Piotr Bejnar – Album
Jarek Szczęsny:

W górę usta śmiech wygina, gdy słowa czyta Pani Krystyna.

T. Raumschmiere – Heimat
Paweł Gzyl:

Berliński freak wraca do swych korzeni.

A_GIM – Votulia
Jarek Szczęsny:

Agim Dżeljilji poszedł na solo.

Maelstrom – Her Empty Eyes
Paweł Gzyl:

Soundtrack stworzony pod wpływem autohipnozy.

Nuage – Wild
Krystian Zakrzewski:

Cztery pory roku Rosjanina.

Nagrobki – Granit
Jarek Szczęsny:

Adam i Maciek w grobowcach świata.

Wiry – 2017
Jarek Szczęsny:

Broniewski z elektroniką i punkiem spotyka się na jednej płycie.

Thurston Moore – Rock N Roll Consciousness
Jarek Szczęsny:

Album Thurstona jest bezpieczny jak noszenie bielizny.

Möd3rn – Trois
Paweł Gzyl:

Trzej kilerzy znad Sekwany.

Forest Swords – Compassion
Mateusz Piżyński:

Londyńska Ninja Tune serwuje po raz kolejny wyrafinowane dzieło, tym razem autorstwa Matthew Barnesa, tworzącego jako Forest Swords.

Loess – Pocosin
Maciej Kaczmarski:

Opowieści z mchu i paproci.

Juana Molina – Halo
Łukasz Komła:

Juana Molina to dobra czarownica.

Sciahri – Devotion
Paweł Gzyl:

Trzy kolory tego samego gatunku.

Kucharczyk / Gazawat / Czarny Latawiec – Chocolats Belges
Jarek Szczęsny:

W trakcie słuchania chodziło za mną, jak cień, określenie „oczywistość”.

Kartka z pamiętniczka

Nie wiem, czy dalej z przyjemnością czytacie o techno, ale moja spowiedź też musiała w końcu nastąpić. Trochę powspominam, może was parę razy zażenuję i sprzedam parę truizmów, ale od kilku miesięcy czuję palącą potrzebę wyrzygania tego tekstu.

Bawi mnie to po dziś dzień, ale tak naprawdę zaczynałam w moim rodzinnym mieście – Opolu – wyskakiwałam wtedy z okna w parterowej kamienicy przy Grunwaldzkiej i gnałam do Highlandera, na Piąte Piętro albo do Palace. Nie patrzyłam na to, jak zorganizowany jest klub, piłam piwo i paliłam papierosy na parkiecie i nie rozróżniałam disco od electro, bo to nie miało dla mnie kompletnie żadnego znaczenia. Wiedziałam za to, że imponują mi ci wszyscy koledzy, układający sety, przy których nie mogę się zatrzymać. A w Opolu było ich paru – przy miksach Sloza, Murzyna i Dejwa, stawiałam swoje pierwsze parkietowe kroczki i może nieco idealizuję tę sytuację ze swojej bieżącej perspektywy, ale oni na pewno nauczyli mnie, jak się podaje EDM, żeby zupełnie wyplenić z siebie potrzebę dzielenia jej na gatunki. Jestem przekonana, że gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że bawię się do techno, to puknęłabym się w czoło z niedowierzaniem i nie chciałoby mi się gadać z takim przemądrzałym człowiekiem, który śmie kategoryzować proste i miłe rzeczy.

Pewnego dnia wpadł do mnie kumpel i przerzucił mi muzykę ze swojego komputera – pierwszy raz usłyszałam wtedy Justice, Fisherspooner czy Roisin Murphy i powoli zaczęłam gromadzić muzykę na własny użytek, scrobblować i przyglądać się baczniej festiwalowym line-upom. Przeglądałam tagi z nazwami stylów i gatunków, a następnie skojarzałam z twórczością danego producenta, dużo czytałam i oglądałam zdjęć idoli. Po swoim drugim Selectorze pojechałam na Taurona, przed którym uważnie przyjrzałam się wydawnictwom chyba każdego występującego tam artysty. Szybko połapałam, że techno to „bum bum bum”, a house to „bum szy bum szy” – ostatecznie zaczęłam śmielej i szerzej dyskutować takie kwestie.

