Wpisz i kliknij enter

Wojciech Golczewski – End Of Transmission 2

Kontynuacja podróży gwiezdnej.

Okazuje się, że Golczewski jest nie tylko utalentowanym muzykiem, ale również pracusiem. „End Of Transmission 2” to jego drugie wydawnictwo w tym roku. Po ścieżce dźwiękowej do filmu „Mohawk” przyszedł czas na ponowną wizytę w kosmosie. Golczewski kontynuuje swoją gwiezdną opowieść (wcześniejsze epizody to: „Reality Check”, „End Of Transmission” oraz „The Signal”). Tym razem wprowadza nas w sam środek skomplikowanego mechanizmu, gdzie wszystkie małe chipy, roboty, impulsy elektryczne i cała elektronika pracuje 24/7. Do takiej pracy potrzeba muzyki lekkiej i melodyjnej, aby nasza, cudowna sztuczna inteligencja nie zbuntowała się.

Taki też jest utwór z numerem osiem w tytule. Mechaniczny początek zwiastuje z czym będziemy mieć do czynienia. Przelatujące melodie mkną po gwiezdnej przestrzeni. Nie tyle luz tu panuje, co poczucie wyzwolenia, niesprecyzowanej nadziei oraz dobrej zabawy. Wszystkie utwory na płycie noszą ten sam tytuł tj. „Transmission”. Każdy jest nieco inny, zniekształcony, ale w jakiś sposób pasujący do reszty. Ujęła mnie „dziesiątka” swym tanecznym krokiem podążającym w stronę słońca. Pląsająca melodia, synthowe fale, automaty perkusyjne i bloki melodyczne rodem z lat 80. Niczym pierwsi pionierzy kosmosu z optymizmem wyruszamy na drogę mleczną.

„Transmission 09” przywołuje uśmiech na twarz. Ta prostota, skutecznie podszyta melancholijną linią melodyjną, przykuwa uwagę. Naiwność się tu objawia, nieskażona doświadczeniem. W drugiej części dochodzi do zaburzeń. Już przy jedenastce pochmurne dźwięki brudzą brzmienie i pojawia się zdecydowanie wolniejszy rytm. Coś się w naszej maszynie zacina, przestaje działać. Ulatnia się beztroska. Dwunastka i trzynastka zmieniają postać rzeczy. W „Transmission 12” początkowy szum przeistacza się w kosmiczną piosenkę. Golczewskiemu sprawności nie sposób odmówić. Po raz kolejny wypada zachwalać jego umiejętność układania przemyślanych kompozycji, dobierania środków, nieprzedawkowywania natężenia dźwięku. Nawet jeśli całość trwa nieco ponad dwie minuty.

No i skąd ta melancholia w „trzynastce”? Niczym ogarniająca horyzont pustka się ten utwór rozlewa. Rozmyte barwy, oddalające się fale dźwięku i syntetyczne drobiazgi. To z pewnością najlepszy kawałek z płyty. Jest w nim majestat, a jednocześnie swoboda. Nad całością góruje wrażenie klaustrofobii. Zupełnie jakbyśmy byli zamknięci, gdzieś na stacji kosmicznej w trakcie bezwolnego dryfowania. Zasadniczo jest to ciekawa rzecz, bo w tej części podróży jest więcej radości czy nadziei, niż na poprzednich. Uwolniona na początku ciepła aura z czasem stygnie, a muzykę zaczyna spowijać mrok. Jak słychać kompozytor nie może zostawić za drzwiami wszystkich pesymistycznych myśli.

Data Airlines | 2018

Bandcamp
FB







Jest nas 13 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy