KTLH – Azathoth
Jarek Szczęsny:

Egzorcyści będą mieć pełne ręce roboty.

Koenraad Ecker & Frederik Meulyzer – Carbon
Paweł Gzyl:

Wizyta na Spitsbergenie.

Planetary Assault Systems – Live At Cocoon Ibiza
Paweł Gzyl:

Techno z saksofonem? Czemu nie!

Olo Walicki & Jacek Prościński – Llovage
Jarek Szczęsny:

Uciekająca sekcja rytmiczna.

Abul Mogard – Kimberlin
Maciej Kaczmarski:

Elegia na odejście.

Tobias Preisig – Diver
Łukasz Komła:

Skoncentrowana powódź.

Lee Gamble – Exhaust (Flush Real Pharynx Part 2)
Paweł Gzyl:

Powrót do korzeni.

Various Artists – Pop Ambient 2020
Paweł Gzyl:

Ambient jak skała.

FKA Twigs – Magdalene
Jarek Szczęsny:

Jedno płuco.

Sarin – Moral Cleansing
Paweł Gzyl:

EBM wyszlifowany na najwyższy połysk.

Mary Komasa – Disarm
Przemysław Solski:

Rozbrójmy się.

Black Sea Dahu – No Fire in the Sand
Łukasz Komła:

Tonąc w lekkości.

DJ Shadow – Our Pathetic Age
Jarek Szczęsny:

Ilość nie przekłada się na jakość.

Shanti Celeste – Tangerine
Paweł Gzyl:

Na poprawę nastroju.



Podsumowanie roku 2015 – Krzysiek Stęplowski

Naprawdę udany muzyczny rok. Jednocześnie taki, w którym ciężko wskazać jednego „zwycięzcę”. Najwięcej mówiło się chyba o Tame Impala. Ale fantastycznych albumów było więcej. Oto moja piętnastka. Bez numeracji.

Neon Indian – „Vega Intl. Night School”

Swój trzeci album Alan Palomo miał już gotowy dawno. Problem w tym, że laptop, na którym znajdował się materiał, został skradziony podczas jednej z imprez. Ciekawe, czy ta utracona płyta była równie dobra jak „Vega Intl. Night School”. Okazuje się bowiem, że Palomo – gdy tylko ochłonął – stworzył nie tylko najlepszy krążek w swojej dotychczasowej karierze, ale również jeden z najsilniejszych pretendentów do płyty roku.

Łącząc swoje dwa muzyczne wcielenia – Neon Indian i VEGA – Paloma nagrał świetną popową płytę ubraną w stylowe, syntetyczne echa i podźwięki lat ’80. Tak, wiem, to jest wciąż bardzo modne. Ale w wykonaniu Neon Indian to jest po prostu wyjątkowo dobre.

Kelela – „Hallucinogen”

To tylko Epka, ale siła i ciężar tego materiału nie podlegają dyskusji. Kelela Mizanekristos wreszcie wypuściła premierowy materiał i w kategorii nowego soulu rozłożyła – moim zdaniem – wychwalanych w tym sezonie Miguela i FKA Twigs. „Hallucinogen” jest również dowodem na to, że wytwórnia Warp nadal trzyma rękę na pulsie. Absolutnie fantastyczna produkcja. Ciekawe, czy to zapowiedź równie ekscytującego LP.

Jaakko Eino Kalevi – „Jaakko Eino Kalevi”

Ten facet swego czasu był motorniczym w Helsinkach, na saksofonie nauczył grać się sam i dotychczas nagrywał głównie w domu. „Jaakko Eino Kalevi” to w zasadzie jego drugi album, ale tytuł wydaje się być rozsądny: to prawdziwy debiut Fina.

Porcja dziesięciu nostalgicznych, dziwnych, chłodnych piosenek. Nie bez powodu JEK porównywany jest najczęściej do Ariel Pinka. I jeśli tylko nie złapiecie awarii na specyfikę tego wokalu, szybko dojdziecie do wniosku, że na tym krążku po prostu nie ma słabych punktów.

Petite Noir

Noir wave lub new wave z afrykańskim sznytem – tak swoją muzykę opisuje Yannick Ilunga. Ojciec z Kongo. Mama z Angoli. Miejsce urodzenia – Bruksela. Miejsce zamieszkania – Kapsztad (RPA). Efekt tej mieszanki musiał być powalający. No i jest: soul, elektronika, folk, afrobeat, r’n’b, czego tu nie ma. A wszystko na absolutnym luzie, z dystansem i mnóstwem fantastycznych melodii.

George FitzGerald – „Fading Love”

Choć swój gust kształtował pracując w jednym z londyńskich sklepów muzycznych, to przenosiny do Berlina okazały się najbardziej inspirujące: po serii Epek, remiksów i singli FitzGerald wypuścił wreszcie duży materiał. Ta płyta towarzyszyła mi w tym roku niezwykle często, pasuje bowiem do bardzo wielu okazji. To po prostu dobry elektroniczny pop z lekkimi połaciami „hałsu”. Muzyka, o której nie ma sensu dużo pisać: wystarczy, że klei się do człowieka wybitnie.

Kamasi Washington – „The Epic”

No tak, to naprawdę epicka płyta. Choć ukazała się w maju, do dziś nie jestem w stanie jej do końca ogarnąć. Kamasi Washington to jazzowy saksofonista z LA, którego możemy usłyszeć choćby na albumach Flying Lotusa lub Thundercata. Ten drugi gra również na „The Epic”.

Aby zrozumieć skalę tej muzyki warto posłuchać choćby poniższego „Askim”. To jazz w pełnej postaci, gęsty, skomplikowany, bawiący się strukturami. Uderza mocno, powala szybko, ciągnie w swoją stronę. Co za debiut!

Nils Frahm – „Solo”

W opozycji do epickości poprzedniego krążka – tym razem coś wyjątkowo kameralnego. Frahm ma za sobą dwa fantastyczne lata. Błyskawicznie zbudował sobie pozycję i popularność: swoim talentem, osobowością, pacowitością. W tym roku zrobił muzykę do świetnego filmu „Victoria”, skompilował kolejną część serii „Late Night Tales”, zainicjował Dzień Fortepianu, wreszcie wydał krążek „Solo”. Cudowny, po prostu.

Tame Impala – „Currents”

Jedna z najmocniej wyczekiwanych płyt tego roku. Promowana potężnym „Let It Happen” okazała się najbardziej ambitnym jak dotąd przedsięwzięciem Kevina Parkera. To również bardzo mocny skręt w stronę elektronicznych eksperymentów.

Całe szczęście, że Parker, zafascynowany możliwościami (ograniczeniami?) analogowych zabawek, nie zapomniał po prostu o świetnych melodiach. Jest tu może trochę pretensjonalności, ale to przecież Tame Impala.

Unknown Mortal Orchestra – „Multi-Love”

Spotify pokazał mi, że właśnie ten zespół należał do najczęściej słuchanych przeze mnie w tym roku. Uwielbiam ich pokręconą melodykę, narkotyczną produkcję, aurę lo-fi. Podobnie jak Tame Impala, w tym roku Unknown Mortal Orchestra wydali swój trzeci album i to również jest potwierdzenie wielkiego talentu.

LA Priest – „Inji”

No lubię taki ezgotyczny pop – nic na to nie poradzę. Projekt pana Sama Dusta jest dla mnie właśnie przejawem tego zjawiska. To jedna wielka elektroniczna przeszkadzajka, aranżowana z pomysłem i polotem. Idealna proporcja między sympatycznym kiczem, eksperymentem i dobrą zabawą. Bez wątpienia LA Priest nagrał jedną z najbardziej nietypowych płyt roku.

Jono McCleery – „Pagodes”

Szkoda, że o tej płycie mówi się tak niewiele. Jono McCleery (ciekawostka: facet, który zaczął słyszeć dopiero w wieku kilku lat) wypuścił jesienią płytę, która powinna spodobać się fanom Sohna, Jamiego Woona czy Finka. W odróżnieniu od debiutu, tym razem kompozycje powstały z wyraźnym udziałem elektroniki i sampli. Na szczęście nie spowodowało to niepotrzebnego zamieszania: Jono wciąż pozostaje jednym z najbardziej zdolnych autorów piosenek (lub – jak kto woli – songwriterów).

Jamie XX – „In Colour”

Ciepło, wakacje, festiwale i największy hit tego lata. Wystarczy 🙂 Polecam recenzję Maćka Kaczmarskiego

Julia Holter – „Have You in My Wilderness”

Bogato aranżowane, doskonałe piosenki. Czwarta płyta i największy jak dotąd sukces artystyczny Julii Holter. Pochodząca z LA artystka udowodniła, że należy do najzdolniejszych kompozytorek swojego pokolenia – wystarczy posłuchać jak rozwija się „Betsy on the Roof”. Moim zdaniem to kompozycyjny majstersztyk, i takich perełek jest na tej płycie bardzo dużo.

Grandbrothers – „Dilation”

Swoją muzykę panowie opisują jako „skrzyżowanie fortepianu z automatem perkusyjnym”. I faktycznie: Grandbrothers tworzą pianista jazzowy i projektant syntezatorów. Moim zdaniem efekt ich pracy plasuje się gdzieś między Nilsem Frahmem a Kiasmos. No, może przesadzam. Może bliżej im do Sundoga. Tak czy inaczej: „Dilation” to cudowny zestaw przepięknych kompozycji. Nie zrażajcie się nieco zbyt przewidywalnym, singlowym „Naive Rider”. Warto dać szansę całej płycie.

Ptaki – „Przelot”

To był doskonały rok dla polskiej muzyki. RYSY, Szatt, Patrick The Pan, Kamp!, Dawid Podsiadło, Skalpel, Baasch, Bokka, Jacek Sienkiewicz, Catz’N’Dogz – oni wszyscy wydali w tym roku albumy na poziomie świata. Mi jednak najbardziej podeszła płyta Ptaków. Wiecie o co chodzi: panowie tworzą swoje downtempo w oparciu o skrawki starych polskich winyli, fragmentów programów radiowych i telewizyjnych. Skalpel? Tak jakby, choć tym razem źródłem nie jest polski jazz, tylko polski pop i bigbeat. Same kompozycje mają duży autorski sznyt, poprowadzone są idealnie i z wielką gracją. Brawa!

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 2

  1. twoj koszmar

    nie znasz sie lamusie.
    sluchasz tylko zanglojezycznionych piosenek, zero pierdolniecia, jestes koneser paszteta z odrobina polskosci i fortepiana.
    napisal bym ci ze brakuje mc i drum and bass ale ty wolisz pic kakao
    z tego gatunku slyszalem polskie drumy oiraz angielskie innych nie slyszalem wiec porownania nie mam. znam 5 utworor na krzyz, ale ty wqielki znawco muzyki innej niz pop znasz ich napewno wiele i dziwi mnie fakt ze wszystko jest po angielskuuuuuuu.
    jestes dupa nie znawca muzyki wszechobcenej na swiecie w wielu roznych jezykach
    czasem lubie posluchac http://www.limbikfreq.com