Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.

Apparat – Capri-Revolution (Soundtrack)
Mateusz Piżyński:

Pierwsza odsłona serii muzyki filmowej Saschy Ringa.

Grischa Lichtenberger – KAMILHAN; il y a péril en la demeure
Paweł Gzyl:

Chrzęszczące ballady.

KeiyaA – Forever Ya Girl
Jarek Szczęsny:

Niepasujące do siebie puzzle.



Tajak – Ciclos

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Ci, którzy odwiedzili zeszłoroczną edycję gdańskiego SpaceFestu powinni doskonale znać muzykę grupy Tajak, z bardzo prostego powodu, ponieważ zagrali tam panowie Curvo (perkusja), Coco (bas, wokal, flet, okaryna) i Ñois (gitara, wokal, 12-strunowa gitara, sitar). Podejrzyjcie, jak było w Gdańsku.

Zespół Tajak powstał w 2014 roku w Mexico City (ich profil na Bandcamp), mimo że muzycy pochodzą z półwyspu Baja California. Udało mi się rozwikłać znaczenie słowa „Tajak” – wyjętego z dialektu kiliwa grupy etnicznej zamieszkującej ich rodzinny półwysep, które po zamianie na język hiszpański oznacza „esqueleto”, czyli „szkielet”. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że do tej pory wydali trzy albumy i jedną EP-kę. Tegoroczny krążek nosi tytuł „Ciclos” i ukaże się nakładem peruwiańskiej wytwórni Buh Records.

Niestety, ale jeszcze nie doświadczyłem koncertowego oblicza Tajak, choć czytając różne relacje z ich koncertów, często trafiałem w wypowiedziach, że lubią rozciągać kompozycje w nieskończoność, a ponoć robią to świetnie (widać to podczas występu na SpaceFest). Materiał z „Ciclos” zaskakuje eterycznym i nieoczywistym brzmieniem, którego szkielet został ulepiony w oparciu o klasyczne instrumentarium (pomijam sitar, okarynę czy flet). Drapieżność miesza się tu z post-rockową melancholią lat 90. O tym pierwszym aspekcie świadczą chociażby utwory „El Despertar” i „Don’t Know Why”, mające coś z My Bloody Valentine i Slowdive, ale zostały wytaczane w błocie gitarowych przesterów. Z kolei bezpretensjonalna nostalgia sączy się z „Camino” oraz „En el Centro de la Sierra”, co daje sporą nadzieję, że nadal warto łączyć post-rocka z slowcore’em i etniczną mistyką.


Z tytułowego „Ciclos” zaś wyrastają w tempie slow psychodeliczne pąki i gitarowa ściana dobrze zasuszonej latorośli. W zamykającym całość „Campanas” słychać sitar, dronową elektronikę, syntezatory i wokal kąpiący się w psychodelicznym echu – mistyczny sztos!

„Camino” może przywołać w pamięci wspólne płyty Jozefa van Wissema i Jima Jarmusha, ale już mocno zawstydzi np. dinozaurów post-rocka spod gwiazdy Mogwai, którzy niestety, ale wciąż usilnie próbują reanimować swoje nieudolne ambicje. Meksykanom zdecydowanie bliżej do poziomu My Bloody Valentine, Low, Slowdive, Pan American czy Labradford, a to powinno stanowić poważną rekomendację. Całe szczęście, nie jest to tylko gra w skojarzenia, gdyż Tajak potrafi sami wytyczyć ścieżkę usypaną z odrębności.

15.09.2018 | Buh Records 

 

Strona Facebook Tajak »Strona Buh Records »Profil na Facebooku »

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze