MONOH – MONOH
Łukasz Komła:

W oparach myśli.

ISAN – Lamenting Machine
Paweł Gzyl:

Najbardziej wyciszona płyta angielskiego projektu.

Stephen Mallinder – Um Dada
Paweł Gzyl:

Efektowny powrót weterana.

Piernikowski – The best of moje getto
Jarek Szczęsny:

Ile w tobie jest z białasa. (Tekst zawiera przekleństwa)

Pyur – Oratorio For The Underworld
Paweł Gzyl:

Wędrówka do krainy między życiem a śmiercią.

Kim Gordon – No Home Record
Jarek Szczęsny:

Zaskoczenie? Niekoniecznie.

Boreal Massif – We All Have Impact (Even Hippies Do)
Paweł Gzyl:

Trip-hop is not dead (yet).

Electric Sewer Age – Contemplating Nothingness
Maciej Kaczmarski:

Kopia mistrza.

Emptyset – Blossoms
Paweł Gzyl:

Producenci z Bristolu wkraczają na nowe terytoria.

Nagrobki – Pod Ziemią
Jarek Szczęsny:

Poważni jak śmierć.

LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.



Mbongwana Star – From Kinshasa

Kinszasa to wylęgarnia niezwykłych talentów!

Był czas, kiedy Kinszasa jawiła się jako jedno z najbardziej zaludnionych miast Afryki i była wręcz poza konkurencją, jeśli chodzi o muzykę. Cały kontynent tańczył przy nagraniach artystów z tego miasta (rumba, soukous). Ale wojny, chaos i korupcja mocno zachwiały pozycją Kinszasy, a to doprowadziło do spadku populacji. Francuzi mają dowcipne określenie na tą niemiłą sytuację, mówiąc: „Système D”. Całe szczęście, Kinszasa podniosła się z tego kryzysu i nie popadła w uzależnienie. W ludziach zamieszkujących Afrykę – i nie tylko w Kongu – istnieje jakaś niepowtarzalna wewnętrzna siła, konieczność, pomysłowość i wrodzone poczucie stylu. To wszystko składa się w jedną całość i pozwala im przetrwać bardzo trudne chwile w swoim życiu, a przy tym tworzyć niebywałą muzykę (Kasai Allstars, Konono N°1). Teraz mamy nowy zespół Mbongwana Star.

Million (2 sur 1)_credit_Florent de La Tullayefot. Florent de La Tullaye

Historia tej formacji powstała na gruzach innej grupy z Konga, czyli zespołu Staff Benda Bilili założonego piętnaście lat temu przez Yakala „Coco” Ngambaliego i Nsituvuidiego „Theo” Nzonza. Wydali dwa albumy, odnieśli spory sukces, odbyli wiele koncertów na całym świecie, a także zagrali główne role w filmie, pt. „Benda Bilili”. W 2013 roku grupa rozpadła się, a jej członkowie powołali do życia projekt Mbongwana Star. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gdyż w Afryce zespoły są poddawane recyklingowi wraz ze wszystkim innym; instrumenty muzyczne, moda, sztuka, muzyka… Coco i Theo znaleźli nowych współpracowników i zaczęli komponować zupełnie inną muzykę (odeszli od funku, rumby).

Na swojej drodze spotkali Liama Farrella, znanego jako Doctor L, instrumentalistę i producenta wychowanego na paryskim hip-hopie oraz electro. To on produkował album „Black Voices” Tony’ego Allena. Artyści niemal od razu zaczęli razem eksperymentować. – Czasami mam zbyt dużo włączony naraz mikrofonów, przez co nagrywają się różne dźwięki, a tuż obok np. stoją trzy telewizory. Zniekształcenia mnożą energię. Uwielbiam to! – wspomina Farrel. I dalej – Kinszasa przypomina mi Nowy Jork z 1980 roku…, czyli miejsce, gdzie można było mieć punkowy zespół, zespół gejów i nowofalowy band. Tak! K**wa! Nie mówimy o Afryce czy o wózkach inwalidzkich, rozmawiamy o facetach, którzy robią muzykę! Farrell miał tu na myśli dwóch członków Mbongwana Star poruszających się na wózkach.

Materiał z płyty „From Kinshasa” Farrell doszlifował już w paryskim studiu, sam też gra na basie. Obok niego mamy: Coco i Theo – głównych wokalistów, gitarzystę Jeana-Claude’a Kamina Mulodiego aka „R9” (nazwany tak, że był dziewiątym dzieckiem w rodzinie), młodego perkusistę Makana Kalambayiego aka „Randy” oraz Coco Sage’a na wokalu i klawiszach.

Album „From Kinshasa” nie jest tylko fuzją (to słowo, słusznie przekreślił jeden z recenzentów na łamach „The Guardian”), bowiem to, co prezentuje Mbongwana Star jest tak oryginalne i kreatywne, że grzechem byłoby zamknąć ich twórczość w jednym słowie – „fuzja”. „From Kinshasa” przypomina raczej nawiedzenie Konga przez kosmitów. Kto wie, może gdzieś tam we wszechświecie Sun Ra podpowiada im, gdzie mają się wybrać.

Mbongwana Star zostali namaszczeni potężną mocą i właśnie z taką siłą łączą w swojej twórczości kongijskie rytmy, post-punka, elektronikę, jazz, afrobeat oraz electro („Kala”), a do tego swoisty minimalizm, surowość, trans i tropikalna energia. W fantastycznym nagraniu „Malukayi” gościnnie pojawili się członkowie Konono N°1. Klip promujący ten utwór został wyświetlony na ogromnym ekranie, ustawionym przez ich managera Michela Wintera, w centrum Kinszasy. A odpowiedź widzów była jednomyślna: „To jest to! To jest nasze!”.

Na koniec pozwolę sobie zacytować wydawców longplaya „From Kinshasa”, ponieważ ich słowa oddają wyśmienicie charakter tego wydawnictwa: „Système D przechodzi w system K, rewolucję, której nie zobaczysz w telewizji, a przynajmniej w najbliższym czasie. Ale nie bądź głupi i nie przegap tego!”. Dodam, kierując się polską myślą autorstwa Lado ABC: „nie bądź łabądź i płytę nabądź”.

18.05.2015 | World Circuit Records

 

Strona Mbongwana Star »Profil na Facebooku »Strona World Circuit Records »Profil na Facebooku »

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.