Bouchons d’oreilles – Stray Dog with a Collar
Jarek Szczęsny:

W połowie drogi.

Chouk Bwa & The Ångströmers – Vodou Alé
Łukasz Komła:

Voodoo z przyszłości.

Ben Lukas Boysen – Mirage
Jarek Szczęsny:

Pokaz iluzji.

Siema Ziemia – Siema Ziemia
Jarek Szczęsny:

Dodatkowe skurcze mięśni.

Fluxion – Perspectives
Paweł Gzyl:

Nostalgia po grecku.

Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.



Camea – Dystopian Love

Futurystycznie i kobieco.

Camea Hoffman pochodzi z Seattle – i choć wychowała się w mieście grunge’u, bardziej interesowała ją twórczość Richiego Hawtina niż Nirvany. Tam też zaczęła przygodę z didżejowaniem, a ponieważ szybko okazało się, że jej umiejętności wyrastają daleko poza poziom lokalnych klubów, przeprowadziła się do Nowego Jorku. Tam od razu trafiła na swojego człowieka – działającego na Brooklynie didżeja i producenta Granta Aarona, który ukrywał się pod pseudonimem Insideout. I wraz z nim w połowie minionej dekady uruchomiła wytwórnię Clink Music.

Jednym z pierwszych jej wydawnictw była debiutancka EP-ka didżejki z Seattle – „Wire Tap”. Firmowana tylko samym imieniem przyniosła elegancją wersję tech-house’u, w której odbijała się niczym w zwierciadle fascynacja młodej artystki europejskim minimalem. Takie brzmienia zawierało kilkanaście kolejnych krążków Camei, którymi podbiła ona klubowe parkiety po obu stronach oceanu. Ponieważ tego rodzaju granie kojarzyło się oczywiście wówczas z Berlinem – nic więc dziwnego, że ostatecznie Amerykanka przeprowadziła się do stolicy Niemiec.

Clink Music zakończyła swą działalność w 2011 roku kompaktową kompilacją zbierającą najlepsze nagrania z katalogu tłoczni. Potem Camea nagrywała dla różnych wytwórni – w tym dla prowadzonej przez jej koleżankę po fachu Ellen Allien – Bpitch Control – czy Upon.You. Ostatecznie amerykańska producentka powołała jednak cztery lata temu kolejną własną tłocznię – Neverwhere. Do tej pory jej nakładem ukazały się cztery winylowe dwunastocalówki Camei, a teraz dołącza do tego zestawu debiutancki album – „Dystopian Love”.

Centrum płyty tworzy wysmakowany tech-house o minimalowym sznycie. To lekko podłamane bity i łagodne basy, pomiędzy którymi znajduje się miejsce na kosmiczne arpeggia („Missing You”), trance’owe akordy („Together”) czy acidowe efekty („We Danced All Night”). W dwóch utworach Camea sięga po piosenkę – i wtedy dostajemy od niej ejtisowy electro-pop, przypominający aktualne dokonania Miss Kittin („Insomnia”). Całość wieńczy jednak ukłon w stronę pulsującego dub-house’u, który Camea potrafi zaserwować z niemal epickim rozmachem („There’s Always Tomorrow”).

Nagrania na album powstały w ciągu sześciu miesięcy – i zgodnie z zamiarem ich autorki układają się w futurystyczną opowieść o tajemniczej kobiecie wędrującej po Ziemi, na której nie ma już miejsca na istoty ludzkie. I to zapewne ta wyraźna warstwa narracyjna sprawiła, że dziewięć nagrań z „Dystopian Love” ma takie panoramiczne brzmienie o ewidentnie filmowym charakterze. Z drugiej strony słychać tu momentami niemal popowe wpływy, bo dużo w tej muzyce ładnych melodii. Słucha się więc tego przyjemnie, mimo kilku ewidentnych płycizn.

Neverwhere 2020

www.into-neverwhere.com

www.facebook.com/pg/neverwhereofficial

www.facebook.com/cameaofficial

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. Płyta do samochodu lub do baru …. nie mówię że słaba, lecz ostatnie zdania to po prostu idealne podsumowanie.