Wpisz i kliknij enter

Steven Wilson – dyrektor fabryki nostalgii

Głos tnący przestrzeń każdej sali koncertowej w której się pojawia. Głos głaszczący delikatnie każdą duszę do której dociera w domowym zaciszu przez słuchawki. Gitara płacząca w cieniu autostrad i hotelowych pokoi. Gitara miażdżąca swoją siłą napędzaną potężnym nagłośnieniem. Geniusz. Multiinstrumentalista. Producent nagrań, nieustannie poszukujący nowych i zaskakujących dróg, którymi można pójść.    Głos tnący przestrzeń każdej sali koncertowej w której się pojawia. Głos głaszczący delikatnie każdą duszę do której dociera w domowym zaciszu przez słuchawki. Gitara płacząca w cieniu autostrad i hotelowych pokoi. Gitara miażdżąca swoją siłą napędzaną potężnym nagłośnieniem. Geniusz. Multiinstrumentalista. Producent nagrań, nieustannie poszukujący nowych i zaskakujących dróg, którymi można pójść. Autor fantastycznych tekstów, twórca niepowtarzalnej atmosfery, posiadający ogromną, niezwykle szczegółową wiedzę na temat muzyki ostatnich kilkudziesięciu lat, a przede wszystkim nowoczesnej muzyki elektronicznej, eksperymentalnej i rockowej. Brytyjczyk. Ambasador wysp otoczonych gęstą mgłą. Ambasador równin ulewnych deszczy, miast zbudowanych z czerwonej cegły, placu boju Scherlocka Holmesa i cyrku Monthy Pythona.
   Steven urodził się 3 listopada 1967 roku w Hemel Hempstead. W jego domu rodzinnym muzyka była codziennością. Nękany alergią i wątłym zdrowiem spędzał wiele czasu w samotności, słuchając nagrań Donny Summers, The Carpenters czy Abby. Sztuka tworzenia dźwiękowych dzieł pociągała go coraz bardziej. Pod koniec lat osiemdziesiątych rozpoczął występy w grupach Karma i Pride Of Passion. Już wtedy dał o sobie znać jego geniusz. Zdobywał coraz większe doświadczenie w „obsłudze” zarówno gitary, wszelkiego rodzaju samplerów i elektronicznych zabawek jak i fortepianu oraz, co znaczące w jego przyszłości, pięknego głosu. W czasie swoich pierwszych scenicznych wojaży (w studiu przebywał już od wielu lat, eksperymentując żartobliwie z brzmieniem) założył wraz z Timem Bownessem, niezwykle oryginalnym brytyjskim wokalistą i autorem tekstów, zespół No-Man.
























   Przede wszystkim projekt studyjny, skupiający się nie na występach, ale na tworzeniu muzycznych podróży, których słuchacz może doświadczać w domowym zaciszu. No-Man okazał się strzałem w dziesiątkę. Do dziś grupa (właściwie duet dwóch założycieli, który pozostał jako jedyny na placu boju po zmianach składu) tworzy nowatorskie, łączące w sobie elementy ambientu, jazzu, trip hopu i rocka dźwiękowe pasaże. O ile Tim zajmował się od początku tekstami i śpiewem, o tyle Steven w ramach No-Man postanowił zająć się kwestią intrumentacji. I to właśnie tam, w zakątkach brytyjskiej „wild opery”, a nie jak niektórzy sądzą w Porcupine Tree, rozwinął się prawdopodobnie największy muzyczny talent końca XX wieku. Talent, którego nie mogą przyćmić nawet takie nazwiska jak Robert Fripp, Trent Reznor czy Brian Eno.
   Wspomniałem już o Porcupine Tree. Zespół (a początkowo najprawdziwszy muzyczny żart) powstał w roku 1987. Początkowo na wydawnictwach kasetowych, później już na pierwszym kompakcie „On The Sunday Of Life”, Wilson zaprezentował nieco humorystyczną wersję rocka progresywnego, połączonego z elektroniką i dźwiękowymi eksperymentami kojarzącymi się z brytyjską tradycją muzycznej awangardy, prezentowanej przez Nurse With Wound i Current 93. Dwie kompozycje z debiutanckiego albumu „formacji” okazały się być jednak początkiem jednej z najbardziej fascynujących dyskografii rocka ostatnich lat. Mowa o „Radioactive Toy” oraz „Nine Cats”.























Oniryczne, pełne sentymentalizmu i archaizacji dźwiękowych, senne i delikatne. Jakby na nie nie patrzeć- dwa pierwsze w pełni dorodne owoce na drzewie jeżozwierza. Od tamtego czasu muzyka Porcupine Tree przeszła znaczącą ewolucję. Przez ambientowe i trip hopowe półgodzinne suity („Voyage 34”, „Up The Downstair”), akustyczne ballady i niemal pop-rockowe utwory z albumów „Stupid Dream” i „Lightbulb Sun”, po rozkrzyczane metalowymi riffami i niemalże industrialnym brzmieniem, połączonym z powrotem do akustyki i oniryzmu „In Absentia” i „Deadwing”.
   Poboczne projekty Wilsona to kolejna długa historia- Bass Communion i I.E.M., w ramach których wydaje od lat albumy rozwijające w szalenie intrygujący sposób nowoczesną elektronikę, ambient i ekstremalnie nowatorską muzykę. Blackfield- zespół założony z Avivem Geffenem, izraelskim gitarzystą, wokalistą i kompozytorem; wizytówką grupy stały się niesłychanie emocjonalne i pełne orkiestrowego rozmachu (orkiestracje to kolejny dowód na niesamowity talent Stevena), romantyczne niemalże utwory, pełne popowej chwytliwości kojarzącej się chociażby z Abbą, nie pozbawione jednak charakterystycznej chociażby dla Porcupine Tree nutki psychodelii.

   Oprócz tego- gdyby komuś było mało kilkudziesięciu albumów nagranych w sumie przez wymienione do tej pory zespoły i formacje- Wilson udzielał się jako producent, wokalista, gitarzysta i klawiszowiec na płytach takich wykonawców jak Opeth, Fish, Richard Barbieri, John Wesley, Vidna Obmana, Darkroom, Paatos, Ben Castle, Marillion, OSI, Yoko Ono, Cipher, Jansen Barbieri Karn, Anja Garbarek, Theo Travis, Indigo Falls, Mick Karn i Psychomuzak. To jeszcze nie koniec! Już teraz planowany jest nowy projekt, w którym udział oprócz Stevena ma wziąść wokalista Opeth, Mikael Aekerfeldt oraz perkusista Dream Theater, Mike Portnoy. Ponadto, na początku roku 2007 artysta ma zająć się produkcją nowych nagrań izraelskiego zespołu Orphaned Land. Kolejne albumy No-Man, Blackfield i Porcupine Tree są już w drodze. Cóż, chyba jeszcze długo będziemy mogli kosztować świeżych owoców jego niezwykłego talentu.
























Co można napisać na koniec? Jak podsumować nawałnicę, burzę i wicher o których pisałem? Tego nie można oddać słowami. Nie można oddać słowami uczucia, które towarzyszy obcowaniu z tajemnicą zaklętą we „wspomnieniowych” nagraniach Blackfield, przypominających album ze starymi fotografiami. Nie można opisać uczucia unoszenia się pod wpływem potężnej ambientowej fali w czasie słuchania No-Man, nie sposób przekazać energii którą wyzwala prostota i atmosfera dawnych nagrań Porcupine Tree. A to przecież tylko część całego dorobku Stevena Wilsona. Tylko część dorobku dyrektora fabryki nostalgii.







Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


6 Komentarzy

  1. Biggest fan: wikipedia mówi, że pan ma rację o.O

    Co mogę dodać od siebie… ja do No-mana podchodziłam chyba z rok jak nie więcej, przekonać się nie mogłam, głównie do irytującego głosu pana Tima… któregoś dnia poleciało Dry Cleaning Ray i nagle głos przestał mnie irytować. Do niektórych rzeczy trzeba czasem dojrzeć i to nieco pocieszające 😉

  2. a ja się nie zgodzę z resztą. no man jest dla mnie fantastycznym projektem operującym sonorystyką, nastrojem (taką drugą, mniej drapieżną stroną osobowości Stevena). czasem brakuje mi tylko głosu Wilsona zamiast Bownessa.
    jednym słowem:
    geniusz!
    geniusz!
    geniusz!

  3. data urodzenia wilsona jest jakaś z czapy – co roku fani wysyłają mu życzenia – NA PEWNO nie w listopadzie. pan piszący artykuł sie nie przygotował

  4. Bardzo prawdziwy artykuł, ale tak jak moi współkomentatorzy przyznaję, ze No man jest fatalny w odsłuchu. Zupełnie jakby nie Wilson. Drugi projekt którego nie trawię: Bass Communion… no to dopiero jest ciekawostka. Ale PT i Blackfield nadają sens mojemu życiu gitarzysty. Bez nich pewnie bym nie grał. Oby trwały!

  5. Wszystko prawda. Uwielbiam Wilsona ale niestety No-Man nie trawię! Ze swoimi projektami i zaangażowaniem przypomina mi mojego Pierwszego guru – Mike a Pattona (ex FNM, Mr. Bungle i 1000 innych). Krótko mówiąc – Porcupine Tree Rulez!!!

  6. jest coś hipnotyzującego w załamaniach głosu Stevena na koncertach z Porcupine Tree, ale No-Man a to ja nie mogę słuchać, bo mam wrażenie że się za chwilę rozpłaczę, bynajmniej nie ze wzruszenia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy

Nowości z International Anthem

Odwiedzamy katalog chicagowskiej oficyny International Anthem, gdzie ukazały się nowe wydawnictwa Makaya McCravena i Bena LaMara Gaya.