Muzyka miała dla mnie od zawsze niebagatelną rolę w życiu, więc pewnego dnia, samo chodzenie na imprezy przestało mi wystarczać. Wyfrunęłam z rodzinnego gniazdka i wylądowałam na studiach we Wrocławiu. Pamiętam dokładnie moment, w którym zapragnęłam dzielić się swoimi doświadczeniami na łamach nowamuzyka.pl – to był okres, w którym na klubowych parkietach rozpasał się minimal, a ja miałam ochotę na kolejną imprezę typu rooftop z Marcinem Czubalą i Catz’n’Dogz. Dostałam passy do swojego konta, poszłam na imprezę, zrelacjonowałam ją zgodnie z umową i zaczęłam powoli, konsekwentnie wsiąkać w to, jeszcze wtedy raczej hermetyczne, środowisko. Das Lokal przy Odrzańskiej, którego byłam stałą bywalczynią, zlokalizowany, jak peron numer dziewięć i trzy czwarte, odwiedzało naprawdę wąskie grono zajawkowiczów, którzy do białego rana, zdzierali podeszwy przy hitach z Viadrina Shining EP. Na cześć starego Dasa powstają zresztą osobne teksty (a może bardziej peany) – nic dziwnego, rola tego klubu w podnoszeniu klubowej świadomości wrocławskiej publiki, jest nie do przecenienia.

Pierwsza impreza, na której poczułam, że romans z techno będzie namiętny – pamiętne Vinyl Only w krakowskiej Pauzie, gdzie od swojego ówczesnego mentora Diabota usłyszałam, prócz wybitnego seta, nazwiska: Liebing, Klock i Dettmann. Krakowskiemu rozdziałowi też mogłabym poświęcić parę linijek – Pauza, Rdza i Caryca – mefedronowe królestwa, spowite papierosowym dymem i dudniące od repetytywnych bitów – czułam się tam doskonale, nogi latały mi same wszędzie tam, gdzie docierała do mnie muzyka. Jeszcze wtedy wydawało mi się, że didżej jest gwiazdą, jego decki mają stać na podeście, a jego dziewczyna jest zawsze najszczęśliwszą panną w całym klubie. Didżej jest prawdziwym wirtuozem, ale tylko, jeśli gra z winyli, albo z tajemniczych, hardware’owych maszynek o równie nieodgadnionym przeznaczeniu. Czy w ogóle wypada mi do niego podejść, żeby zapytać o track ID…? Przekonałam się, jak bardzo byłam w błędzie w kwestii roli didżeja, kiedy pierwszy raz odwiedziłam mityczne Berghain, ale nie będę tego tutaj opisywać, bo już dawno odarto to miejsce z wszelkiej tajemniczości i pewnie wszyscy mają wyrobione własne zdanie na ten temat.

Zaczęłam poznawać różnych ludzi po obu stronach didżejki, których słuchałam z zapartym tchem, bo ich barwne opowieści o Kantach, Love Parade czy Mayday, nie miały sobie równych. Razem z nimi bolałam nad minionymi latami świetności techno, laptopowymi didżejami i zanikaniem „prawdziwej” sztuki didżeingu. Uważałam się za truskula z prawdziwego zdarzenia – gardziłam młodymi, którzy próbowali iść na łatwiznę, tymi którzy układali miksy w Abletonie i takimi, którzy jadą na imprezę nieraz szmat drogi, wyłącznie po to, żeby się naćpać do „fajnej jebaninki”. Subkultura, z którą bardzo długo się identyfikowałam, zmieniała się na moich oczach. Obserwowałam, jak tworzą się kolektywy, jak ludzie zaczynają szastać terminem „techno”, żeby w ostateczności przemielić go w naspeedowanych gębach i wypluć jego karykaturę.

Kiedy rozpoczęła się memifikacja internetu, mignął mi w sieci śmieszny obrazek, po zobaczeniu którego, poważnie zaczęłam się zastanawiać, czy Ben Klock naprawdę jest super. Ale jak to? Ben Klock? Kto śmiał tak mu nawrzucać? Człowiek, dzięki któremu scena spotężniała i wydała na świat kolejne pokolenia jego naśladowców? Czy to naprawdę ten sam człowiek, co na pic related?

„Winyl czy didżital?” – to pytanie w 2k17 nie może być bardziej cheesy – teraz liczy się to, że się wyróżniasz swoim wyglądem i niekonwencjonalnym podejściem do muzyki, ale także, a może przede wszystkim, twoim sposobem miksowania. Bo w sumie po co miksować, skoro można po prostu odtwarzać utwory po kolei? Coraz mniej osób się o to obraża i wcale mnie to nie zaskakuje.

To słynne Berghain. Ale jakie znowu Berghain? Teraz stery przejmuje Berghajm – ten funpag na fejsbuku, na którym ludzie śmieją się z selekcjonerów na bramce, z outfitów klubowiczów, z długiej kolejki do drzwi, z didżejów, którzy to wszystko w pocie czoła budowali i nie raz poświęcili temu całe swoje życie. Trochę mnie to piekło na samym początku, ale z czasem sama zaczęłam się śmiać z Klocka, z Berghain, z „ładni ludzie ubierają się na czarno” i z #allblackeverything.

W tym okresie, w którym scena więdła w oczach, organizowano masę paneli dyskusyjnych, publikowano dziesiątki tekstów, analiz i podejmowano wiele prób podreperowania tego, co jeszcze z techno zostało. Czy to się komuś przydało? Nie jestem pewna, czy umiem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo pewnie każdy tłumaczył to sobie inaczej – właściciel klubu brakiem hajsu, promotor brakiem wsparcia finansowego ze strony właściciela, a didżej? Didżej przecież nie utrzymuje się z grania, to tylko sposób na dorobienie marnych groszy.

Myślę, że od siebie mogę dodać jedynie, że nabrałam dystansu do tej sytuacji i przez to wypadłam na chwilę z obiegu. Czy jestem z siebie zadowolona? Niespecjalnie. Z perspektywy czasu wiem, że moja konformistyczna postawa, względem pewnych przemijających trendów, na chwilę wykluczyła mnie ze środowiska – przestałam śledzić na bieżąco katalogi wytwórni, materiały przedpremierowe smętnie wisiały na mojej skrzynce mailowej, bo nawet nie chciało mi się ich odtwarzać. Z drugiej strony wiedziałam też, że ta garstka ludzi, którzy mnie w to wpakowali bez zająknięcia robiła swoje i niestrudzenie, mimo licznych niepowodzeń, dalej organizowała imprezy, jeździła na nie i trąbiła o tym wszem i wobec, mimo powszechnego dissu i rzekomej „śmierci” techno. Nie chcę pointować tego wywodu w banalny sposób, ale już to chyba zrobiłam, więc po prostu tutaj to utnę swoim głupiutkim postulatem – stay true, kochani 😉

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 6

  1. rychu_m

    Jak Wrocław i techno to najciekawiej (dla mnie) działo się w drodze do mekki i w wagon club. Oba lokale już niestety nie istnieją…

    Jeszcze kiedyś grał Juan Atkins i Carl Craig na zalanym potężną ulewą lotnisku Szymanów pod Wrocławiem, to było niezłe doświadczenie.

  2. wojtuś

    Czlowiek sie starzeje i docenia lata swietnosci muzyki techno.
    Wszystko przemija…

  3. teh

    Nie bardzo rozumiem odnosienie do Klocka. Ostatnio gra lepiej, niż 2-3 lata temu kiedy grał nudno. Jest jednym ze znanych, ktorz jeszcze zagraja na przyzwoitym poziomie.
    Apropo sceny. W Polsce mnostwo mlodych ludzi odkrylo techno przez znane juz stwierdzenie ,,pozdro techno”

    • BEMBEN

      Chodzi pewnie o to że Klock już nie jest taki dobry w te hocki-klocki i zamiast dobrze układać klocki raczej je stawia jeśli wiesz o co mi chodzi:D

  4. Bv

    Ciekawe i szczere. Bardzo duzo elektroniki prosto z serca jest zaciemnione i odgrzebnie tego wymaga duzego wysilku.

  5. Jędrek

    Dobra kartka. Teraz czas zrobić pranie , strzelić piwo i szykować się na piątek … może uda się wystkoczyć na tańce albo do sklepu płytowego 🙂