Polynation – Igneous
Mateusz Piżyński:

Debiutanci z Holandii.

ASUNA & Jan Jelinek – Signals Bulletin
Jarek Szczęsny:

Jest przyjemnie.

Synkro – Images
Paweł Gzyl:

Breakbeatowy ambient w pełnej glorii.

Holly Herndon – PROTO
Jarek Szczęsny:

Genetyczna DJ`ka.

Jonas Kopp – Non Virtual Reality
Paweł Gzyl:

Industrial i drony w służbie ambientu.

Ikarus – Mosaismic
Łukasz Komła:

Wielopoziomowa ekspresja.   

Qasim Naqvi – Teenages
Jarek Szczęsny:

Subtelny, oszczędny i dziwny.

Varg – Sky City Part 1 & 2
Paweł Gzyl:

Powrót syna marnotrawnego.

Samuel Kerridge & Taylor Burch – The Other
Paweł Gzyl:

Nowe oblicze muzyki brytyjskiego producenta.

Vsitor – Keep On Running
Łukasz Komła:

Rozdrapywanie aksamitu.

Paula Temple – Edge Of Everything
Paweł Gzyl:

Techno-huragan.

Little Simz – GREY Area
Jarek Szczęsny:

Istotnie, miażdży.

Watergate 26 – Mixed By WhoMadeWho
Paweł Gzyl:

Powoli i bez pośpiechu.

Michał Turowski – Wormwood And Flame
Jarek Szczęsny:

Witajcie w Prypeci.



OFF Festival 2014 – relacja

Katowickie święto OFF-owej muzyki po raz kolejny przypomniało przykurzone legendy i pokazało wyszperane perełki z całego świata.

PIĄTEK, 01.08.14

Tak to już się przyjęło, że polskie festiwale muzyczne rozpoczynają Polacy, na pewno warto zwrócić w przyszłości uwagę na chłopaków z Wild Books, którzy przy pomocy „garów i wiosła” potrafili wykrzesać prawdziwy ogień, co dość trudno było zauważyć podczas występu 8-osobowego Los Campesinos!, którzy chociaż przesympatyczni to jednak zagrali bez większej ikry, a ich muzyka sprawiała wrażenie, że jeśli wykonywałaby ją ekipa o połowę mniejsza to za wiele by nie straciła. O wiele lepiej niż na nagraniach prezentuje się na żywo krakowski Kaseciarz, który pod wodzą Macieja Nowackiego rozkręcił klasyczne pogo w namiocie Sceny Eksperymentalnej. Dość prosty riffowo „dziadostwo rock” działa!W tym samym momencie na Scenie Trójki miało miejsce oddanie hołdu cenionemu wibrafoniście ery polish jazzu – Jerzemu Milianowi. Rozbudowane combo jazzowe z aż 4 wibrafonami, na których grali Maseli/Bukowski/Głyk/ Szymanowski zaprezentowało twórczość poznańskiego kompozytora w estetyce popisowego improwizowania, które broniło się najbardziej gdy wirtuozi ze sobą współgrali, przy indywidualnych poczynaniach zdarzyło się im zajrzeć do stylistyki ciężkostrawnego smooth jazzu, nie mniej jednak obecność tak oryginalnego projektu na katowickiej imprezie warta jest przyklaśnięcia i apelu o większą ilość jazzu na OFF-ie!

Ciekawym przeżyciem był z pewnością popis brooklynczyków z Cerebral Ballzy, gdzie niezbyt trzeźwy frontman Honor Titus zapowiadał co chwilę kolejne numery stwierdzeniem „This song is bout’ skateboarding”, po czym następowała punkowa jatka. Dla fanów gatunku z pewnością gratka, choć spora część niewielkiej publiczności obserwowała koncert z pełnym dystansu uśmieszkiem. Będąc przy temacie punka trzy słowa należą się Inkwizycji, która zabrzmiała naprawdę godnie i równo. Otwarty antyklerykalizm „Ex-perta” nie znalazł tego wieczoru ogromu odbiorców, ale to chyba jednak kwestia radykalizmu i formy, bo pod kątem tekstów polski zespół wart jest specjalnej uwagi. Zupełnie niewciągająca okazała się Lyla Foy, w której ciężko dostrzec potencjał na gwiazdę pokroju Tori Amos (choć zagrała „Cornflake Girl”) czy Kate Bush, jej piosenki i towarzyszący band wypadli dość przeciętnie. Elektronicznym starterem pierwszego dnia był duet The Dumplings, czyli młodzi, skromni i zdolni. Trudno ich electropopowi odmówić pomysłu na melodie i aranżacje, a sprawność koncertowa Kuby Karasia i możliwości wokalne Justyny Święs regularnie się powiększają. Nie do końca dobrym pomysłem okazało się jednak coverowanie świeżego jeszcze singla Rebeki, bo oryginał wypada prostu lepiej.


The Dumplings (live at OFF Festival 2014)

Zgodnie z festiwalową tradycją wykonywania „klasycznych polskich albumów”, w tym roku zagrał zespół Kobiety. Niezmiernie miło było wysłuchać na żywo „Marcello” lub „Kaszubskiego Szamana”, pomimo że z oryginalnego składu zagrali tylko Nawrocki/ Cieślak, a koncert nie miał znamion wybitności. Była to jednak udana podróż sentymentalna uświadamiająca, że po 13 latach od premiery tego materiału nad Wisłą jest cały czas niewiele dobrego popu. Przerysowana w odczuciu nadwrażliwość Perfume Geniusa, a także swego rodzaju personifikacja przysłowia „złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy”, już podczas próby akustycznej spowodowała, że po kilku utworach zrezygnowałem z tej minimalistycznej propozycji woląc zostać, np. przy Sohn. Zdecydowanym koncertem nr 1 piątkowej odsłony OFF-a było przedstawienie zaserwowane przez Clipping. Stylowo prezentujący się Daveed Diggs to absolutny mistrz ceremonii, władający słowem niezwykle precyzyjnie i nad wyraz zrozumiale. Rozpoczął acapella i już swym wstępnym wystąpieniem rozgrzał publiczność do czerwoności. Dojście duetu producentów Hutson/Snipes dołożyło tylko do pieca, choć miejsc w których Panowie zaserwowaliby prawdziwie drażniące szumy było niewiele, a całość zabrzmiała zadziwiająco przystępnie. Amerykanie zagrali materiał zarówno ze świeżutkiego albumu, jak i debiutanckiego „Midcity” (rewelacyjne „Guns Up”!). Prawdziwy popis charyzmy i świeżości.


Clipping (live at OFF Festival 2014)

Sporo fanów afro beatu ucieszyło się na wieść o występie legendy z czarnego lądu, czyli Orchestre De Poly-Rhytmo De Cotonou. Ekipa prezentująca się dziś trochę jak afrykańska wersja Buena Vista Social Club wzbudziła raczej więcej oznak rozczulenia połączonego z pobłażaniem ze względu na swe zasługi, niż zdobyła uznanie nowych fanów. Pomimo bardzo dobrego wykonawstwa (praca sekcji rytmicznej!) i nieporadnej językowej sympatyczności lidera rozbudowanej grupy, muzyka kapeli trąciła myszką i brak jej było egzotycznego pazura. Generalnie była to jednak odprężająca odmiana na gitarowo mimo wszystko rozplanowanej mapie festiwalu. Grający w tym samym czasie Oranssi Pazuzu ze względu na kapitalne użycie syntezatorów i organów w swojej death-metalowo zorientowanej muzyce, zyskali sporo słuchaczy z przeciwległych biegunów i choć patent używany przez Skandynawów jest powielany praktycznie w każdym z numerów to jednak siła tej muzyki porywa.


Michael Rother (live at OFF Festival 2014)

Kolejną legendą przypominającą się w Katowicach był niewątpliwie Michael Rother grający w 3-osobowym składzie muzykę swych projektów NEU! i Harmonia. Niektóre utwory posiadające ponad 30-letnią metrykę miały prawo zabrzmieć anachronicznie i trochę tak też się stało, mogły też z drugiej strony pachnieć historią dużo bardziej. Starsi panowie pokazali, że umieją grać i nie ma tu mowy o odcinaniu kuponów od swojej sławy. Najbardziej z tego wydarzenia zapamiętam utwór „Esperanza”, który umiejętnie uderzył w melancholijne nuty. Kosmische Musik to nie moja bajka, ale w tym przypadku naprawdę należy oddać cesarzowi co cesarskie. John Wizards, czyli młody afrykański zespół, który zabrzmiał trochę jak podrasowane przez Mad Professora i Hudsona Mohawke’a połączenie Toto z Sweating Bullets z pamiętnego „Anyway the Wind Blows”. Nieco to dziwaczne, z pewnością wyluzowane, dość przystępne i nieco taneczne, warto podkreślić sporą sprawność muzyków tego kolektywu, którzy potrafili szybko zmieniać instrumentarium, z gitarowego na bardziej komputerowe. Na deser pierwszego dnia został sprawca jednej z płyt ubiegłego roku. James Holden, bo o nim mowa, zaprezentował się w trio z perkusistą i saksofonistą. Sam wyraźnie zadowolony z występu (choć nie zamienił ze słuchaczami słowa) majstrował nieustannie przy syntezatorach wprawiając licznie zgromadzoną publiczność w swego rodzaju trans. Było widać, że sporo widzów wyczekiwało tego artysty, co łatwo było rozpoznać po wyrazach entuzjazmu, którego apogeum przypadło na singiel „Renata”. Całość występu Holdena sprawiła wrażenie trochę zbyt jednostajnego, a saksofon sprawdziłby się lepiej jako sporadyczny dodatek lub też element finału niżeli stały składnik tego show, ale było to z pewnością jedno z jaśniejszych wydarzeń festiwalu.


James Holden (live at OFF Festival 2014)

SOBOTA, 02.08.14

Drugi dzień w Dolinie Trzech Stawów rozpoczęło na głównej scenie sosnowieckie trio Neon Romance, któremu nie można odmówić pełnej spójności stylistycznej, w muzyce, wokalu i powierzchowności. Dwóch klawiszowco-laptopowców i charakterystyczna liderka Marika Tomczyk przyjemnie przeniosło słuchaczy w electro dekadę lat 80. Pół godziny później występ na Scenie Leśnej rozpoczął Jacek Lachowicz ze swoim bezpretensjonalnym projektem L.A.S. Śpiewane przez niego piosenki z elektroniczno-analogowym sznytem wspaniale sprawdziły się zarówno do delikatnego potańczenia jak i trawnikowego chillowania w pełnym słońcu. W takim samym upalnym anturażu zaprezentowali się muzycy Pictorial Candy. Frontmanka Candelaria Saenz Valiente przygrywała na gitarze śpiewając jednocześnie materiał z niezwykle oryginalnego, w dużej mierze psychodeliczno-absurdalnego i niezbyt łatwego jak na electro-popowy rodowód zestawu dwóch płyt (płynów?). Plażowo prezentujący się Marcin Masecki tym razem towarzyszył swej partnerce w roli basisty używając do grania mini-keytara, poza nim zespół tworzyły jeszcze dwie młode dziewczyny (odpowiednio klawisz oraz chórki/flet poprzeczny) oraz bębniarz. Jak zauważyła sama liderka tej niecodziennej kapeli, ich numery są ciut za wolne i oniryczne jak na taką pogodową gorączkę, abstrahując jednak od tego występy takich osobowości jak Masecki czy Valiente zawsze są godne uwagi.

Ci, którzy opuścili Scenę MBanku mieli niecodzienną okazję posłuchać na żywo utworów z pięknej „Małej Płyty” projektu Jerz Igor. Rogiewicz/Nikiforow zaprosili na OFF-a pełny, mocno rozbudowany skład z wokalistkami, dęciakami i smyczkami. Muzyka „dla dzieci” porwała przede wszystkim licznie zgromadzonych dorosłych, którzy wspólnie wysłuchali koncertu siedząc przed sceną – samo to jest już pewnym wyłomem w stosunku do reszty koncertów. Projekt pewnie za często nie będzie występował, więc tym bardziej warto się wybrać jeśli pojawi się na horyzoncie. Na głównej scenie solidny, choć trochę jednak przewidywalny koncert dał łódzki raper Zeus, ale przedtem Scenę Leśną totalnie „pozamiatała” Xenia Rubinos. Ta piękna rezydentka Nowego Jorku pokazała co to znaczy dawać z siebie 100%, nawet gdy z nieba leje się żar. Portorykanka z pochodzenia wraz z towarzyszącym jej perkusistą Marco Buccellim zagrali różnorodne gatunkowo utwory z debiutanckiego krążka „Magic Trix”. Szalenie oryginalne połączenia: hiszpańskiego z angielskim w tekstach, zaloopowanych wokali z arytmicznym metrum, tańca na bosaka z czarną wieczorową suknią, punka z hip-hopem, funka z jazzową balladą, a wszystko to przy pomocy skromnego zestawu perkusyjnego i Nord Stage’a. Mam nadzieję, że to nie ostatnia wizyta tej pary w naszym kraju.


Xenia Rubinos (live at Off Festival 2014)

Przez cały drugi dzień festiwalu na Scenie Eksperymentalnej występowały kapele mniej lub bardziej związane z muzyką ludową/folkową rozumianą oczywiście w sposób nietradycyjny, co miało być połączone z obchodzonym właśnie rokiem Oscara Kolberga. Dotarłem na tę scenę gdy swój koncert rozpoczynał kijowski kwartet DakhaBrakha, myślę, że jednoznacznie można orzec, że nie było osoby która pożałowałaby przybycia na ich występ. Kolorowo ubrany lider Vladislav Troitskyi oraz kobiety w wysokich czarnych czapach i śnieżnobiałych sukniach musiały być na granicy omdlenia z tytułu duszności zadaszonej sceny, ale muzyka jaką kreowali za pomocą głównie perkusyjnych instrumentów powodowała, że nie miało to żadnego znaczenia. Spora publiczność dała się od pierwszych dźwięków uwieść lirycznie ludowym i niezwykle energetycznym przekazom Ukraińców dodając im sił do dalszych popisów.

Muzycy projektu Doroty Masłowskiej nie kryli zaś zdumienia kiedy przez cały ich koncert namiot był naszpikowany ludźmi (alternatywą czasową dla tego koncertu było głośne Deafhaeven), którzy dodatkowo wspólnie śpiewali teksty „Chleba”, „Hajsu” „Kingi” czy „Chrzcin”. Mister D nie byli perfekcyjnie przygotowanie do tego wykonu, co dało się odczuć podczas spontanicznego odtworzenia „Scyzoryka” Liroy’a (laureatka NIKE może nie umie śpiewać, ale naprawdę nieźle rymuje) czy „Bez matki” 19 Wiosen. Pewne niedociągnięcia tym razem jednak udało się przekuć na korzyść dość punkowo-surowego występu, który poprzez swoje nieokrzesanie zostanie z pewnością zapamiętany przez tegorocznych festiwalowiczów. Cały zresztą projekt trzeba traktować z pewną dozą dystansu i bardziej w kategoriach happeningu niż klasycznej kapeli, pomimo że za sterami samplerów/klawiatur sterujących stoją doświadczeni Wandachowicz/Zabrodzki.


Chelsea Wolfe (live at Off Festival 2014)

Fani zwiewnych kobiecych ballad mogli zacierać ręce na wieść o pojawieniu się w Katowicach Chelsea Wolfe, która nie dotarła nad Trzy Stawy rok temu. Trzeba przyznać, że artystka totalnie zaczarowała leśną część festiwalu, a bardzo licznie zgromadzeni widzowie stali jak zahipnotyzowani przez całe show zgotowane przez kalifornijską songwriterkę. Mroczne piosenki z przepięknymi, zimnymi melodiami w otulinie z surowych parabluesowych riffów gitary, szczypty klawiszowej elektroniki i dronowych skrzypiec. Tak, to mogłaby być następczyni PJ Harvey…Nie zawiódł jeden z headlinerów soboty, zespół The Notwist grając bardzo równy i dopracowany koncert, zabrzmiał bardziej rockowo/postrockowo, niż elektronicznie. Mi w uchu utkwiły najbardziej refreny z „Run, Run, Run” i „Pick Up The Phone”, które genialnie zaśpiewał tego wieczora Markus Acher. Wspaniale spisywał się też bębniarz Andi Haberl czy wibrafonista używający niekiedy smyczka!


The Notwist (live @ OFF Festival 2014)

Języczkiem u wagi drugiego dnia OFF-a był pierwszy solowy występ Mikołaja „Noona” Bugajaka, który był chyba największą niespodzianką tegorocznej edycji. Nikt nie wiedział czego się spodziewać. Zaczynając swój koncert od instrumentalnej wersji „W Branży” wywołał salwy owacji, ale Ci którzy liczyli na więcej jego hip-hopowych produkcji tego wieczoru, mogli się tylko zawieść. Noon zaprezentował materiał z wszystkich 4 epek (z przewagą „Gier Studyjnych” i „Pewnych Sekwencji”) jakie dotychczas wydał wspierając się perkusistą łódzkiego Psychocukru, który podbijał kolejne samplowane bity. Utwory w większości były przearanżowane, a podczas „So/Raw” na scenę wtargnął intruz, który miał nawet możliwość chwilę potańczyć zanim usunięto go z festiwalu. Warszawski producent zaprezentował się bardzo dobrze i wiemy już, że rozważa wyruszenie z koncertami w Polskę, być może na początku 2015, kiedy to ukaże się jego nowy materiał. Poza tym jeszcze w tym roku ujrzy światło dzienne wspólna płyta nagrywana z Hattim Vattim, co zapowiedział Noon tuż po zakończeniu swego występu.


Noon (live at Off Festival 2014)

Dość rasową i prowadzoną w koleinach najnowszych trendów imprezę poprowadził Le1f, czyli dynamiczny raper o homoseksualnej orientacji. Praktycznie przez całą swoją prezentacją muzyczną nowojorski hip-hopowiec kusił publiczność ponętnymi ruchami będąc przy tym prawdziwym wulkanem energii. Niegłupie zdaje się w jego przypadku porównanie do Azealii Banks… Zeszłoroczny nabytek angielskiej oficyny Young Turks, czyli Pional zaprezentował bardzo przyswajalny i przyjemnie taneczny house okraszany całkiem przyzwoitym wokalem samego Hiszpana. Ta noc należała jednak do wytwórni L.I.E.S. ,która miała na festiwalu swój showcase, a konkretniej do jej założyciela Rona Morrelliego. Dj nie brał żadnych jeńców traktując sporą jeszcze liczbę słuchaczy mocnym techno, co w takim stopniu chyba nie miało jeszcze miejsca na OFF-ie. Na sam finał drugiego dnia festiwalu ostatni wytrwalcy szykowali ostateczne dżule na podrygi pod dyktando perkusyjnego kolektywu Jeri Jeri, który słynie z eksplodującego witalizmu plemiennych transowości. Afrykańscy muzycy zgubili chyba jednak poczucie czasu i wyprowadzając akustyków z równowagi przeciągali rozpoczęcie swego występu. Po prawie półgodzinnym poślizgu kawalkada rytmów wreszcie wystartowała, a ja musiałem udać się na pociąg…, niestety z powodów osobistych nie dane mi było być na całym festiwalu i po zakończeniu 2 dnia musiałem opuścić Dolinę Trzech Stawów (wielki żal mi Fuck Buttons czy Nisennenmondai).

Organizacja przestrzenna (rozmieszczenie scen i gastronomii), sensowna alternatywność propozycji w line-upie (co godzinę startują 2 z 4 scen), coraz lepsza akustyka (jedynie Scena Trójki miewała gorsze momenty w tym aspekcie), punktualność rozpoczynania koncertów, popularność prowadzonej przez duet Varga/Nogaś Kawiarni Literackiej, a także wprowadzanie nowości w postaci chillout roomu pod auspicjami Requiem Records czy mini-namiotu z muzyką klubową (m. in. Horse Meat Disco) powodują, że OFF po 9 latach istnienia to festiwal doświadczony, ale ciągle rozwijający się i nadal dość kameralny, co chyba najbardziej podoba się uczestnikom, zwłaszcza tym wiernym (jak, np. lider Kaseciarza). OFF Festiwal to impreza nader eklektyczna gatunkowo i po raz kolejny udowadnia, że nad Wisłą jest spora rzesza słuchaczy, którzy nie kierują się w muzyce zasadą gatunkowości, za czym oczywiście idzie otwartość na nieznane. Myślę, że masa uczestników katowickiej imprezy nie kojarzy za bardzo wszystkich artystów z szerokiego, bo przecież około stupunktowego line-upu, ale przyjeżdżają tu po to, by zderzyć się z nowościami i potem, po festiwalowej selekcji optować z polubionymi odkryciami w ciągu roku.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 2

  1. pm

    „Języczkiem uwagi”??? Litości…