Wpisz i kliknij enter

Tyler, The Creator – Call Me If You Get Lost

Lepsza na poziome średnim.

Tyler, The Creator jest obecnie moim ulubionym raperem. Ma w sobie nieposkromioną bezczelność, talent, pomysłowość i umiejętność zrzucania zużytej skóry. Niby oczywistość, ale warto przypomnieć o tym, ponieważ gdyby nie ten zestaw cech, Tyler nie byłby tu, gdzie jest teraz, czyli na szczycie. Jego album „Igor” z 2019 roku był prawdziwą bombą o dużej sile rażenia do tego stopnia, że najnowszy krążek „Call Me If You Get Lost” nie wyrasta ponad niego. Niekoniecznie jest to problem, gdyż faktycznie słucha się tego nieźle, ale ogłaszanie płyty wybitną jest co najmniej przedwczesne.

Artysta przyzwyczaił nas do metody twórczej opartej na kalejdoskopowej zmianie brzmień. Więc hałaśliwość łączy się z pościelowymi melodiami, stare z nowym, a hip hop z jazzem, elektroniką i czymkolwiek, co trafi pod palce. On sam stoi za produkcją płyty, która robi wrażenie. Już na otwarciu dostajemy kapitalny kawałek „Sir Baudelaire”, gdzie partneruje mu DJ Drama i jednocześnie wprowadza nową postać do uniwersum rapera. Początek płyty jest skrótowym biegiem po umyśle twórcy, który wyrzuca z siebie pomysły: „Corso” – dosadny beat, „Lemonhead” – dzika sekcja dęta; „Wusyaname” – satynowa melodia; „Lumberjack” – atak w stylu boom bap.

Zatrzymujemy się dopiero na „Hot Wind Blows”, gdzie lądujemy w Genewie wraz z Lil Waynem. Utwór przywołuje magię Kanye`go Westa z okresu „Late Registration”. Lirycznie najciekawiej wypada „Manifesto”. Należałoby połączyć rapera z Charlesem Baudelaire`m, czyli poetą przeklętym, który chętnie podstawiał publiczności brzydotę pod nos, więc dziwić nie może, że Tyler powołuje się na niego w swoim nowym wcieleniu. Wracając do „Manifesto”, to przykład próby odseparowania się artysty od społecznych oczekiwań, nakazów, zakazów i wszelkich powinności. Mamy tu i Black Lives Matter, i kulturę anulowania, i artystę, który równie chętnie rozprawia o swojej przeszłości, co wystawia środkowy palec.

Pośród utworów znajdziemy dwie pozycje, które wyróżnia czas trwania. „Sweet / I Thought You Wanted To Dance” to prawie dziesięciominutowa podróż przez krainę łagodności usłaną tanecznym rytmem. Z kolei „Wilshire” jest ciekawszy pod kątem tekstu niż muzyki. Końcówka albumu jest nazbyt przeładowana. Nie ratuje jej nawet obecność Pharrella Williamsa w „Juggernaut”. Może byłoby lepiej, gdyby płytę zamykał „Rise!” nagrany razem z Jamie`m xx? Z trylogii albumów po wyraźnej zmianie stylistycznej, zapoczątkowanej przez „Flower Boy”, „Call Me If You Get Lost” wypada najsłabiej, co nie oznacza, że to zła płyta. Podobny problem mam z ostatnią płytą St. Vincent. Obie, na tle dotychczasowych dokonań artystów są średnie, ale na tle konkurencji wypadają dobrze. Więc werdykt brzmi: lepsza na poziomie średnim.

Columbia | 2021
FB
FB Columbia







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy