Wpisz i kliknij enter

Rabit – What Dreams May Come

Mrok się rozrzedza, ale jakim kosztem?

Rabit należy do tych twórców nowej elektroniki, którzy zamiast w niestworzone światy, zapatrzeni są bardziej w swoje najbliższe otoczenie. Następnie dopiero przybliżają i abstrahują jego detale, aż do powiększenia, w którym znajome zaczyna być obce, jak układ scalony przybliżony tak, że wygląda jak miasto. Gdy weźmiemy jeszcze pod uwagę skłonność do eksponowania w tym procesie raczej tych brudnych, ciemnych i kryminalnych aspektów codzienności, Eric C. Burton w tematyce swojej twórczości (i nie tylko, o czym za chwilę) zbliżony jest na przykład do takich dokumentalistów współczesności jak zespół SALEM. O ile jednak SALEM oddaje klimat prowincji Środkowego Zachodu USA, muzyka Rabita rozbrzmiewa gorącym, drżącym nad asfaltem powietrzem przedmieść jego rodzinnego Houston. We wspomnianym ruchu powiększania i abstrahowania lokalnego kontekstu dla Rabita kluczowa jest zawartość tego kontekstu właśnie, a to za sprawą inspiracji chopped and screwed, stylu stanowiącego chyba najpoważniejszy wkład Houston w historię muzyki współczesnej. Jego istotą jest bowiem bardzo proste, i właśnie dlatego genialne spostrzeżenie prominentnego obywatela Houston, DJ Screw, że wszystko, co spowolnione, jest po prostu bardziej.

A What Dreams May Come jest płytą zdecydowanie powolną, świadomie przepełnioną dusznym zamuleniem. Kodeinowy duch DJ Screw nadal przepełnia partie perkusyjne, lecz tym razem nie składają się one z tektonicznych kicków jak jeszcze na poprzednim LP producenta, lecz są po prostu leniwymi, chociaż nieco połamanymi bitami. Rabit popada w introspekcję, przenosi się z popękanych chodników pokrytych rozbitym szkłem do trawników za domami jednorodzinnymi, które eksponuje w klipach promujących album.

Równocześnie jednak mamy do czynienia z propozycją ponadprzeciętnie ambitną, aspirującą do kategorii dojrzałości artystycznej o wiele bardziej niż bezczelnego, młodzieńczego wigoru, który niegdyś można było przypisywać Rabitowi. Poza samą wymagającą większej uwagi, bo niewalczącą o nią aktywnie naturą większości kompozycji, świadczy o tym na przykład wyrazista obecność kontrabasisty Maxwella Sterlinga w prawie każdym utworze na płycie. Na nim zresztą nie kończy się doprawdy imponująca lista gości na What Dreams May Come, obejmująca takie postaci jak między innymi Eartheater, Lauren Auder, Jack Donoghue z SALEM właśnie czy nawet J.G. Thirlwell, znany jako między innymi Foetus czy Steroid Maximus.

Wiecie, w moim pisaniu o muzyce chodzi mi na ogół o to, co robi ten tekst do tego momentu: żeby naświetlić konteksty, przy okazji pokazać jakąś fajną, powiązaną z opisywaną muzykę i może jakoś w ten sposób pogłębić czyjeś myślenie o danym nagraniu. Mało interesuje mnie przypisywanie liczb i traktowanie dzieła sztuki jak produktu, którego technikalia można poddawać ocenie jak funkcje nowego modelu smartfona. Ale propozycja przyjmująca na siebie ciężar takich oczekiwań, traktująca samą siebie tak poważnie, że zawiera ona utwór składający się wyłącznie z monologu osoby zakażonej HIV mówiącej o dysfunkcji amerykańskiego systemu ochrony zdrowia, po prostu domaga się tego, by powiedzieć jej: sprawdzam i zweryfikować, na ile wszystkie jej szerokie gesty trafiają celu.

Tymczasem nie czuję, by ta płyta robiła wszystko to, co próbuje osiągnąć. Rabit chce nas spowolnić, skłonić do refleksji, ale nie zawsze robi tak pomysłowo, jak na poprzednich płytach. On zawsze grał raczej nastrojem, teksturami i soundscape’m niż efektownymi hookami, lecz nie wszystkie kompozycje na What Dreams May Come bronią się jako samodzielna całość. Prędzej sprawiają wrażenie potencjalnych interludiów między gęstszymi utworami, lecz obok siebie nie układają się one w dostatecznie angażujące doświadczenie. I żeby była jasność: na tej płycie jest pełno rozgrzewających brzmień i ładnych melodii, ale wiele z nich blednie w porównaniu, gdy dźwięki w końcu zagęszczają się w cudownie oddychający i przestrzenny utwór Angelica czy witchhousowy Safe. Takich momentów, w których wypowiedź muzyczna jest zdecydowana i kompletna mogłoby być po prostu więcej. Być może mój mózg już jest zbytnio przeżarty afektywnością większości ciekawej współczesnej muzyki elektronicznej, ale czy Rabit tworzy dla kogoś różnego pod tym względem ode mnie?

Jedną z głównych stawek, na jakie stawia ten album jest wspomniana sekcja smyczkowa, zarówno ze względu na skojarzenia, jakie budzi jej brzmienie, jak i to, że to chyba pierwszy akustyczny instrument, jaki można usłyszeć na albumie Rabita. Nie jest to oczywiście pomysł zupełnie nowy, wszak twórcy z okolic deconstructed clubu i pochodnych już od jakiegoś czasu korzystają z akustycznych brzmień lub ich imitacji. W tym przypadku kontrabas jest na pewno dobrym wyborem, jest dostatecznie teksturalny i ciężki dla uszu skalibrowanych Arcą i Amnesia Scanner. Faktyczna styczność z materiałem może rodzić jednak pytanie, czy w każdym przypadku obecność tego instrumentu jest rezultatem pełnowymiarowej współpracy twórczej, czy też może dograniem partii do bitu o poza tym znacznym stopniu kompletności. Odpowiedź na to pytanie pozostaje jednak w sferze nawet nie tyle domysłów, co zapewne subiektywnego zaangażowania odbiorcy w konkretne kompozycje.

Piszę o What Dreams May Come, bo ta płyta budzi we mnie pewien dyskomfort. Trochę analogicznie do jej tytułu, bardziej mi się podoba to, czym mogłaby być, niż to, czym jest. Przypominają mi o tym jej najbardziej udane fragmenty, nie wspominając już o tych, które są marnotrawstwem ogromnego potencjału, jak na przykład udział J.G. Thirlwella, twórcy sporej części najbardziej dziwacznej i poplątanej muzyki w historii, w utworze z tak oczywistymi i domyślnymi klawiszami jak Reprise zamykający płytę.

Próbuję myśleć o moim doświadczeniu z What Dreams May Come jako o momencie, w którym całe moje diggowanie i research w końcu zjada swój ogon, ponieważ możliwość po prostu odpłynięcia w nastrój muzyki samej w sobie zostaje mi odebrana przez wszystkie jej konteksty i oczekiwania w mojej głowie. Ale wiem, że gdyby ta płyta była po prostu znakomita, to, co o niej wiem pozwoliłoby mi cieszyć się nią jeszcze bardziej. Nie wspominając już o tym, że to jest propozycja jednoznacznie dla headów, zapraszająca rozumienie w nie mniejszym stopniu niż czucie. Nie tylko ja tutaj wypijam samodzielnie nawarzone piwo.







Jest nas ponad 15 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy

Eksperymentalne oblicze RPA – część #40

Nowy rok i nowa część cyklu. Całkiem niedawno wyszły dwa albumy szwajcarskiego producenta Dejota, który nagrał je podczas pobytu w RPA. Poznajcie jego wyjątkową elektronikę!