Wpisz i kliknij enter

Szabolcs Esztényi / Hubert Zemler – Kreatura

Polska w awangardzie – część pierwsza.

Żadnych podtekstów proszę z powyższego nie wyczytywać. Jedyne co autor miał na myśli to podkreślenie roli jaką nasi artyści odgrywają w muzyce awangardowej. Oczywiście jest to rola wiodąca. Więcej niż zadowalającym jest obserwowanie, a konkretniej słuchanie, nowych nagrań wydawanych przez muzyków nienasyconych, nietuzinkowych i grających z coraz większą pewnością siebie. Wzmiankowana część pierwsza nie oznacza również, że mamy do czynienia z jakimś cyklem, który chcę otworzyć, ale oznacza równocześnie, że części drugiej należy się spodziewać. Teraz już czas przejść do „Kreatury” nagranej przez Szábolcsa Esztényi’ego i Huberta Zemlera.

Każdorazowe przedstawianie Huberta Zemlera mija się z celem. Ufam, że czytelnicy Nowej znają i doceniają tego twórcę. W przypadku najnowszego krążka mamy do czynienia z międzypokoleniową wymianą dźwięków, a to za sprawą obecności Szábolcsa Esztényi’ego. Ten węgierski kompozytor od 1969 roku mieszka w Polsce. Jest również profesorem, a zajmuje się głównie improwizacją fortepianową. Styl Esztényi’ego można nazwać minimalistyczną improwizacją. Obaj muzycy nagrali swój album w dniach 8-9 Listopada 2017 roku w studiu S4 Polskiego Radia.

Nietrudno sobie wyobrazić, że kontakt z „Kreaturą” wymagać będzie skupienia. Osiem kompozycji liczy sobie ten album, a każda należy do tych oszczędnych, ale nie zbędnych. Proszę sobie na początek zaaplikować zjawiskowy utwór „Oko”. Zemler ubarwia go amorficznym rytmem, podczas gdy Esztényi prowadzi swoją grę na fortepianie. Obie rytmiczne formy stykają się tylko w paru miejscach. Taka „Lupa” na przykład jest trudniejsza w obsłudze. Rwane i zgrzytliwe formy dźwiękowe sąsiadują z czystością i precyzją fortepianowych tonów. To Polak dba tu o te dodatki, nawet te będące czymś w rodzaju radiowych zakłóceń.

Są na albumie chwile mocniejsze jak szalenie intensywny „Trop” czy cicha, teatralna nieco „Tama”. Niełatwo też opuścić rozedrganą „Strugę”. Esztényi i Zemler współdziałają ze sobą znakomicie. Jeden buduje kręgosłup utworów, a drugi pracuje nad ich obudową. Panowie niespecjalnie dają się krępować czemukolwiek i ochoczo rzucają się w wir nieposkromionej improwizacji. Ta metoda przynosi mały defekt. Mianowicie nie zawsze udaje się utrzymać wysoki poziom napięcia, jak w finałowym „Oparze”. W zasadzie to drobiazg, bo kto by się tym do końca przejmował kiedy można zasłuchać się w „Tamie”, a nad płytą warto się pochylić na dłużej.

Bółt | 2018
Bandcamp







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy