pewnym momencie zaczął się palić jego silnik. To wydarzenie było przerażające do tego stopnia, że naprawdę myślałem o swojej śmierci. Zamieszkałem w Argentynie ze względu na moją dziewczynę, która zakochała się w mnie podczas naszej wspólnej trasy koncertowej w Wielkiej Brytanii. Pokochałem jej kraj i ludzi, którzy są tam weseli i bardzo przyjaźnie nastawieni, ale to nie było łatwe miejsce do życia z wielu powodów, szczególnie dla muzyka. Tęskniłem za rodziną i przyjaciółmi. Byłem też świadkiem napadu w restauracji, to nie było nic poważnego, ale akurat grałem w tym miejscu, kiedy do środka weszło dwóch mężczyzn z pistoletami i ukradli komuś torebkę.

Nie jest to jakoś specjalnie niebezpieczny kraj, miałem po prostu pecha. Moje doświadczenia, jakie spotkały mnie w Argentynie, można odnaleźć na albumie „Quite A Way Away” – najbardziej „niespokojna” płyta w moim dorobku. Duży wywarła na mnie wpływ sama muzyka, jaką usłyszałem w Argentynie. Czego potwierdzeniem jest nagranie „Nunca Jamás”.

Rozmawialiśmy ostatnio, a było to na łamach serwisu Nowa Muzyka, to wówczas pracowałeś nad swoimi nowymi wydawnictwami, które jedno z nich ukazało się dopiero pod koniec sierpnia tego roku, czyli koncertowy album „Invisible String” (Sleeping Man Records), zaś drugi longplay „Wraiths”, z twoimi interpretacjami utworów Nicka Drake’a, doczekał się wznowienia. Początkowo płytę wydała mała japońska oficyna Lirico, a teraz wzięła się za to amerykańska wytwórnia Scissor Tail Records. Opowiedz, jakie miejsca odwiedziłeś podczas tej trasy koncertowej i jakie masz z tym wspomnienia?

Moja trasa koncertowa udokumentowana na płycie „Invisible String” odbyła się w 2012 roku i w rzeczywistości były to jednorazowe koncerty w całej Europie. Najpierw pojechałem do Francji, Szwecji, Niemczech i Hiszpanii. W trasę wybrałem się moim samochodem wraz ze szwedzkim muzykiem ukrywającym się pod nazwą Library Tapes. To był wspaniały czas, głównie graliśmy w domach i małych klubach, choć od czasu do czasu udawało nam się wystąpić na małych festiwalach. Trasa to świetna zabawa, ale również i ciężka praca, gdyż codziennie trzeba wcześnie wstać, śpi się zazwyczaj po cztery/pięć godzin, należy dostać się na miejsce występu, spotkać wielu nowych ludzi, skonfigurować wszystkie urządzenia, zagrać koncert, sprzedać płyty, spakować się, znaleźć coś do jedzenia, a następnie wrócić do hotelu.

Kocham to, ale to na pewno nie jest najważniejsze zajęcie w moim życiu, zwłaszcza na tym poziomie, gdzie trzeba samemu zadbać o wszystko. Zapewne gwiazdy pokroju Leonarda Cohena mają trochę łatwiej! Mam jednak zawsze wspaniałe wspomnienia związane z tymi koncertowymi podróżami. Pamiętam te słońce, kiedy jechałem przez Francję, muzyka w odtwarzaczu i było można poczuć prawdziwą wolność. Koncert w Stambule był dla mnie sporym wyróżnieniem, to naprawdę niesamowite miejsce, zupełnie inne od europejskich miast. Stambuł ma swój klimat, niekoniecznie zachodni i za to go kocham.

Ucieszyłem się, że na koncertowym albumie „Invisible String” pojawiły się moje ulubione utwory: „This Is The Kiss”, „Like A Clock”, „Jonah”, „Fifth”, „Noon” czy nagranie „Nunca Jamás”, będące autorstwa argentyńskiego gitarzysty i songwritera – Atahualpa Yupanqui. Powiedz coś więcej o tym muzyku i skąd się wziął pomysł, aby wykonać jego kompozycję?

Tak, to prawda. Kiedy mieszkałem w Argentynie po raz pierwszy poznałem twórczość Atahualpa Yupanqui’ego – fantastyczny gitarzysta i kompozytor. Mój gust muzyczny był dość ograniczony i skupiał się wyłącznie na artystach europejskich i amerykańskich. Myślałem, że znam już wszystkich najlepszych muzyków. Jednak się myliłem. Od razu pomyślałem o Yupanqui’m jako o argentyńskim odpowiedniku Berta Janscha. Tak samo, jak Jansch, brał na warsztat tradycyjną muzykę swego kraju i przynosił ją do współczesnego świata. Słyszałem, że często grał w domach dla swoich przyjaciół. Zostałem poproszony, aby przygotować swoją interpretację jego utworu, która miała się znaleźć na kompilacji. W końcu moja dziewczyna wybrała nagranie „Nunca Jamás”. Uwielbiam takie piosenki i postanowiłem ją wykorzystać też na swoim albumie.

Grasz koncerty na całym świecie, więc zapytam: jakie reakcje wśród publiczności wywołuje twoja muzyka?

Zazwyczaj publiczność odbiera moją twórczość bardzo dobrze, a to dlatego, że ludzie znają moje płyty i wiedzą czego mogą się spodziewać. Jak zaczynałem przygodę z koncertami, to wiedziałem, że nie będzie łatwo. Bo moja muzyka wymaga ciszy i skupienia, a granie w pubie, kiedy w tle słychać rozmowy, bywa bardzo trudne. Teraz staram się grać w bardziej przyjaznych miejscach, do których ludzie świadomie przychodzą na koncerty. Dlatego reakcje słuchaczy są bardzo entuzjastyczne, zwłaszcza w Europie. Nie rozumiem podejścia publiczności w moim kraju. Ludzie nie traktują cię poważnie, bo wiedzą, że jesteś z tego samego miasta, co oni. Przyznam, że w Wielkiej Brytanii ogólnie nie jest łatwo zaistnieć na rynku muzycznym. Wprawdzie mamy głębokie korzenie, jeśli chodzi o muzykę rockową i nie tylko. Okazuje się, że jednak reszta Europy jest bardziej otwarta na ten rodzaj muzyki, jaki wykonuję.

Przyznam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem twój głos, a było to wiele lat temu, wiedziałem, że na pewno kiedyś zdecydujesz się wydać materiał ze swoimi interpretacjami utworów Nicka Drake’a. Masz tak subtelną i delikatną barwę głosu, która bardzo przypomina głos Drake’a. Jaki wpływ na twoją twórczość miała osoba tego wybitnego muzyka?

Kocham muzykę Nicka Drake’a. Kiedy miałem te dwadzieścia lat słuchałem jego nagrań prawie non-stop. Był i nadal jest jednym z moich prawdziwych muzycznych idoli. W tej chwili ciężko jest mówić o nim jako o muzyku, był bardziej bytem duchowych czy coś w tym stylu niż gitarzystą. Napisał jedne z najpiękniejszych melodii na gitarze, a także teksty, które są niesamowite. Drake jest dla mnie tak samo dobry, jak ktoś taki jak Schubert czy Beethoven, jeśli chodzi o pisanie melodii. Może nie stworzył aż tak wielkich i skomplikowanych utworów jak Beethoven, ale myślę, że jego dar wyrażania uczuć poprzez melodie był tak silny, jak tychże kompozytorów. Nie raz śpiewałem jego piosenek i często mi mówiono, że mam bardzo podobny głos. Myślę, że w moim głosie zachowały się pewne podobieństwa, ale z upływem czasu jest ich coraz mniej. To samo mogę powiedzieć odnośnie mojego stylu gry na gitarze. Nick Drake i tak pozostanie jednym z moich ulubionych artystów – w tej kwestii na pewno nic się nie zmieni.

Jakich innych wokalistów/gitarzystów sobie najbardziej cenisz?

Odnośnie wokalistów i gitarzystów, to kocham muzykę Berta Janscha, Daveya Grahama, Roberta Johnsona, Syda Barretta, Skipa Jamesa, Mississippi Johna Hurta. Uwielbiam też muzykę ambient i elektroniczną w wykonaniu takich artystów jak Brian Eno, Aphex Twin, Kraftwerk etc. Inspiruje mnie też muzyka klasyczna, cenię sobie prace Glenna Goulda, Schuberta, Bacha i Beethovena.

Od kilku lat współpracujesz z legendarną wokalistką Vashti Bunyan, jesteś stałym członkiem jej koncertowego zespołu. Niedawno ukazała się najnowsza płyta Bunyan, pt. „Heartleap”. Jak trafiłeś pod skrzydła tej artystki i jak wyglądają wasze próby czy przygotowania do występów?

Całkiem niespodziewanie pod koniec 2005 roku dostałem od Vashti zaproszenie. Wówczas wydała album „Lookaftering” (Fat Cat Records) i szukała gitarzysty, który by ją wspomógł podczas tournée. Wkrótce się spotkaliśmy i rozpoczęliśmy nasze próby. Vashti miała w planach przygotowanie koncertu w Londynie, w The Barbican Centre. Na szczęście mieszkamy blisko siebie, ja w Glasgow, a ona w Edynburgu, więc jest to zaledwie godzina jazdy samochodem. Podczas naszego pierwszego koncertu oboje byliśmy bardzo zestresowani, ponieważ żadne z nas nigdy nie robiło czegoś podobnego. Byłem przyzwyczajony do grania w małych pubach w Glasgow, a Vashti naprawdę zagrała niewiele koncertów w swoim życia. Często ćwiczyliśmy w jej domu, gdzie były tylko gitary i jej śpiew, aż do momentu, kiedy mieliśmy dobrze opanowany materiał. Następnie na tydzień udaliśmy się do Londynu, aby rozpocząć próby z całym zespołem. Na początku grałem w większości to samo, co Vashti, choć mocno się denerwowała i zdarzało jej się zapomnieć swoich partii na gitarze. Z czasem i moje pomysły znalazły swoje miejsce w kompozycjach Vashti, a ostatnio nawet dodałem swój wokal. Właśnie zakończyliśmy trasę po Wielkiej Brytanii, a w przyszłym miesiącu mamy kilka koncertów w Europie, w tym jeden w Polsce, w Katowicach (artysta miał na myśli festiwal Ars Cameralis – przyp. red).

Jakie masz plany na najbliższe miesiące?

Cóż, jestem w trasie z Vashti i ewentualnie planuję pod koniec listopada zagrać kilka koncertów w Portugalii, choć nie jest to jeszcze potwierdzone. Z kolei w połowie grudnia mam zamiar wystąpić we Francji z projektem „Nicked Drake”, gdzie zaprezentuję swoje covery utworów Nicka Drake’a. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będę mógł spędzić znacznie więcej czasu w domu niż miało to miejsce w ciągu ostatnich kilku lat. Chcę spróbować napisać nową muzykę i ją nagrać, ale na to trzeba czasu i przede wszystkim być w domu. Muzyka nie jest dla mnie tylko zabawą, leczy tym, co kocham robić najbardziej.

 

Oficjalna strona artysty »Profil na Facebooku »Słuchaj na Soundcloud »Profil na BandCamp »

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. Dzięki. Fajnie, że gość wydał w 12k… Nietypowe to dla nich 🙂