Wpisz i kliknij enter

Triosk – Wrocław, Firlej – nasza relacja

„Mój polski jest fatalny, nie będę nawet próbować” – powiedział już na wstępie, oczywiście w swoim ojczystym języku, perkusista Trioska Laurence Pike. Bez zbędnych słów australijskie trio rozpoczęło więc swój pierwszy występ w naszym kraju. Również bez zbędnego muzycznego wprowadzenia – niemal natychmiast rzuceni zostaliśmy w zamęt jazzowego łomotu. „Mój polski jest fatalny, nie będę nawet próbować” – powiedział już na wstępie, oczywiście w swoim ojczystym języku, perkusista Trioska Laurence Pike. Bez zbędnych słów australijskie trio rozpoczęło więc swój pierwszy występ w naszym kraju. Również bez zbędnego muzycznego wprowadzenia – niemal natychmiast rzuceni zostaliśmy w zamęt jazzowego łomotu, wszystko za sprawą niemal noisowego, poskręcanego do granic pierwszego kawałka. Każdy z muzyków zdawał się molestować swój instrument zupełnie na własną rękę, bez oglądania się na kolegów. Co ciekawe, efektem były konstrukcje niezwykle spójne, trzymające w napięciu niemal nieustannie, świadczące o doskonałym zgraniu trzech znakomitych instrumentalistów.

Weźmy wspomnianego Laurenca. Ten skromny człowiek, który podczas swego „przemówienia” zdawał się być niemal zawstydzony, odprawił chwilę potem dynamiczny, perkusyjny taniec, tworząc niezbędną podstawę wszystkich zagranych utworów. Miałem wrażenie, że Pike odmierza sobie czas w zupełnie inny, własny sposób: dzieli każdą sekundę na kilkadziesiąt dodatkowych chwil, każdą wypełniając osobnym, nieprzewidywalnym uderzeniem. Muzyk w skupieniu szatkował więc przestrzeń preparowanymi na różne sposoby mikro-uderzeniami, które razem wzięte tworzyły specyficzny, perkusyjny zgiełk. Na tej właśnie bazie pozostali muzycy starali się kreować wszelkiej maści nadbudowę: Ben Waples skupiony na basie, Adrian Klumpes dwojący się przy pianinie, laptopie i rhodesie.

Zobacz fragment występu (Popup TV)

Triosk na żywo jest mniej elektroniczny, bardziej improwizujący – momentami traci zupełnie przedrostek „nu-„, stając się bandem stricte jazzowym. Spodziewałem się śmielszych ambientowych patentów Adriana Klumpesa, muzyk udowodnił jednak, jak niezwykłą przestrzeń, szczególnie w warunkach koncertowych, tworzyć można przy pomocy tradycyjnego instrumentarium. Cyfrowych klików i sampli było więc niewiele, znacznie więcej abstrakcyjnych odlotów, łamiących się struktur, nabrzmiewających nastrojów. Oczekujący pięknych harmonii mogli czuć się zawiedzeni, zwolennicy skomplikowanych struktur przeżywali wielkie chwile. Wszyscy jednak, po skonczonym koncercie, wywołali Triosk ponownie, otrzymując w zamian jeden z najlepszych tego wieczoru utworów.

Przed Trioskiem zagrał Tomek Bednarczyk z labelu Home.Pop Records. Ten młody muzyk zaprezentował zebranym brzmienia, które razem z Tomkiem Bieniem stara się promować w swej wytwórni. Słuchaliśmy więc nastrojowych, rozległych ambientów, definiujących termin „lo-fi music”. Można się spierać, czy tego rodzaju muzyka nadaje się do roli „rozgrzewki” przed znacznie bardziej dynamiczną gwiazdą wieczoru. Tak czy inaczej Tomek zebrał od widowni zasłużone oklaski.
„To była dobra zabawa” – powiedział na koniec Laurence Pike. Krótko i treściwie sam zrecenzował koncert swego zespołu – bardzo trafnie bowiem rozpoznał nastrój panujący nie tylko na scenie, ale i wśród słuchaczy. Było warto.







Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


10 Komentarzy

  1. zapewne o jezu jezu i co jeszcze?

    i

    to jak już się tak licytujecie, to wczoraj w katowicach były 3 bisy!

  2. Ale zapewne tylko w Łodzi padło pytanie z widowni czy cierpicie na Jetlag , które wprawiło w osłupienie nie tylko perkuistę…

  3. nie wiem ja wrocław, ale w łodzi było bardzo podobnie. triosk ukazał swoje nowe oblicze jako jazzowi improwizatorzy a najlepsze kawałki zagrał na bisach.

  4. jeśli mogę zabrać głos, to tomek był bardzo dobrą rozgrzewką. totalnie wyciszył publiczność przed Trioskowym doznaniem. poważnym doznaniem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy