Wpisz i kliknij enter

David Bowie – Blackstar

Żywot artysty pop-rockowego będącego przed siedemdziesiątką skojarzyć można z jubileuszową trasą koncertową, nagminnym wydawaniem reedycji oraz spijaniem tantiem za radiowe szlagiery. Nie jest to z reguły czas na brzmieniową rewoltę. Zwłaszcza, gdy za niejedną było się odpowiedzialnym za młodu. Tymczasem w swoje 69 urodziny David Bowie robi coś, w czym od zawsze był doskonały – zaskakuje cały świat.

Przez lata potrafił czerpać z dopiero co raczkujących trendów, by przekuć swój wizerunek. Nigdy jednak metamorfoza Różnookiego nie wiązała się z tak śmiałą i całościową transpozycją muzycznego pomyślunku w obszary tak dalekie od poprzednich poczynań. I dotyczy to nie tylko zmiany azymutu obranego na wydanym 3 lata temu „The Next Day”. Wtedy to, po długoletniej absencji, wymyślił koło na nowo rozniecając rockowym żarem piosenkową formę, co było przebudzeniem tyleż niespodziewanym, co nader udanym.

Nową płytę promuje 10-minutowa suita tytułowa, sygnowana żałobnym zawodzeniem w rytm hipnotycznego transu, dająca tym samym wyraźny sygnał, iż na próżno szukać tu komercyjnych przebłysków, do których latami przyzwyczajał słuchaczy. Ostatni tak spójny postulat muzyki eksperymentalnej David Bowie zaprezentował w ramach „Trylogii Berlińskiej”, będącej zarówno świadectwem pop-rockowego geniuszu, jak i proroczej interpretacji nurtów awangardowych.

„Blackstar” jest wulgarny i brutalny („Girl Loves Me”), płaczliwie melancholijny („Dollar Days”) i frywolnie porywający („‚Tis a Pity She Was a Whore”). Siedem kompozycji składa się na wielobarwny wachlarz emocji o wspólnym, definiującym całość mianowniku. Najjaśniejszym bowiem, centralnym punktem brzmieniowym jest tu zwerbowany z nowojorskich klubów Donny McCaslin Quartet, krzyżujący chropowaty jazz z rockowym tąpnięciem. To dzięki niemu „Blackstar” błądzi między synkopowanymi rytmami o hard-bopowym zacięciu, a jaskrawymi partiami saksofonu, pozwalając przepisać art-rockowe idee na nową modłę. Równocennym medium jest tu oczywiście sam głos Bowiego – wypełniający tło uskrzydlającymi wokalizami lub kpiący makiaweliczną manierą, strachliwie drżący lub multiplikowany, zawsze jednak niezmiennie charyzmatyczny, prowadzący narrację wersami pełnymi niedopowiedzeń.

Album święci triumf kunsztu instrumentalistów nad wszechobecną syntetyczną, „laptopową” naturą muzyki naszych czasów. Kolektywna praca nad kompozycjami, które nierzadko nagrane zostały za drugim, bądź trzecim podejściem „na setkę”, cechuje improwizacyjny sznyt, tak pożądany tu przez Bowiego. To dzięki niemu udała się ucieczka przed przytłaczającym, historycznym, pop-rockowym dorobkiem, na który ogląda się jedynie w zamykającą całość utworze o wymownym tytule „I Can’t Give Everything Away”, kiedy to po raz jedyny usłyszymy gitarowe solo zanurzone w trip-hopowym pulsie.

„Blackstar”, będąc produkcją krnąbrną i wyzywającą, rzuca długi cień na tegoroczne muzyczne premiery. Testament Stwórcy w nowym wcieleniu, dla którego ziemski wiek pozostaje pojęciem czysto abstrakcyjnym.







Jest nas 13 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
busy b
busy b
4 lat temu

RIP

Mush
Mush
4 lat temu

[*]

kid-loco
kid-loco
4 lat temu

R.I.P.

Kamila
Kamila
4 lat temu

Cudne.

Polecamy