Sleeparchive – Trust
Paweł Gzyl:

Techno sprowadzone do loopów.

Trampique – Life Outside The Mirror
Jarek Szczęsny:

Melancholia codzienności.

Jan Wagner – Kapitel
Łukasz Komła:

Autentyczna bruzda.

Ian William Craig – Red Sun Through Smoke
Jarek Szczęsny:

Mgnienia poczucia straty.

Christian Löffler – Lys
Paweł Gzyl:

Piosenka jest dobra na wszystko?

Various Artists – Velvet Desert Music Vol. 2
Paweł Gzyl:

Soundtrack do współczesnego „acid westernu”.

Skalpel – Highlight
Bartek Woynicz:

Balsam na czas zarazy.

Electric Indigo – Ferrum
Paweł Gzyl:

W atomowym silosie.

Stian Westerhus – Redundance
Jarek Szczęsny:

Ucieczka od tradycyjnych piosenek.

Immortal Onion – XD [Experience Design]
Jarek Szczęsny:

Nie spodziewałem się ich tam spotkać.

Moses Sumney – græ Part 1
Jarek Szczęsny:

Przestrzeń okrojona ze skrajności.

Blind Boy De Vita – Cumpà
Łukasz Komła:

Z cienia w ogień!

Camea – Dystopian Love
Paweł Gzyl:

Futurystycznie i kobieco.

Shabaka and the Ancestors – We Are Sent Here By History
Jarek Szczęsny:

On wie więcej.



Sin Fang, Sóley & Örvar Smárason – Team Dreams

Wspólne dzieło muzyków z múm oraz Seabear. Suma doświadczeń czy nowa jakość?

Sóley to islandzka multiinstrumentalistka, wokalistka i songwriterka, która ma na swoim koncie trzy albumy solowe oraz dwa nagrane razem z Sin Fangiem w ramach grupy Seabear. Muzyka zarówno samej Sóley jaki i Seabear to rejony delikatnego, akustycznego indie folku, którego spokojny rytm wypełnia dźwięk gitary, perkusji, nienachalnych smyków i pianina. To styl bardzo zbliżony do tego co proponuje słuchaczom (od ponad dekady) grupa Múm, której to założyciel to nikt inny jak trzeci sprawca „Team Dreams”, czyli Örvar Smárason.

Mimo, że Sóley już na swoich solowych projektach delikatnie puszczała oko w kierunku elektroniki, to nie było jej w takiej intensywności jak na albumie “Team Dreams”. Na krążku słychać odważniejsze zaangażowanie elektronicznego zaplecza, co z jednej strony nadaje bardziej nowoczesne brzmienie, a z drugiej odbiera nieco islandzkiego uroku tej muzyce. Nie chodzi o samą elektroniczną formę (bo przecież Björk czy Gus Gus potrafią w bardziej wyśrubowany i eksperymentalny sposób użyć tego narzędzia), ale o to, że na “Team Dreams” są momenty, które brzmią banalnie, jak chociażby w kawałku “Tennis”, który wydaje się być najsłabszym momentem na płycie. Być może to brzmienie nie wykazuje oryginalnej jakości, gdyż mocno koresponduje z mocno eksploatowanymi ostatnio rytmami zarezerwowanymi dla futurystycznego R&B. A tych ostatnio naprawę pełno.

Czego na pewno nie można zarzucić płycie to braku spójności. Trudno jednak określić atmosferę tej płyty. Nie jest to płyta ani nostalgiczna, smutna, ani wesoła. A przecież islandzka elektronika potrafi być (w świeży sposób) bardzo taneczna i pozytywna jak chociażby elektro-popowe produkcje FM Belfast (którego Örvar jest członkiem) czy Retro Stefson. Być może dzieje się tak, dlatego że dominuje na tej płycie jednak styl samego Sin Fanga. Ocena ta wynika z dużego podobieństwa muzyki na „Team Dreams” z solowymi poczynaniami Sin Fanga (chociażby ostatni album „Spaceland”). Może gdyby karty rozdać po równo, otrzymalibyśmy coś bardziej atrakcyjnego i nowatorskiego.

Od strony producenckiej nie można zarzucić niczego, jednak brak charyzmy i fakt, że ta płyta po prostu nie wciąga, stawia ją nieco w nijakiej kategorii. Na uwagę może zasługiwać „Space” i „Wasted”, być może z tego tytułu, że nie ma w nich ciążącego, banalnego beatu, a piękny splot głosów naszych głównych bohaterów.

Sin Fang
Sóley
Örvar Smárason

19.01.2018 | Morr Music

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. dehn

    Dzięki za recenzję. Niestety nie mogę się zgodzić że jest to płyta która nie wciąga. Szkoda że autor nie wspomniał o bardzo ważnym fakcie jak ta płyta powstawała – Autorzy co miesiąc przez cały zeszły rok wypuszczali nowe utwory. I pomimo że faktycznie jest parę słabszych pojedynczych utworów to akurat uważam tę płytę za dobrą i bardzo dobrze oddające charaktery i upodobania poszczególnych twórców 🙂