Shanti Celeste – Tangerine
Paweł Gzyl:

Na poprawę nastroju.

BNNT – Middle West
Jarek Szczęsny:

Gorzka pigułka.

Ansome – Hands Of The Harbour
Paweł Gzyl:

Punkowy gest.

Lapalux – Amnioverse
Ania Pietrzak:

Jak zachwyca?

Various Artists – X – Ten Years Of Artefacts
Paweł Gzyl:

Techno w swej najbardziej pomysłowej wersji.

Julek Płoski – śpie
Jarek Szczęsny:

Coś nowego.

Karenn – Grapefruit Regret
Paweł Gzyl:

Pariah i Blawan improwizują.

Moor Mother – Analog Fluids Of Sonic Black Holes
Jarek Szczęsny:

Hałas i chaos.

Jazz Band Młynarski-Masecki – Płyta z zadrą w sercu
Jarek Szczęsny:

Jedna dla wszystkich.

Shapednoise – Aesthesis
Paweł Gzyl:

Nieznane mutacje basowych brzmień.

A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.



Dedekind Cut – Tahoe

Kojące dźwięki.

Pochodzący z Północnej Kalifornii Fred Welton Warmsley III DJ i producent właśnie wypłynął na szersze wody. Wszystko za sprawą kontraktu podpisanego z Kranky oraz wydanej płyty „Tahoe”. Dał się poznać światu w 2016 roku za sprawą debiutanckiego krążka „$uccessor”. Tam właśnie pokazał swój talent do manipulowania zakresem dźwiękowym. W swojej pracy posługiwał się różnymi stylami produkcji. Gruntowna wiedza pozwoliła mu na swobodne poruszanie się w tej materii. Przyszedł czas, żeby nieco rozszerzyć swoje horyzonty. Po to właśnie Dedekind Cut wydał „Tahoe”, który w zamyśle ma być hołdem dla małego miasta, otaczających go jezior, gór i ogólnie dzikiej przyrody pokrywającej zachodnią część Stanów Zjednoczonych. Sam tytuł wskazuje na jezioro Tahoe położone w górach Sierra Nevada.

Najłatwiej określić muzykę z płyty mianem ambientu, który występuje w roli platformy spajającej całość. W istocie wszystko opiera się na plamach dźwiękowych oraz na fakturach, które zmieniają się pod dyktando zmian w części dramatycznej utworów. Przyznać muszę, że początek nieco studzi emocje. „Equity” i „The Corssing Guard” nie zaskakują niczym nowym. Grzeszą przede wszystkim przewidywalnością. Nie znajduję w nich żadnych punktów zaczepnych, ani czegoś co skłoniłoby mnie do poświęcenia im większej ilości czasu. Sytuacja zmienia się, kiedy przejdziemy dalej.

Zdecydowanie wolę kiedy Warmsley zaczyna drażnić. Utwór tytułowy i „MMXIX” posłużą za przykład. Chodzi mi o te momenty, kiedy drapieżność wkrada się w te misternie ułożone struktury. Pojawiają się głosy, odgłosy natury, całość zaczyna niemalże oddychać. Pewnie traci na tym koncept główny, ale zyskuje klimat. Lepiej, żeby ucierpiała uporczywa konsekwencja, gdyż wówczas można muzyka bardziej zwraca na siebie uwagę. Detal robi sporą różnicę, a umiejętnie postawione akcenty rozbijają znużenie.

Jest to potrzebne w takich momentach jak dwunastominutowy „Hollow Earth”. Zbudowany na warstwach dronów budzi szacunek. Bryła dźwiękowa porusza się z gracją masywu górskiego. Warmsley ciekawie scalił brudny basowy noise, industrialowe wycieczki i atmosferę chóru kościelnego. To robi wrażenie. Doczepić się można jedynie do tego, że „Tahoe” nie trzyma równego poziomu. Czasami wpadamy w momenty nudne i przewidywalne, a innym razem otrzymujemy możliwość wsłuchiwania się w spokojny świat dźwiękowy o działaniu kojącym. Jeśliby spojrzeć na wszystko przez perspektywę ideologiczną, to harmoniczny świat natury, oddany na płycie przez Dedekind Cut, jest zagrożony przez postęp cywilizacyjny. Można też traktować „Tahoe” jako przejaw eskapizmu. Tak czy siak, lepiej by było, gdyby za jakiś czas ten album nie był już tylko pocztówką z nieistniejącego świata.

Kranky | 2018

Bandcamp
FB

 

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze