Wpisz i kliknij enter

Bex Burch – There is Only Love and Fear

Bałaganiarski minimalizm.

Dokonania Bex Burch – kompozytorki, instrumentalistki i twórczyni instrumentów – poznałem już wcześniej i jej postać kojarzyłem ze sceną improwizowaną czy szeroko rozumianą jazzową. W 2021 roku ukazał się bardzo dobry album Burch i Leafcutter Johna „Boing!” nakładem wytwórni prowadzonej przez Bex – Vula Viel Records. Być może trafiliście też na wydawnictwo brytyjskiej grupy Flock widniejącej w katalogu oficyny Strut. W składzie tego zespołu oprócz Burch słyszymy Sarathy’ego Korwara, Danalogue’a z The Comet Is Coming, Ala MacSweena i Tamarę Osborn.

Bex Burch
Bex Burch, fot. Chris Almeida

Burch mieszkała przez długi czas w Londynie, później był Berlin, a także ma za sobą trzy letni pobyt w zachodniej Ghanie podczas którego odbywała praktykę przy tworzeniu instrumentów u mistrza gry na gyil – Thomasa Sekgury. I wszystko wskazuje na to, że obecnie mieszka w Holandii. Usłyszał ją na Festiwalu Le Guess Who? jeden z założycieli International Anthem, Alejandro Ayala, który natychmiastowo postanowił ściągnąć Rebeccę Joy Burch (tak się nazwa) do Chicago, żeby zaaranżować jej sesje. Na miejscu włączyli się do procesu Scottie McNiece oraz Dave Vettraino z International Anthem i zaczęli wspólnie dobierać dla Burch różnych muzyków. Improwizowane sesje odbyły się w ciągu trzydziestu dwóch dni, a efekty tych spotkań możemy usłyszeć na debiutanckiej solowej płycie Burch, pt. „There is Only Love and Fear”.

U boku Burch pojawił się Rob Frye, grający na instrumentach dętych drewnianych, perkusista Tortoise – Dan Bitney, Ben LaMar Gay (kornet), kontrabasistka Anna Butterss (ostatnio zabłysnęła na pięknym albumie Daniela Villarreala „Lados B”), skrzypek/pianista Macie Stewart, perkusista Mikel Patrick Avery, kontrabasista Anton Hatwich, pianista Diego Gaeta i Ben Lumsdaine (instrumenty perkusyjne, metalofony). Liderka zaś sięga po ksylofon, różne piszczałki, bębenek językowy, sanzę, perkusję, bęben wodny, instrumenty perkusyjne, dzwonki i głos.

„To, co pojawiło się na tym albumie” – mówi Burch – „to bardziej domowy styl muzyczny: prostota życia i tworzenia dźwięku. Słowo, którego wstydzę się użyć, to „kobiecy”, ale to prawda i odzyskuję je w całej jego mocy”.

W otwierającym całość „Dawn blessings” witają nas kojące odgłosy natury – śpiew grzywaczy i słowików, a także szelest w trakcie spacerowania nagrany w berlińskich parkach i lasach. W pewnym momencie wyłania się z tego muzyka – ciepła, nasłoneczniona, swobodnie przepływająca w kierunku autentycznych emocji. Od pierwszych sekund czuć też filozofię – sam tytuł nagrania wiele mówi – jaką nam zaproponowała Burch, czyli podjęta przez nią 90-dniowa praktyka Błogosławieństwa Świtu. To wymagało od niej codziennego tworzenia jednego utworu muzycznego w odpowiedzi na pytanie: „jakie dźwięki mi się dzisiaj podobają?”. Opisuje też to, co powstało na „There is Only Love and Fear” jako „bałaganiarski minimalizm”.

Dużą wartością było również pozwolenie sobie na otwartość i bycie „tu i teraz”, do czego zachęcała Burch wszystkich muzyków biorących udział w tworzeniu płyty. Bardzo wyraźnie słychać to w „If I was you I’d be doing exactly the same”, gdzie skupienie na głębokim oddechu, wydobywaniu dźwięków, z czasem przeradza się w pełnokrwiste frazy muzyczne – i jakie piękne. W tym fragmencie jest coś z Talk Talk / „Spirit of Eden”, a jednocześnie blisko minimalizmu Duane’a Pitre’ego.

Własnoręcznie wykonany przez Burch ksylofon drży minimalistyczne wespół z syntezatorami i śpiewem ptaków w „Don’t go back to sleep”, dając przejście do egzotycznego pulsu w „Fruit smoothie with peanut butter”, ale nie podanego wprost. Z drugiego, trzeciego planu docierają do nas rozmaite dźwięki – oddech, czy będące wyrazem emocji, jakie w danym momencie towarzyszyły muzykom w studiu, czego doświadczamy w znakomitej miniaturze „Pardieu” z hip-hopowym rozkołysaniem.

