Jeff Parker & The New Breed – Suite For Max Brown
Łukasz Komła:

Projekcja magicznych obrazów.

Various Artists – Air Texture Vol. VII
Paweł Gzyl:

Rrose i Silent Servant serwują ambient? Niemożliwe!

Siavash Amini & Saåad – All Lanes Of Lilac Evening
Jarek Szczęsny:

Bez szwów.

Villaelvin – Headroof
Jarek Szczęsny:

Tylko bardziej.

Juno – Young Star
Jarek Szczęsny:

Infiltracja jazzu.

Lonker See – Hamza
Jarek Szczęsny:

Zawsze krok przed nami.

Men With Secrets – Psycho Romance And Other Spooky Ballads
Paweł Gzyl:

Erudycyjne ćwiczenie z ejtisowego electro.

Riverrun – The Same Silent Hill
Przemysław Solski:

Muzyka z krajobrazu.

Yogtze – Yogtze
Jarek Szczęsny:

Będzie filmowo.

Wacław Zimpel – Massive Oscillations
Jarek Szczęsny:

Letarg duchowy.

Hula – Shadowland
Paweł Gzyl:

Jak ambient przenikał industrial.

Nicolas Godin – Concrete and Glass
Mateusz Piżyński:

Elektroniczny aksamit, który już dobrze znamy.

Ghost In The Machine – Breaking The Seal
Paweł Gzyl:

Czego można się spodziewać po płycie, na której jeden z utworów nosi tytuł „Napalm Breath”?

Jachna/Ziołek/Buhl – Animated Music
Jarek Szczęsny:

Poszerzanie improwizacyjnej wrażliwości.



Tajak – Ciclos

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Ci, którzy odwiedzili zeszłoroczną edycję gdańskiego SpaceFestu powinni doskonale znać muzykę grupy Tajak, z bardzo prostego powodu, ponieważ zagrali tam panowie Curvo (perkusja), Coco (bas, wokal, flet, okaryna) i Ñois (gitara, wokal, 12-strunowa gitara, sitar). Podejrzyjcie, jak było w Gdańsku.

Zespół Tajak powstał w 2014 roku w Mexico City (ich profil na Bandcamp), mimo że muzycy pochodzą z półwyspu Baja California. Udało mi się rozwikłać znaczenie słowa „Tajak” – wyjętego z dialektu kiliwa grupy etnicznej zamieszkującej ich rodzinny półwysep, które po zamianie na język hiszpański oznacza „esqueleto”, czyli „szkielet”. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że do tej pory wydali trzy albumy i jedną EP-kę. Tegoroczny krążek nosi tytuł „Ciclos” i ukaże się nakładem peruwiańskiej wytwórni Buh Records.

Niestety, ale jeszcze nie doświadczyłem koncertowego oblicza Tajak, choć czytając różne relacje z ich koncertów, często trafiałem w wypowiedziach, że lubią rozciągać kompozycje w nieskończoność, a ponoć robią to świetnie (widać to podczas występu na SpaceFest). Materiał z „Ciclos” zaskakuje eterycznym i nieoczywistym brzmieniem, którego szkielet został ulepiony w oparciu o klasyczne instrumentarium (pomijam sitar, okarynę czy flet). Drapieżność miesza się tu z post-rockową melancholią lat 90. O tym pierwszym aspekcie świadczą chociażby utwory „El Despertar” i „Don’t Know Why”, mające coś z My Bloody Valentine i Slowdive, ale zostały wytaczane w błocie gitarowych przesterów. Z kolei bezpretensjonalna nostalgia sączy się z „Camino” oraz „En el Centro de la Sierra”, co daje sporą nadzieję, że nadal warto łączyć post-rocka z slowcore’em i etniczną mistyką.


Z tytułowego „Ciclos” zaś wyrastają w tempie slow psychodeliczne pąki i gitarowa ściana dobrze zasuszonej latorośli. W zamykającym całość „Campanas” słychać sitar, dronową elektronikę, syntezatory i wokal kąpiący się w psychodelicznym echu – mistyczny sztos!

„Camino” może przywołać w pamięci wspólne płyty Jozefa van Wissema i Jima Jarmusha, ale już mocno zawstydzi np. dinozaurów post-rocka spod gwiazdy Mogwai, którzy niestety, ale wciąż usilnie próbują reanimować swoje nieudolne ambicje. Meksykanom zdecydowanie bliżej do poziomu My Bloody Valentine, Low, Slowdive, Pan American czy Labradford, a to powinno stanowić poważną rekomendację. Całe szczęście, nie jest to tylko gra w skojarzenia, gdyż Tajak potrafi sami wytyczyć ścieżkę usypaną z odrębności.

15.09.2018 | Buh Records 

 

Strona Facebook Tajak »Strona Buh Records »Profil na Facebooku »

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze