Wpisz i kliknij enter

So Quiet – Gdańsk, Cafe Delfin

Od czasów self titled niewiele zmieniło się w muzyce So Quiet, doszło trochę sprzętu i pewności siebie, co sprawia, że pan Bien nie jest tak statyczny, jakby można było spodziewać się po jego muzyce. Od czasów self titled niewiele zmieniło się w muzyce So Quiet, doszło trochę sprzętu i pewności siebie, co sprawia, że pan Bien nie jest tak statyczny, jakby można było spodziewać się po jego muzyce. Loopy zdelajowanego pianina są nadal głównym punktem zainteresowania, jednakże dochodzą także coraz lepiej kontrolowane szumy, a nawet innowacje w postaci pozytywkowych melodii i mruczanych wokali.
Obok muzyki ciekawym zjawiskiem mogła być zgromadzona publiczność – tak różnorodna, że nie sposób orzec, jaki jej procent stanowili przypadkowi słuchacze. Tak czy owak So Quiet zgromadził i młode damy, i statecznych panów w garniturach, zdołowaną młodzież licealną i eleganckie panie chadzające regularnie do opery. I chyba się udało, bo proponowana muzyka była nader przystępna, na tyle żeby zachęcić do zgłębienia stylistyki przez mniej przygotowanych odbiorców.
Kilka drażniących słuch sekund zginęło w morzu łagodnych, zdystansowanie lirycznych narracji dźwiękowych. Miękkie i repetowane partie pianina zdają się współgrać z osobowością Biena tworząc spójną sceniczną całość. Skupiony na grze zdawał się być lekko rozproszony przy kontakcie z publiką, co ostatecznie wychodziło cały czas na plus, bo tego właśnie wszyscy spodziewali się po pierwszych minutach. Rzadko kiedy bywa to dla twórcy dobre, ale w tym przypadku dystans między muzykiem a publiką był czymś pożądanym, aby obie strony mogły na satysfakcjonującym poziomie wczuć się w występ.


Lo-Fi or Die, motto z myspace, zyskuje nowego znaczenia po zobaczeniu Biena w akcji, bo zwyczajnie poraża swoją niespodziewaną dosłownością. Zabawne, lekko filmowe stwierdzenie koncentruje w sobie charakter tej muzyki tłumacząc jednocześnie jej bezkompromisowość: albo naprawdę zwolnisz, albo z klubu wyjdziesz. Ambientowe down-tempo So Quiet wygoniło w połowie setu parkę próbującą się dogadać na temat kontynuacji związku, ale resztę wbiło w realny slow-motion pełen westchnień, moszczenia się i leniwego popijania. I nie był to specjalnie cichy koncert, nagłośnienie dawało radę, co świadczy o tym, że owa twórczość raczej nie uległaby przekłamaniu warunków, przynajmniej nie jeśli chodzi o jej odbiór.
Wspomnieć należałoby jeszcze o tym, że żywy set różnił się jednak od nagrań studyjnych, dostępnych chociażby na myspace. Nie potrafię wyjaśnić do końca o co mi chodzi, ale jednak podobało mi się na koncercie bardziej niż podczas słuchania płyt. Można to tłumaczyć brakiem elementu nudy, który pojawia się jednak przy nieprzerwanym, skupionym zetknięciu z twórczością Biena. W przypadku żywego setu ten mankament nie razi, jako że nie ma tylu wyborów – za ciemno, żeby czytać do tej muzyki książkę i zbyt daleko od domu, żeby zasnąć. W ten sposób, wypchnięta na pierwszy plan, twórczość So Quiet wydaje się być godnym polecenia przeżyciem koncertowym.







Jest nas ponad 16 000 na Facebooku:


Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecamy

Meridian Brothers – wywiad

Udało nam się porozmawiać z Eblisem Álvarezem, liderem kolumbijskiego zespołu Meridian Brothers, o ich niedawno wydanej płycie „¿Dónde Estás María?”.