Nicolas Jaar – Cenizas
Jarek Szczęsny:

Bez planów na przyszłość.

BOA – Outer Gateways
Paweł Gzyl:

Dubstep ciągle żywy.

Pejzaż – Blues
Bartek Woynicz:

Nostalgiczna nóżka chodzi.

Jacaszek – Music For Film
Mateusz Piżyński:

To nie jest soundtrack, chociaż…

Sleeparchive – Trust
Paweł Gzyl:

Techno sprowadzone do loopów.

Trampique – Life Outside The Mirror
Jarek Szczęsny:

Melancholia codzienności.

Jan Wagner – Kapitel
Łukasz Komła:

Autentyczna bruzda.

Ian William Craig – Red Sun Through Smoke
Jarek Szczęsny:

Mgnienia poczucia straty.

Christian Löffler – Lys
Paweł Gzyl:

Piosenka jest dobra na wszystko?

Various Artists – Velvet Desert Music Vol. 2
Paweł Gzyl:

Soundtrack do współczesnego „acid westernu”.

Skalpel – Highlight
Bartek Woynicz:

Balsam na czas zarazy.

Electric Indigo – Ferrum
Paweł Gzyl:

W atomowym silosie.

Stian Westerhus – Redundance
Jarek Szczęsny:

Ucieczka od tradycyjnych piosenek.

Immortal Onion – XD [Experience Design]
Jarek Szczęsny:

Nie spodziewałem się ich tam spotkać.



Featherlight

GusGus – Lies Are More Flexible

Koniec za którym rozciąga się transowy bezkres? Może tak, a może nie.

GusGus powracają z nowym albumem, który zatytułowany jest „Lies Are More Flexible”. Jeśli liczyć wszystko i z korzyścią (tzn. z live albumem pt. „Mixed Live: Sirkus, Reykjavik, Iceland”) wychodzi na to, że to już jedenasty album formacji działającej dziś jako duet tworzony przez Daniela Ágúst Haraldssona i Birgira „Biggi Veira” Þórarinssona. Jak jest? Ciekawie dzięki czemu wszyscy powinni być zadowoleni. Wszyscy czyli wierni fani jak i sceptyczni malkontenci. To niewątpliwy sukces.

Określenie „hipnotyzujące” może okazać się kluczowym w kontekście tej płyty. „Lies Are More Flexible” w całości intryguje i wciąga, mimo że fragmentarycznie nie jest spektakularna. Ma za to wyraźną tendencję wzrostową, bo im dalej tym lepiej. Szczególnie słuchając kosmicznej drugiej części albumu. Ale po kolei.

Co do otwierającego „Featherlight” nie zmieniam zdania, które przedstawiłam w recenzji EP-ki o takim samym tytule. To przewidywalny utwór o nudnawej linii synthów i nużącym wokalu. Z kolei rzekomo taki dobry „Spiraling” na płytę nie załapał się w ogóle. Za to od drugiego utworu tej płyty tj. „Don’t Know How To Love” GusGus zaczynają spektakl. Jego energetyczny beat poszatkowany został wokalami wyskakującymi poza linię, padami z efektem echa i krótkimi strzałami syntezatora. Wspierające wokale pochodzą od amerykańskiego wokalisty Johna Granta, który poza solową karierą znany jest także z zespołu The Czars. „Fireworks”, nawiązując do tytułu, rozświetla wyeksponowanym beatem niestłumionym dodatkami. Podobną energię choć nieco szybsze tempo ma utwór „Lifetime”. To taki dyskotekowy kopniak. Nawet najbardziej wytrwałym we wspornikowaniu klubowych ścian ciężko będzie nie poddać się jego urokowi. Lekkie beaty w połączeniu z szybkim tempem z łatwością wciągają.

Po czterech pierwszych utworach przechodzimy do kwintesencji. Analogowy spektakl rozpoczyna „No Manual”, który szczególnie przykuwa uwagę. Majestatycznie rozwijający się lead tego utworu GusGus zestawili z zaskakująco nisko wibrującymi padami, które sprawiają, że ten oryginalny i nieoczywisty numer brzmi jednocześnie głęboko i nieco nostalgicznie. Całościowo najbliżej mu do trance’u choć jego tempo pozwala tu na dyskusje. Po nim następuje utwór tytułowy, jeden z najmocniejszych z tej płyty, którego linia prowadzona jest w zdecydowanie niższych tonach.

Jednak prawdziwą transową petardę GusGus zachowali na koniec. Jest nim zamykający album utwór „Fuel”. Od reszty został sprytnie oddzielony niespełna minutowym „Towards Storm”, przejściem z elementami field recordingu i plemiennego wokalu. To hipnotyzująca kanonada rytmu i efektów zmieniających się przez blisko osiem minut utworu! Mamy tu powykręcane i potężnie wibrujące elementy prowadzące, a także tła, w którym wokalne zawodzenie przechodzi nawet w analogowe smyczki. Wszystko to sprawia, że „Fuel” to do granic sensoryczne przeżycie i najlepszy moment płyty.

„Fuel” to też świetna muzyczna metafora momentu jaki może wyznaczyć płyta „Lies Are More Flexible”. Bo nawet jeśli to koniec GusGus jakich znaliśmy dotychczas to z drugiej strony za tym końcem wyłania się bezkres transowej hipnozy. Daniel i Biggi opanowali ją perfekcyjnie co po „Arabian Horse” i „Mexico” jednoznacznie potwierdza właśnie „Lies Are More Flexible”. A słychać, że muzycznego „paliwa” wciąż mają dużo. Jak będzie naprawdę i czy znów zaskoczą, potwierdzi kolejna płyta. Tę GusGus niewątpliwie wydadzą. I w gruncie rzeczy jest to układ win-win. Bo nawet jeśli teraz rzeczywiście „kłamią” to robią to naprawdę dobrze.

2018 | Oroom

Słuchaj na Soundcloud » Profil na Facebooku » Oficjalna strona GusGus »

GusGus – Featherlight EP

Dyskotekowy moment graniczny wyznaczający koniec. W tym przypadku – całe szczęście.

Przy okazji ogłoszenia, że dziesiąty studyjny album GusGus ukaże się 23 lutego, islandzki duet (tak, już duet) opublikował rozszerzoną wersję EP-ki „Featherlight”. Pierwotnie ukazała się ona w ubiegłe lato. Obecna wersja zawiera dodatkowy singiel z nadchodzącego albumu GusGus pt. „Lies Are More Flexible”. Otóż poza utworem tytułowym, który występuje na EP-ce w trzech wersjach (radiowa, instrumentalna i remiks oznaczony jako „BiggiVeira@ThePool Mix”) znajdziecie na „Featherlight” jeszcze utwór „Spiraling”.

Wspomniany dziesiąty album GusGus „Lies Are More Flexible” ukaże się nakładem własnej wytwórni GusGus – Oroom. I szczerze, to raczej będzie spektakularny upadek. Zapowiada to właśnie EP-ka „Featherlight”. Jedynym jej „znośnym” momentem jest dwuminutowe transowe przejście, którym kończy się „Featherlight” w remiksie „BiggiVeira@ThePool Mix”. Rytmicznie pulsujące synthy wypełniające ten fragment są nawet intrygujące. Co z tego? Trwają raptem dwie minuty z dwudziestominutowej EP-ki, która jest naprawdę kiepska. Nie ma mowy o jakimkolwiek nawet zbliżeniu się do poziomu „Mexico” z 2014 r., nie mówiąc już o którymkolwiek z wcześniejszych albumów.

Zarówno „Featherlight” jak i „Spiraling” to dziwne dyskotekowe hybrydy, trącające muzycznym klimatem lokali, które swoje nazwy zaczerpnęły z nazewnictwa państw Ameryki Południowej. Kompletnie nie wiem co Daniel Ágúst Haraldsson i Birgir Þórarinsson, którzy ostali się w składzie GusGus, chcieli tymi utworami przekazać. Nie mają one w sobie ani radości, ani nostalgii, wreszcie są niezwykle męczące. Momentami wręcz skrajnie nieznośnie jak np. „Spiraling”, który pomimo zacnej idei, do której odwołuje tytuł, stał się siedmiominutową pętlą otępiającego beatu. Niemniej zły jest „Featherlight”. Jego mdląca linia zestawiona w nużącymi wokalami przypomina tzw. samotne momenty złych imprez, po których nie ma już nic. Jakież to symboliczne!

W tym wszystkim jest niewątpliwie jeden plus. Nawet wielokrotne wysłuchanie obu utworów nie powoduje, że jakkolwiek zapadają one w pamięć. Dodatkowo, cudownie podkreślają piękno ciszy.

Jednego tylko nie mogę pojąć. Jak to możliwe, że za „Featherlight” odpowiadają ludzie, którzy byli częścią czegoś tak dobrego jak album „Polydistortion” wydany w 1997 r., przypominanego przez NM w ramach zestawienia „Ten wspaniały rok 1997” ? Ale to już temat na zupełnie inny tekst.

Profil na BandCamp » Profil na Facebooku »