LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.

Malin Genie – Anthropomorphic Sympathy
Paweł Gzyl:

Stylowe electro i IDM w duchu lat 90.

Telefon Tel Aviv – Dreams Are Not Enough
Mateusz Piżyński:

Gdy w Tel Avivie zgaśnie światło…

Philipp Gorbachev – Kolokol
Paweł Gzyl:

Prawosławie i elektronika.

BNNT is Jerusalem in My Heart – Multiversion #4
Jarek Szczęsny:

Część czwarta.

rRoxymore – Face To Phase
Paweł Gzyl:

Introwertyczne bity.

The Big YES! – The Big YES!
Łukasz Komła:

Free jazzowy wybuch!

HTRK – Venus In Leo
Maciej Kaczmarski:

Miłość w czasach zarazy.

Matthias Schaffhauser – Hedonism, What Else
Paweł Gzyl:

Muzyka jako przyjemność.

Manu Delago – Circadian
Jarek Szczęsny:

Cykle snu.



plądrofonika

Oneohtrix Point Never – Replica

Kiedy miałem dziewięć, może dziesięć lat, przypadkowo zobaczyłem w niemieckiej telewizji film zatytułowany „Blade Runner”. Leciał późno w nocy, obraz był kiepski (były to początki sieci satelitarnej w Polsce), a aktorzy zdubbingowani – przez co Harrison Ford przedstawiał się słowami: „Ich bin Deckard, der Blade Runner” – a całość przerywano reklamami, w których potężnie zbudowane blondynki figlarnie zachęcały do rozmowy przez telefon. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. To, co zobaczyłem, podziałało na mnie jak terapia elektrowstrząsowa do tego stopnia, że do dziś widziałem film blisko 60 razy.

Dlaczego o tym piszę? Bo niespełna trzy kwadranse z „Replicą” przeniosły mnie na powrót do tamtego wieczoru. Zainspirowany telewizyjnymi reklamami z lat 80. i 90. oraz hauntologią, Daniel Lopatin vel Oneohtrix Point Never stworzył płytę, która oprócz wrażeń estetycznych serwuje refleksje na temat… no właśnie, czego? Zjawiska kulturowych artefaktów? Skutków recyklingu sfery publicznej i zanikania sfery prywatnej? Roli pamięci osobniczej, a zwłaszcza nostalgii i tęsknoty za „rajem utraconym”, w ocenie przeszłości? Zgodnie z deklaracjami samego Lopatina, „Replica” miała stanowić wyimaginowaną ścieżkę dźwiękową do poczynań post-apokaliptycznej cywilizacji, która próbuje odbudować stary świat.

http://soundcloud.com/mexicansummer/sets/oneohtrix-point-never-replica

Czy ten zamysł się udał, każdy oceni indywidualnie. Nie da się jednak ukryć, że muzyka Lopatina – choć brzmi na wskroś współcześnie, momentami wręcz futurystycznie – jest głęboko zakorzeniona w stylistyce retro. Ta analogowa, głównie samplowana elektronika na tropach Boards of Canada to wyraz tęsknoty za czasami, w których filmy oglądało się na VHS-ach, na komputerach typu Amiga czy Atari królowały takie tytuły jak „Superfrog” czy seria z jajkiem Dizzym, a Internet był naprawdę mały i niewinny, za to wiązano z nim wielkie nadzieje (zupełnie na odwrót, niż dzisiaj, gdy znaczne obszary globalnej sieci to śmietnisko). A i wspomnienie „Blade Runnera” jest uzasadnione – w porywającym utworze „Power Of Persuasion” rozbrzmiewają sample z soundtracku Vangelisa. Cytatów jest tu zresztą cała masa – czy to smagnięć starych syntezatorów, strzępów popowych wokali, czy wreszcie filmowych melodii – ale nie mogło być chyba inaczej w przypadku płyty o takim, a nie innym tytule, i takiej, a nie innej koncepcji autorskiej.

Warto jeszcze wspomnieć o okładce, zaczerpniętej z kiczowatego czasopisma publikującego opowiadania grozy. W podręcznym lusterku, trzymanym przez obleczoną w ciało dłoń, przegląda się upiór. Niegdyś symbolika ludzkiego szkieletu stanowiła istotny element dzieł sztuki malarskiej – od średniowiecznych autorów przedstawiajacych danse macabre, poprzez Holebaina i Halsa, aż po Dalego i Beksińskiego. Tutaj – zamiast przerażać – wyszczerzona czaszka wywołuje rozbawienie, jej powierzchnię pokrywa bowiem makaron. Dziś kościotrup jest tylko kolejnym popkulturowym logotypem, w nieskończoność powielanym na bluzach, kubkach, naklejkach i tapetach, a przez to pozbawionym swojego pierwotnego znaczenia (lub raczej o znaczeniu zdewaluowanym, oswojonym i zasadniczo niedorzecznym).

Tymczasem na okładce „Repliki” wizerunkowi czaszki zostaje przywrócona jego symbolika – i to pomimo wzięcia w nawias, jakim jest makaron (a może właśnie dlatego). To nie jest już czaszka z przepoconego podkoszulka kierowcy tira, lecz obraz oferujący przewrotny komentarz socjologiczny. Czy w lustrzanym odbiciu widnieje pożerająca własny ogon i zapatrzona w przeszłą wersję samej siebie kultura popularna – sprowadzona do roli generatora taniej grozy (czaszka) i humoru niskich lotów (makaron), jeszcze nie martwa, ale już nie żywa, undead niczym Bela Lugosi ze słynnej piosenki Bauhaus? Czy może jest to wizerunek człowieka XXI wieku, „ubawionego na śmierć” i wegetującego w martwocie ciągłych powtórzeń, retrospekcji, reprodukcji, recyklingu, sequeli i coverów? „Replica” stanowi rzadki przypadek muzyki, która pobudza nie tylko sensorium, ale i intelekt.

Mexican Summer/Software | 2011

DJ Shadow – The Less You Know, The Better

Kim jest DJ Shadow i co zrobił dla popularyzacji samplingu i muzyki w ogóle, przypominać chyba nie trzeba. Jak potoczyła się jego kariera, też zapewne wszyscy wiedzą. Równie znana jest częstotliwość, z jaką wydaje longplaye z premierowym materiałem: w 1996 roku debiutancki, dziejowy już „Endtroducing…”, w 2002 bardzo dobry „The Private Press” i w 2006 fatalny „The Outsider”, na którego bodaj sam autor spuścił zasłonę milczenia. Po pięciu długich latach do sklepów trafia czwarta duża płyta Josha Davisa – „The Less You Know, The Better”.

Całość rozpoczyna hip-hopowy, przepełniony samplami i skreczami „Back To Front (Circular Logic)” i jest to otwarcie tyleż obiecujące, co mylące. Następujący po nim „Border Crossing” skrzy się riffami rockowych gitar, potężnymi bębnami i apokaliptyczną atmosferą. „I Gotta Rokk” to kawałek z tej samej krainy; oba z powodzeniem mogłyby znaleźć się na soundtracku do serii „Need For Speed”. Znakomity „Enemy Lines” ociera się o wilgotne sny fanów UNKLE z okresu kapitalnej płyty „Psycence Fiction”, co zawsze liczy się na plus. Największe wrażenie robi „Give Me Back The Nights”, w którym na tle niepokojącego podkładu rozbrzmiewa ponury monolog zakończony przenikliwym wrzaskiem. Są też mniej oczywiste tropy. Zupełnie przeciętny “Warning Call” brzmi niczym piosenka Editorsów (lub każdej innej kapeli nawiązującej do post-punku/nowej fali), z kolei „Scale It Back” z gościnnym udziałem Yukimi Nagano (głos Little Dragon) przywołuje echa… Eurythmics i solowych dokonań Annie Lennox. No cóż, skoro na „The Private Press” mógł trafić utwór a la Phil Collins lub może Meat Loaf („Blood On The Motorway”)…

http://www.youtube.com/watch?v=M1nWnpKZKi0

Wszystko to brzmi niezwykle eklektyczne i różnorodne, a jednak album cierpi na problematyczną przypadłość – brak motywu przewodniego, który spajałby poszczególne elementy w logiczną całość. Utwory są nie tyle wyrwane z kontekstu, co zupełnie pozbawione tegoż. Nie chodzi nawet o to, że są to kompozycje słabe czy przeciętne (choć i takie się tu zdarzają, vide „I’m Excited”), lecz o to, że nie układają się w koherentne dzieło. W efekcie albumu słucha się jak kompilacji luźno powiązanych ze sobą kawałków. Nawet rozmieszczenie utworów wydaje się być nie na miejscu – taki „I’ve Been Trying” (tytuł co najmniej znamienny, swoją drogą przypomina to „Wish You Were Here” Floydów), skądinąd świetny, nadawałby się na finał, a nie jako interludium pomiędzy całkiem niezłą rapową nawijką Taliba Kweli i Posdnuosa („Stay The Course”), a równie przyjemną balladą na fortepian, skrzypce i kobiecą wokalizę („Sad And Lonely”). Z jednej strony zatem płyta wywołuje wrażenie niekontrolowanego chaosu, z drugiej – stanowi zestaw kilku naprawdę kapitalnych kompozycji, które zapadają w pamięć.

Już przy okazji „The Outsider” Davis zaznaczał, że nigdy nie zamierzał odcinać kuponów od „Endtroducing…” i zasugerował fanom, żeby zdecydowali się, czy są fanami albumu, czy artysty. Wówczas ta deklaracja była chwalebna, lecz rezultat okazał się mizerny. Obecnie Shadow nie wydaje się już być zbyt wierny swoim słowom, ale trudno mieć mu to za złe. „The Less You Know, The Better” to zdecydowanie krok w dobrym kierunku, nawet jeśli nieco chwiejny. Jest to bowiem płyta „zaledwie” dobra jak na możliwości tego artysty. Na rzecz wybitną fani DJ Shadowa będą musieli znów poczekać. Ciekawe jak długo tym razem?

Verve | 2011