Jeff Parker & The New Breed – Suite For Max Brown
Łukasz Komła:

Projekcja magicznych obrazów.

Various Artists – Air Texture Vol. VII
Paweł Gzyl:

Rrose i Silent Servant serwują ambient? Niemożliwe!

Siavash Amini & Saåad – All Lanes Of Lilac Evening
Jarek Szczęsny:

Bez szwów.

Villaelvin – Headroof
Jarek Szczęsny:

Tylko bardziej.

Juno – Young Star
Jarek Szczęsny:

Infiltracja jazzu.

Lonker See – Hamza
Jarek Szczęsny:

Zawsze krok przed nami.

Men With Secrets – Psycho Romance And Other Spooky Ballads
Paweł Gzyl:

Erudycyjne ćwiczenie z ejtisowego electro.

Riverrun – The Same Silent Hill
Przemysław Solski:

Muzyka z krajobrazu.

Yogtze – Yogtze
Jarek Szczęsny:

Będzie filmowo.

Wacław Zimpel – Massive Oscillations
Jarek Szczęsny:

Letarg duchowy.

Hula – Shadowland
Paweł Gzyl:

Jak ambient przenikał industrial.

Nicolas Godin – Concrete and Glass
Mateusz Piżyński:

Elektroniczny aksamit, który już dobrze znamy.

Ghost In The Machine – Breaking The Seal
Paweł Gzyl:

Czego można się spodziewać po płycie, na której jeden z utworów nosi tytuł „Napalm Breath”?

Jachna/Ziołek/Buhl – Animated Music
Jarek Szczęsny:

Poszerzanie improwizacyjnej wrażliwości.



Anna Calvi – Hunter

Dziewczyny przejęły gitary.

Jakiś czas temu tzw. internety miały pożywkę dla ubawu, gdyż redakcja „Teraz Rock” opublikowała ranking „15 płyt na 15 lat”, który to miał uświetnić celebracje piętnastych urodzin magazynu. Tematem do żartów były muzyczne nominacje oraz to, że programowo polski miesięcznik postanowił nie wymieniać polskich płyt. Pomimo śmichów-chichów dwie rzeczy zwróciły moją uwagę. Po pierwsze nie znalazło się tam kilka wydawnictw (zagranicznych oczywiście), które ja uważam za muzykę rockową, a po drugie tego typu zestawienie stanowi głos świata, który już przeminął, ale o tym nie wie. W ten sposób przechodzę do opisu najnowszego krążka Anny Calvi pt. „Hunter”, żeby zwrócić uwagę szanownej redakcji, że najlepsze gitarowe płyty ostatnich lat, wychodzą spod strun kobiet.

Anna Calvi w swojej dyskografii ma lepsze albumy na swoim koncie niż najnowszy. Po wyrzuceniu z siebie powyższego część z was, może opuścić tę recenzję. Tego bym nie rekomendował, bo talent Brytyjki tym się objawia, że u niej „gorzej” u innych znaczy „znakomicie”. Przy okazji styczności z jej twórczością, muszę podkreślić moje umiłowanie jej zdolności kompozytorskich. Piosenki Calvi są bogate, pomysłowe i nad podziw chwytliwe. Na płycie „Hunter” znalazło się kilka takich numerów, ale to duch glam rocka nawiedza nas tu co i rusz. „Don’t Beat the Girl out of My Boy” jest tymi wpływami przesiąknięty, a do tego dochodzą jeszcze kwestie dżenderowe. O tym, że nie ma jednego dżendera zaświadcza Emilia Kaczmarek w zbiorze felietonów „Co to właściwie jest ten dżender?” (tu).

Zwolennicy Davida Bowiego pewnie skojarzą sposób wyśpiewywania słów refrenu „Chain” ze słynnym utworem „Changes”. Stawiam, że to zabieg przemyślany i nieprzypadkowy. Do tego dochodzi igranie z rolami płci: „I’ll be the boy you be the girl I’ll be the girl you be the boy I’ll be the girl (wonderful feeling)”. W rezultacie otrzymujemy świetny kawałek, który powinien być przyjmowany owacyjnie na koncertach. Otwarcie wypada równie dobrze. „As a Man” zwraca na siebie uwagę sposobem w jaki artystka tonuje napięcie i trzyma wszystko na wolnym ogniu. Dopiero w końcu wspina się na wyżyny swoich operowych wokaliz. Przyznam się bez bicia do słabości wobec jej ekspresji. „Indies or Paradise” są dla mnie pierwszym zgrzytem. Na pierwszy rzut oka niczego nie brakuje, ale to wszystko wydaje się jakoś zbyt proste, jak na naszą bohaterkę. To samo mogę napisać o „Wish” i „Away”.

Przeciwwagą dla nich stanowi „Eden” – balladowy, prosty i ujmujący. Istotny jest dla mnie „Hunter”. Jak to się zaczyna: „I dress myself in leather / With flowers in my hair / The red light of the window / Nothing can compare”. Kipi od domysłów i dorzuca do pieca. Szczególnie, że sprytna Brytyjka przemyca tu pewien składnik, który fanom Angelo Badalamentiego szybko powinien skojarzyć się z motywem przewodnim serialu o pewnym, amerykańskim miasteczku. Wracając do samego utworu, który jest jednym z najlepszych na płycie, należy uczciwie przyznać, że takich piosenek nieco brakuje w dalszej części. „Swimming Pool” jest z zupełnie innej beczki. Wodnisty początek szybko przybiera formę ballady, a na pierwszym planie rozchodzi się głos Calvi. Nic nie poradzę, że ta stylizacja na mnie działa. W trakcie rozkrzyczanej końcówki lubię zwiększać poziom głośności. Jak sobie pomyślę o tym co mi się dziś najbardziej podoba w muzyce gitarowej to cisną się nazwiska samych kobiet: PJ Harvey, Courtney Barnett, St. Vincent i właśnie Anna Calvi. Więc jeśli tak miałaby wyglądać przyszłość muzyki rockowej to jestem gotów ponownie zaprzyjaźnić się z tym gatunkiem.

Domino | 2018

Bandcamp
FB

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze