Foghorn – Thanatos
Jarek Szczęsny:

Album wysokooktanowy.

Subjected – Pictures From The Aftermath
Paweł Gzyl:

Ambientowa afirmacja życia i miłości.

Billy Woods And Kenny Segal – Hiding Places
Jarek Szczęsny:

Ciężki i ponury.

Ellen Arkbro – Chords
Paweł Gzyl:

Filozofia czystego akordu.

BNNT is Patrick Higgins – Multiversion #1
Jarek Szczęsny:

Część pierwsza.

Opla – Obertasy
Jarek Szczęsny:

Modernizacja polskiej wsi.

Zguba – Potwarz
Jarek Szczęsny:

Zagadkowa umysłowość.

Erith – Speed of Light
Przemysław Solski:

Niebanalny styl, kosmiczna muzyka, swoboda na scenie, tak w kilku słowach można określić nowe zjawisko na polskim rynku.

Øyvind Torvund – The Exotica Album
Łukasz Komła:

W egzotycznym zwierciadle.

Sciahri – Double-Edged
Paweł Gzyl:

Plemienny minimal.

Various Artists – ePM Selected Vol. 7
Paweł Gzyl:

Dziesięć house’owych sztosów.

Dren – Time And Form
Paweł Gzyl:

Black metal przekuty na nowoczesną elektronikę.

Dots (Uwe Schmidt) – Dots
Ania Pietrzak:

Śladami czarów w kosmicznej otchłani.

S S S S – Walls, Corridors, Baffles
Paweł Gzyl:

Power ambient z Lucerny.



Rain Tree Crow – Rain Tree Crow

Kolejny nowy cykl na NM: przewijamy, czyli sprawdzamy po jakie stare płyty powinien sięgnąć fan nowych brzmień. Na początek Daniel Barnaś i Rain Tree Crow.

Dlaczego warto przypomnieć o płycie, która swoją premierę miała w 1991 roku? Gdyż jako jedna z nielicznych sukcesywnie spaja w jedną całość wiele cech będących głównymi dominantami zgoła odmiennych od siebie gatunków. Nowej dla naszych uszu muzyki warto szukać nie tylko w cotygodniowych premierach, co postaramy się udowodnić tym właśnie nowo rozpoczętym cyklem.

Album wydany dziesięć lat po ostatniej produkcji studyjnej grupy Japan nie bez powodu nosi nazwę inną od macierzystej formacji. Choć nagrany w tym samym składzie – Sylvian, Karn, Barbieri, Jansen – Rain Tree Crow w niczym jej nie przypomina – dźwięki nie parują atmosferą New Wave,  utwory nie wibrują w rytmie brzmiącej dziś kiczowato elektronicznej perkusji Simmonsa, a głos Davida Sylviana – miast cukierkowo odzwierciedlać „ejtisy” – często popada w głębokie vibrato niosąc wersy mistyczne i odrealnione.

Mocnym atutem projektu jest wyraźny, jazzowy rys większości kompozycji, który został osiągnięty z niemałą pomocą istnej armii zaproszonych muzyków. Lecz pomimo mnogości instrumentów, jakie wpisać można w składową brzmienia Rain Tree Crow, utwory czarują intymną, kameralną atmosferą. Partie solowe, jakkolwiek nieczęste, głęboko osadzone w tle dryfują w kierunku ambientu – ważną rolę pełnią tu instrumenty akustyczne, gdyż prócz wszelkiej maści syntezatorów i gitar głos mają różnorakie dziwactwa perkusyjne z całego świata oraz aerofony z klarnetem basowym na czele.

Utwory w całości powstałe na bazie studyjnych improwizacji poprzetykane są dziełami bardziej przemyślanymi, o mocniej zwartej formie. Koronnym przykładem jest tu z pewnością singlowy „Blackwater”, choć nie sposób nie wspomnieć o kroczącym posępnie „Pocketful of Change” oraz ocierającym się o poezję śpiewaną „Every Colour You Are”. Rozimprowizowane „Blackcrow hits Shoe Shine City” oraz otwierający całość “Big Wheels in Shanty Town”, zagrane z rockowym pazurem, pełnią słuszną rolę polegającą na skupieniu rozbieganych po głowie myśli. Wszystko to jednak jakby nagrane szeptem, pod osłoną nocy. Bez pełnych fraz – półsłówkami i niedopowiedzeniami.

Surrealistyczne podejście do zapełnienia przestrzeni utworów, choć często skutkujące przerostem formy nad treścią, w tym przypadku stanowi ważny mianownik muzycznego dialektu prezentowanego przez Rain Tree Crow. Z czasem, coraz lepiej poznając ten album, łatwo ulec urokowi tekstów Sylviana – wersy pełne tajemnic i cieni w aurze analogowych syntezatorów oraz sieci oszczędnego rytmu stanowią wspólnie endemiczną jakość w muzyce eksperymentalnej – czy określimy ją jako ambient, czy jako free-jazz.

Rain Tree Crow to nocny spacer przez opustoszały park. Blask latarni odbijający się w kałużach i parujących od niedawnego deszczu alejkach. Pajęcza wilgoć w powietrzu przetykana chłodzącym, leniwym wiatrem. I nie jest to wytwór wyobraźni, a obraz, jakim życie potrafi niespodziewanie zdefiniować muzykę w drodze powrotnej do domu. Braki w postaci szamana siedzącego przed kurną chatą z sędziwym krukiem na ramieniu zostawiam do uzupełnienia wyobraźni.

Virgin Records | 1991

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 3

  1. Kosek

    Rewelacja. Coś czuję, że to będzie świetny cykl 😉

  2. 303

    To ja też O! Bo ta(ka) płyta tutaj to zaskoczenie, ale miłe. Od Sylviana jeszcze Alchemy – An Index Of Possibilities – mi się jawi jako alternatywna ścieżka do Eyes Wide Shut, niesamowita muzyka. No i Blemish – tutaj już jak najbardziej pasowałoby do głównego profilu serwisu.

  3. Heliosphaner

    O fajnie, tego mi brakowało, dzięki, czekam na więcej. 🙂