Wpisz i kliknij enter

Makam – Than Sadet

Nie każde zauroczenie przynosi nam pożytek.

Ten pochodzący z Holandii producent zabłysnął pod koniec minionej dekady jako utalentowany twórca głębszych odmian house’u i techno. Nic więc dziwnego, że początkowo publikował swe nagrania nakładem cenionej wytwórni z Berlina – Sushitech. Kiedy jednak Makam zaczął powoli skręcać w stronę elektronicznej abstrakcji, związał się z inną tłocznią, która kojarzona była z bardziej eksperymentalną wizją muzyki klubowej – Dekmantel. W jej barwach ukazało się w ostatnich latach kilka EP-ek artysty, który stworzyły fundament pod zrealizowany właśnie album „Than Sadet”.

Jego nazwa została zapożyczona od nazwy pewnej plaży na wybrzeżu Tajlandii, którą Makam odkrył kilka lat temu. Oczarowany jej niezwykłym urokiem, wracał tam kilkakrotnie, by w końcu przewieść swój sprzęt i w ciągu tygodnia opracować szkice nagrań, które miały się znaleźć na jego drugiej pełnej płycie. Tak się też stało – i każdy z utworów na „Than Sadet” odpowiada konkretnym miejscom lub wydarzeniom związanym z egzotyczną plażą. Miało to oczywisty wpływ na muzykę zamieszczoną na krążku. Tym razem Holender zrealizował mniej taneczny, a bardziej ilustracyjny album.

Niestety – zachwyt nad tajlandzkim wybrzeżem nie za każdym razem przełożył się na udane nagranie. Najlepiej wypada pierwsza część płyty. Wbrew zapowiedziom producenta całkiem sporo tu rytmicznych kompozycji ocierających się o detroitową i chicagowską wersję house’u, podaną jednak w dosyć zaskakujący i nieoczywisty sposób ( „Stray Dog” czy „Resort Abandoned”). Podobnie artysta podchodzi do ambientu, serwując jego balearyczna wersję, w której jest miejsce zarówno na echa azjatyckiego etno, jak i europejskiej kosmische musik („Than Sadet” lub „Makarbar”).

Gorzej przestawia się druga połowa płyty. Tutaj Makam pozwala sobie bardziej popuścić wodze wyobraźni – a ta sprowadza go na manowce. O ile szybkie i skoncentrowane nagrania o house’wej proweniencji – „Mr. Singh” i „Riding High” – jeszcze uwodzą swą mocną energia, tak nic już nie jest w stanie wybronić nieudanych eksperymentów z gitarowym ambientem („Mai Pen Rai”), wycofanym techno („Thunder Drums”) czy ejtisowym pop-rockiem („Romantic Blazer”). Właściwie dopiero masywne dub-techno przywraca muzykę do pionu, choć trudno tu też doszukiwać się jakichś fajerwerków („Waves Of Than”).

Nauka z tej płyty jest dosyć oczywista: nie każde zauroczenie (kobietą, ale też jak się okazuje pejzażem) przynosi nam korzyści. Kiedy holenderski producent trzyma się mocno ziemi, spod jego palców dobiega nas efektowny house, łączący szacunek dla tradycji z chęcią eksperymentowania. Gdy postanawia poszybować w chmury – kończy jak przysłowiowy Ikar, ryjąc głową w piasku (choć ponoć wybrzeże Than Sadet jest skaliste). W efekcie jego nowy album nie zaspokaja rozbudzonych wcześniejszymi singlami apetytów, stając się jednym z najmniej spójnych i ciekawych wydawnictw w jakże bogatym katalogu Dekmantel.

Dekmantel 2016

www.dekmantel.com

www.facebook.com/dkmntl

www.facebook.com/pages/Makam/365306445120







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
jędrek
jędrek
5 lat temu

pewnie i miejscowe drinki – no i najlepiej jeśli ta dziewczyna to nie twoja żona 🙂 …. wtedy materiał wychodzi ekstatyczny … ale raczej bez gitarki … 🙂

jędrek
jędrek
5 lat temu

zgadzam się w pełni … czasem na plażę lepiej zabrać łopatkę niż gitarę 🙂

Polecamy