Wpisz i kliknij enter

Monobox – Regenerate

Techno z kosmosu.

Wśród wielu inspiracji, które sprawiły, że „ojcowie” techno z Detroit zaczęli tworzyć w połowie lat 80. muzykę przyszłości, trzeba wymienić przede wszystkim literaturę i filmy science-fiction. Przykładem może być tutaj Robert Hood. Wszyscy znamy jego znakomity album „Omega” z 2010 roku, którego pomysł narodził się, kiedy czarnoskóry producent przypomniał sobie klasyczną produkcję „Omega Man”. Z kolei niespełna piętnaście lat wcześniej artysta objawił światu swój nowy wówczas projekt Monobox.

I tu również zaczynem była wizja przyszłości. Będąc nastolatkiem, Hood przeczytał powieść pod takim tytułem, która opowiadała o wizycie obcej cywilizacji na Ziemi. Historia zaczynała się od tego, że nad polem kukurydzy gdzieś w Ameryce zawisła czarna skrzynka. Po kilku tygodniach wyłoniły się niej stworzenia z innego wymiaru. Wspomnienie tej lektury sprawiło, że amerykański producent postanowił stworzyć nową wersję typowego dla siebie minimalu – jakby z perspektywy gości z kosmosu.

Pierwszym tego efektem była wydana przez M-Plant w 1996 roku EP-ka zatytułowana „Realm”. Znajdujące się na niej nagrania były bardziej eleganckie i kruche niż wcześniejsze realizacje artysty. Takąż też muzykę zawierał album projektu Monobox, opublikowany siedem lat później przez francuską firmę Logistic. Znajdujące się na „Molecule” kompozycje spodobały się didżejom i w ślad za nimi pojawił nawet krążek z ich remiksami, autorstwa takich tuzów, jak Ricardo Villalobos czy Matthew Dear.

Potem amerykański producent zwrócił się w stronę nieco innej muzyki – zarówno pod swoim imieniem i nazwiskiem, jak i pod szyldem Floorplan. Wielkie sukcesy, jakie mu ona przyniosła sprawiły, że Monobox został odstawiony na boczny tor. Niespodziewanie projekt powrócił jednak w 2014 roku za sprawą singla z utworami „Film” i „Rectangle”. Wbrew temu, co można by się spodziewać nie był to jednorazowy wyskok, bo teraz dostajemy nowy album firmowany tym szyldem.

Płytę otwiera „Rise” – taneczny killer, balansujący między techno a house’m i łączący pobrzękujące akordy z perkusyjnymi efektami. „Blackwater Canal” ma bardziej tribalowy ton, pulsując w rytm funkowego basu. Mocniejsze techno pojawia się na albumie za sprawą „Wargames”, który jednak wypełniają rozwibrowane syntezatory rodem z kosmische musik, nadając mu panoramiczny wymiar. Tuż potem rozbrzmiewa najbardziej minimalowy utwór w zestawie – „Angel City”.

Dla kontrastu „Exoplanet” zaskakuje bogatszym brzmieniem, na które składają się przestrzenne efekty, przypominające gitarowe zagrywki Manuala Göttschinga w słynnym „E2-E4”. W „Drydock” słychać natomiast echa zdubowanego house’u spod znaku Maurizio – zanurzone w przemysłowych odgłosach. Całość wieńczy zdecydowanie najlepsze nagranie na płycie: utwór tytułowy, w którym rwane akordy w stylu Basic Chanel oplata dyskotekowy loop rodem z klasków Giorgio Morodera.

Wprawne ucho usłyszy na „Regenerate”, że kompozycje są bardziej rozbudowane niż te, które zapamiętaliśmy z „Minimal Nation”. Jest w tej muzyce również zdecydowanie więcej melodii, co odróżnia ją od ostatnich płyt Roberta Hooda w rodzaju „Mirror Man” czy „Paradigm Shift”. Utwory te mają zdecydowanie klubowe przeznaczenie, nie ma więc w nich miejsca na nastrojowe pasaże rodem z „Nighttime World”. Efekt jest bardzo nośny i choć nie odkrywa Ameryki, jest ciekawym uzupełnieniem dyskografii detroitowego producenta.

M-Plant 2021







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
Tomasz
Tomasz
1 miesiąc temu

Maurizio?. Ja tu poza sztampą z Boiler Rooma nic nie słyszę. Typowy nuda z Detroit przeorana już bilion razy.

Polecamy