Wpisz i kliknij enter

W poszukiwaniu wewnętrznego krajobrazu

„Systhema” autorstwa Marco Shuttle to jedna z najciekawszych płyt elektronicznych mijającego półrocza. Dlatego postanowiliśmy poznać bliżej włoskiego producenta.

– Niebawem nakładem Twojej wytwórni Eerie ukaże się nowa EP-ka polskiego producenta – Michała Wolskiego. „Kaleidoscope” to już drugie jego wydawnictwo, które publikujesz. Jak się poznaliście?

– Michał wysłał mi dwa lata temu swoją muzykę. Od razu spodobała mi się, więc się z nim skontaktowałem, aby ją wydać. Zbyt często tak się nie zachowuję, choć otrzymuję sporo muzyki od różnych producentów. Wydaję zaledwie 5-6 winyli w roku. Dlatego ilekroć się na to decyduję, to musi być coś wyjątkowego. I tak właśnie było w przypadku Michała. Obie jego EP-ki dla Eerie są wspaniałe. W efekcie stał się on pierwszym artystą spoza Włoch, który wydał coś w mojej wytwórni.

– Widzisz jakieś wspólne cechy polskiego i włoskiego techno?

– Szczerze powiedziawszy nigdy nie zastanawiałem się nad tym. Bo nie znam za wiele polskiego techno. Moja relacja z Michałem jest bardzo osobista. Trudno mi więc powiedzieć na ile jego muzyka jest typowa dla techno znad Wisły. Myślę, że może ono mieć bardzo nowatorski charakter – sądząc choćby po tym, co dzieje się na Unsound Festivalu w Krakowie. To w końcu najbardziej znana na świecie „polska marka” na elektronicznej scenie.

– Po dominacji Niemiec i Anglii obserwujemy teraz dominację Włoch na scenie europejskiego techno. Z czego to wynika?

– Często mnie o to pytają. Ale moja muzyka akurat nie jest w jakiś sposób częścią włoskiej sceny techno. Jasne – znam i współpracuję z Donato Dozzym czy Neelem oraz wydaję w Eerie włoskich producentów, ale funkcjonuję jakby trochę z boku tego wszystkiego. Ta scena zaznaczyła swoją obecność w ostatnich 5-6 latach. Najczęściej mówi się, że pochodzący z niej artyści tworzą „mroczną” muzykę, ale takie jednoznaczne kategoryzowanie może być niebezpieczne, sprowadza bowiem muzykę do jednego schematu i pozbawia ją innych wartości. Moje nagrania są głębokie i hipnotyczne – co może ją łączyć z twórczością innych włoskich producentów. Ale tak naprawdę największy wpływ miała na nią brytyjska elektronika, którą poznałem, kiedy mieszkałem w Londynie.

– No właśnie: kiedy wyprowadziłeś się z Włoch, mieszkałeś w Sztokholmie, potem w Londynie, a teraz – w Berlinie. Może dlatego nie jesteś związany z włoską sceną?

– To prawda. Kiedy mieszkałem we Włoszech nowa fala tamtejszej elektroniki dopiero nabierała kształtu. Tymczasem w Londynie aż buzowało od nowych pomysłów. Przeniosłem się jednak do Berlina, bo szukałem fizycznej i psychicznej przestrzeni. Londyn jest ciężkim miastem dla artysty: drogim i klaustrofobicznym. Trudno w nim przetrwać. Dlatego w końcu zapragnąłem mieszkać tam, gdzie nie będę zestresowany, aby móc bardziej skupić się na swojej muzyce.

– Berlin jako „stolica techno” ma też wpływ na Twoje produkcje?

– Raczej nie. Jasne: wystarczy wyjść tutaj na ulicę, aby spotkać innych kumpli po fachu z różnych stron świata. I przyjemnie jest posiedzieć czasem ze znajomymi przy piwie. Ale jeśli przychodzi do tworzenia muzyki – wolę to robić w odosobnieniu, skupiając się na swoich wewnętrznych inspiracjach.

– Jesteś wykształconym projektantem mody. To dlatego Twoja muzyka ma tak mocny aspekt wizualny?

– Od zawsze mam bardzo wizualne nastawianie do każdego rodzaju sztuki. Bez względu na to czy dotyczy to ubioru czy muzyki. Studiowanie projektowania pozwoliło mi rozwinąć takie podejście do estetyki – co miało naturalny wpływ na moją dźwiękowa świadomość. Zapewne dlatego, kiedy ktoś pisze o muzyce, którą tworzę, używa takich określeń, jak „ilustracyjna” czy „soundtrackowa”.

– Myślisz, że ze względu na ten charakter Twoich nagrań, bardziej odpowiada Ci formuła albumu niż EP-ki?

– Na pewno album jest dla mnie idealną ramą, aby wykreować odpowiednią narrację i wielowątkową opowieść w muzyce. To nie znaczy, że nie zwracam uwagi na pojedynczy utwór. On także jest okazją do stworzenia pewnej całości – ale w krótszym formacie. I to właśnie takie pojedyncze utwory składają się potem na album – który postrzegam jako organiczne dzieło sztuki.

– Twój pierwszy album „Visione” zawierał głównie klubowe techno, „Systhema” przynosi jednak więcej ilustracyjnej muzyki. Poczułeś, że rytmika 4/4 ogranicza Cię w tworzeniu?

– Nie powiedziałbym, że ogranicza. Raczej stwierdziłem, że nie chcę, aby to był główny element tego, co robię. Chciałem, aby nie był podstawą mojej muzyki, ale takim samym czynnikiem składowym, jak partie syntezatora czy dodatkowe perkusjonalia. Tym razem chciałem się bowiem skupić na nastroju muzyki, którą tworzę. Techno musi być funkcjonalne – musi się sprawdzać w klubie. Ciągle lubię to i traktuję jako wyzwanie, ale na „Systhemie” zapragnąłem poeksperymentować z innymi tempami, z innymi rytmami, z innym podejściem do tworzenia. Dlatego nagrywając ten album byłem raczej artystą elektronicznym niż producentem techno.

– To znaczy, że praca nad „Systhemą” miała konceptualny charakter?

– Nie. W zasadzie nigdy nie zaczynam pracy nad nowym albumem od wymyślenia tego, jaki on powinien być. To wszystko rodzi się podczas pracy i przypomina rzeźbienie w dźwięku. Najpierw nagrywam kilka utworów – i dopiero wtedy zaczynam uświadamiać sobie, że może być to zaczyn całego albumu. Oczywiście jestem świadomy tego, co robię i co chcę osiągnąć. Tworzenie to dla mnie jednak nie intelektualny proces, ale raczej coś, co bazuje na emocjach i instynkcie.

– Najbardziej spodobały mi się na „Systhemie” nagrania nasycone jakąś egzotyczną, jakby arabską, melodyką. Inspirujesz się world music?

– To coś podświadomego, bo nie wiem skąd się to wzięło. Chociaż – od zawsze podobały mi się orkiestrowe brzmienia, czasem rodem z world music, które mają dla mnie mistyczny charakter. Niekoniecznie kojarzyły mi się one z Bliskim Wschodem, ale zawsze wywoływały we mnie wyobrażenia jakiegoś niezwykłego, wewnętrznego krajobrazu: pustyni, wiatru, samotności i oddzielenia od świata. Tak na przykład zawsze miałem obsesję na punkcie „Bolera” Ravela, które jest dla mnie prawie jak płyta techno. Słychać tam wyraźne partie fletów, które mają właśnie taki bliskowschodni ton. Może to stąd?

– Twoja muzyka ma też mistyczny charakter. Bliższy jest on jednak mistyce zawartej w muzyce klasycznej, niż mistyce, którą Twoi rodacy w rodzaju Dino Sabatiniego szukają w szamańskim rytmach.

– To prawda. W muzyce producentów techno z Włoch ten mistyczny ton jest uzyskiwany przez transowy groove. W mojej muzyce wypływa on raczej z melodii czy nawet z wokalu. To mnie odróżnia od tej sceny.

– Dlaczego „Systhemę” opublikowali Donato Dozzy i Neel nakładem swej wytwórni Spazio Disponibile, a nie wydałeś jej w Eerie?

– Wiąże się to z pewną anegdotą. Początkowo chciałem wydać ten materiał sam. Kiedy jednak skończyłem go nagrywać, wysłałem Neelowi, aby dokonał masteringu. Kiedy go posłuchał, powiedział, że tak mu się spodobał, iż chciałby go wydać w Spazio. Pomyślałem: „Dobrze to słyszeć. Czemu nie?”. Może w  rewanżu ja wydam jego album w swojej wytwórni?

– We wrześniu zagrasz w Polsce na Up To Date Festivalu w Białymstoku. Co przygotujesz?

– Szczerze powiedziawszy jeszcze się nad tym nie zastanawiałem. Ale będzie to mój pierwszy występ w Polsce. Myślę, że zagram techno. Pewnie pojawi się kilka utworów z „Systhemy”, bo mam je w swoich obecnych setach. Kiedy gram eksperymentalnie, sięgam po te bardziej ilustracyjne nagrania. Kiedy występuję w klubach techno, wykorzystuję te bardziej rytmiczne nagrania.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy