Jazz Band Młynarski-Masecki – Płyta z zadrą w sercu
Jarek Szczęsny:

Jedna dla wszystkich.

Shapednoise – Aesthesis
Paweł Gzyl:

Nieznane mutacje basowych brzmień.

A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?

Floating Spectrum – A Point Between
Jarek Szczęsny:

Cyfrowy pomnik przyrody.

Bleu Roi – Dark/Light
Łukasz Komła:

Wiosną ubiegłego roku wsłuchiwaliśmy się w singiel szwajcarskiego projektu Bleu Roi, a przed kilkoma dniami ukazała się ich nowa EP-ka „Dark/Light”, którą przybliżamy i jednocześnie o niej rozmawiamy z Jennifer Jans.

Traversable Wormhole – Regions Of Time
Paweł Gzyl:

Adam X wraca do projektu sprzed dekady.

Sudan Archives – Athena
Jarek Szczęsny:

Do diabła z dobrymi radami.

Planetary Assault Systems – Plantae
Paweł Gzyl:

W stronę psychodelii.

Sleep D – Rebel Force
Paweł Gzyl:

Muzyczny zapach minionego lata.

Levitation Orchestra – Inexpressible Infinity
Jarek Szczęsny:

Podpalacze wzniecają eutymię.



President Bongo & The Emotional Carpenters – Serengeti

Muzyczna podróż przez afrykański park przyrody.

Stephan Stephensen dał się poznać przede wszystkim jako jeden z architektów brzmienia islandzkiego zespołu GusGus. Będąc jednym z jego założycieli w 1995 roku, odpowiadał nie tylko za muzykę, ale również za jakże ważne w przypadku tego projektu elementy plastyczne – filmy, wizualizacje i grafikę płytową. Kilka miesięcy temu drogi pozostałych członków formacji i Stephensena rozeszły się, ponieważ artysta rozpoczął solową karierę.

Na swój autorski debiut wybrał sobie dosyć niekonwencjonalne przedsięwzięcie. Zainspirowany pobytem w afrykańskim parku Serengeti postanowił opowiedzieć o jego fenomenie – zwierzętach, roślinności, pogodzie. Aby tego dokonać zebrał całą orkiestrę – islandzkich muzyków, zarówno o klasycznej, jak i rockowej przeszłości. Wykonali oni jego kompozycje, w których sam zajął się elektroniką. Tak narodził się album „Serengeti”.

Otwierający zestaw „Maestrale” to neoklasyczny utwór, dosyć oczywisty sposób zamaszyste partie orkiestrowych smyczków z dyskretnym tłem o syntezatorowym charakterze. Ku naszemu zaskoczeniu „Scirocco” wcale nie kontynuuje tego wątku – koncentrując się na tęsknym solo na akordeonie o folkowej proweniencji. Plemienne bębny uderzają dopiero w hipnotycznym „Mezzogiorno”, wnosząc ze sobą zawodzenia psychodelicznej gitary i dronowe wyziewy.

Centrum zestawu stanowi najbardziej rozbudowana kompozycja – „Greco”. Otwierają ją brzęczące klawisze, wiodące słuchacza wprost w gąszcz przestrzennych efektów, które niespodziewanie zostają podszyte minimalowym bitem. Kontrapunktem dla tej elektroniki okazuje się być rozbuchana partia żrącej gitary, spuentowana ostatecznie orkiestrową kodą. Równie bogatą konstrukcję ma „Ponente”. Tym razem otrzymujemy niemal wzorcowy kraut rock, rozpięty między plemienną rytmiką a eksperymentalną elektroniką i gitarową psychodelią.

Podobne wątki odnajdujemy w kompozycji „Tramontaria”. I tutaj podstawą jest hipnotyczny puls – tym razem wyznaczany jednak przez „żywą” perkusję. Towarzyszą jej nostalgiczne dźwięki gitary, wprowadzające do muzyki z „Serenfeti” echa pustynnego bluesa w stylu Ry Coodera. President Bongo nie byłby sobą, gdyby nie dodał tu elektroniki – a jest to trance’owy pasaż klawiszowy, przywołujący wspomnienie dawnych dokonań GusGus. Wszystko to wieńczy zwrot w stronę neoklasyki – w „Libeccio” i „Libante”.

Przesłuchanie debiutanckiego albumu islandzkiego artysty budzi sprzeczne emocje. Z jednej strony godnym podziwu jest rozmach, z jakim zrealizował on tę muzyczna suitę. Pomieszane gatunki, różne brzmienia, odmienne tradycje. Z drugiej strony kompozycjom brakuje jednak wyrazistości, choćby bardziej czytelnej melodyki czy mocniejszego nasycenia elektroniką, by mogły zrobić na słuchaczu większe wrażenie i pozostać w nim na dłużej. W efekcie „Serengeti” jawi się jako muzyczna ekstrawagancja współtwórcy GusGus, która pozostanie jedynie niecodzienną ciekawostką.

AlbumLabel 2015

www.albumlabel.com

www.facebook.com/album.label

www.facebook.com/presidentbongo

 

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.