Powiew doświadczeń z Ghany da się wyczuć w wielu momentach („Start before you’re ready”). Z kolei poczucie niepewności okala nas w „You thought you were free?” z field recordingiem uchwyconym w tkance miejskiej. Niespodziewanie uczucie zagrożenia rozgania radosna fiesta (spokojnie, nie ma lukru), w postaci ich autorskiego marszu karnawałowego w rytm roztańczonej cumbii. Naprawdę może wiele się wydarzyć w ciągu dwóch minut, co pokazuje >>„Joy is not meant to be a crumb”<<, gdzie jakaś nieokreślona tradycja została swoiście „powyginana” na różne sposoby. Szemrzące krople wody – podobnie jak wielokrotnie u Carlosa Niño – wyśmienicie rezonują z pochłaniającym brzmieniem pianina Gaeta.

Ksylofon Burch wzbudza początkowy ruch strumienia w „Follow me, I make you happy”, do którego powoli wchodzą kolejni muzycy; Patrick Avery preparujący fortepian; Frye z klarnetem basowym, Hatwich z kontrabasem i Stewart grający niezwykle oszczędnie na skrzypcach, ale jakże sugestywnie. Można odnieść wrażenie, jakby ktoś poprosił wybitnego wirtuoza skrzypiec (np. Niccolò Paganiniego), żeby w końcu przestał szaleć na swoim gryfie, tylko złapał oddech, zamknął oczy i tak sobie pomedytował nad instrumentem.

Magiczny obłok dźwięków w „This is the sound of one voice” porywa nas gdzieś na te kilka minut – a w tym miejscu, do którego trafiliśmy mamy kosmicznie snujące się syntezatory Gaeta, w punkt – jak zawsze – dołożoną linię kontrabasu Butterss i oczywiście etniczno-duchowy wymiar Burch (słychać jej sanzę, shakery, głos). Wszystko pointuje energetyczny i harmoniczny utwór „When love begins” na ksylofon, perkusję, bas i field recording znad bałtyckiego wybrzeża wyspy Rugii. Ten rodzaj soundu i ekspresji skojarzył mi się trochę z zabiegami bootlegowymi Makaya McCravena.

Płycie „There is Only Love and Fear” towarzyszy też opowieści Burch o tym, jak musiała się schronić w piwnicy w Chicago na skutek alarmu przed tornadem, podczas którego – mimo strachu i zdenerwowania – włączyła jeden z mikrofonów, żeby nagrać grzmoty i dźwięki mocno uderzających kropli deszczu w świetlik, co później przeniosła do jednej z kompozycji. Jednak bardziej poruszające są przemyślenia Burch dotyczące miłości i tętniącej wszędzie energii:

„Chodzi o to, aby działać w miłości i nie wkładać w świat więcej siły ani strachu” – wyjaśnia. „Wyobraźcie sobie, że płynę: zamiast po prostu zostawiać za sobą ślad miłości, wypycham ją przed siebie i wokół siebie, pozbawioną hierarchii, wykraczającą poza linearność i binarność. Kiedy to robimy, możemy podnieść ludzi na duchu”.

„Tak działa wszechświat, tak wszyscy wibrujemy. Wszyscy rezonujemy, dosłownie, u podstawy. Napięcie i odprężenie, przestrzeń, chaos i asymetria w dźwiękach słyszanych w naturze – uwielbiam to”.

Kiedy milknie album „There is Only Love and Fear” to jego wydźwięk i tak nie ma zamiaru nas opuścić. Jest coś magnetycznego w tych szkicach Bex Burch i jej muzyków. Wybrzmiewa też echo niedosytu i rozbudzenia na więcej, z otwartym pytaniem: co dalej? Czy będzie jakaś kontynuacja tego kierunku? Tymczasem za radą Burch: „Rozkoszuj się tą muzyką – ona cię odmłodzi”.

International Anthem | październik 2023


Strona Bex Burch: www.bexburch.com

FB: www.facebook.com/bexburchmusic

Strona International Anthem: www.intlanthem.com

FB: www.facebook.com/intlanthem

 







Jest nas ponad 15 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Paweł
Paweł
3 miesięcy temu

Jest to bardzo słabe. Nawet nazwa Tortuise nie pomoże.

W Krakowie jest duet chłopaków 18, 19 letnich. Grają awangardowy, dark jazz. Z inklinacją do post – punk.
Nawet nazwy nie mają. Grają dla przyjemności. Mają duży talent , Nie akademicki, zwykły. Kto ich zauważy, skoro sami nie chcą?

Bronek
2 miesięcy temu
Reply to  Paweł

Z jednej strony chcesz zabłysnąć, z drugiej strony się biczujesz? Rozwiń myśl.

Polecamy