Sstrom – Drenched 1 – 12
Paweł Gzyl:

Surowe techno z uszkodzonego komputera.

Mirt – Greed
Jarek Szczęsny:

Wątłe struktury.

Various Artists – 10 Years of Monkeytown
Paweł Gzyl:

Spojrzenie wstecz.

EABS – Slavic Spirits
Jarek Szczęsny:

Jazz w bardo.

Bartosz Kruczyński – Baltic Beat II
Jarek Szczęsny:

Nie chciałbym przesłodzić.

Resina – Traces (Remixes)
Mateusz Piżyński:

Najnowsze wydawnictwo naszej rodzimej, bardzo utalentowanej, artystki, Karoliny Rec (aka Resina) to zestaw 5 utworów, gdzie cztery to genialne reinterpretacje, za którymi stoją Abul Mogard, Lotic, Ben Frost i William Criag.

Różni artyści – Portrety
Jarek Szczęsny:

Sami perkusiści.

Tracey – Biostar
Paweł Gzyl:

Pastelowe electro wyjęte z klubowego kontekstu.

Laurence Pike – Holy Spring
Jarek Szczęsny:

Łyżeczką, a nie chochlą.

Altstadt Echo – This Work Contains Lead
Paweł Gzyl:

Rozdarcie między światem ducha i materii.

Luis Vicente & Vasco Trilla – A Brighter Side of Darkness
Łukasz Komła:

Rogate flow sięgające głębin.

Matias Aguyao – Support Alien Invasion
Paweł Gzyl:

Najbardziej wymagający album chilijskiego producenta.

Coil – Live Five
Maciej Kaczmarski:

Niewyrażalna intymność.

Vin Sol – Planet Trash
Paweł Gzyl:

Od house’u do ambientu.



Godspeed You! Black Emperor – Luciferian Towers

Szatańskie partytury.

Nie można przejść obojętnie obok twórczości zespołu Godspeed You! Black Emperor, którego nazwę będę skracał do określenia GY!BE. Do Kanadyjczyków została przyklejona łatka grupy post-rockowej, co nie do końca wypełnia szczelnie ich rozpiętość stylistyczną. Początki działalności sięgają 1994 roku. W międzyczasie zespół postanowił zrobić sobie przerwę muzyczną na prawie dziesięć lat, co w tym biznesie można by uznać za działanie samobójcze. Ich twórczość jest nie do przecenienia, jak dla mnie. Umiłowanie do długich form, naszpikowanych posępnym klimatem i niosącym w sobie obraz świata wypełnionego niepokojem i groźbą wojny. Umiejętnie zaciągnęli do współdziałania ze sobą muzykę rockową, drony i muzykę klasyczną osiągając przy tym oryginalne brzmienie. Wejście do ich świata nie należy do najprzyjemniejszych uczuć, ale jak już się tam zadomowimy to czeka nas wiele dobrego. Pieczołowitość w przygotowaniu kompozycji to jedna z głównych zalet GY!BE. Nie inaczej jest na najnowszym krążku.

„Luciferian Towers” przynosi korektę stylistyczną. Zespół łagodzi swoje brzmienie bez utraty intensywności. To co najbardziej mi pasuje czyli złożona struktura dźwięku, pozostaje na swoim miejscu. Intrygująca sprawa z tym tytułem. Zespół podsuwa jedynie tropy interpretacyjne. Ja dostrzegam tu sytuację, gdzie owe wieże są zamieszkałe przez Lucyfera, a on spokojnie przygląda się nieuniknionej apokalipsie, która dosięgnąć ma ludzkość. Zaprezentowana tu dystopia wywodzi się z krytycznego oglądu rzeczywistości oraz wniosków, które autorom się z tego stanu rzeczy nasuwają. Dla niewtajemniczonych dodam, że zespół pisze utwory bez słów. Te znajdziemy w różnej maści notatkach, tekstach we wkładkach do płyt czy wywiadach z członkami grupy. W przypadku tego wydawnictwa, do każdego utworu zostały dopisane luźne (a może ścisłe?) opisy znaczeń. Coś jak uwagi do scenariusza. Daje to jakiś pogląd o zamiarze twórczym, ale i bez tego można sobie poradzić. Muzyka tu zawarta nie sprawi, że świat stanie się przyjaznym miejscem, a my radością będziemy tryskać na lewo i prawo. Choć faktycznie jest tu więcej lekkości i swawoli, niż dotychczas. Inna sprawa, że GY!BE zawęzili nieco swoje kompozycje używając do tego ram muzyki klasycznej.

Waham się czy opierać opis „Luciferian Towers” na bazie struktur literackich (dramat antyczny) czy skierować się raczej ku terminologii z muzyki klasycznej. Chyba będzie trzeba to wszystko zmieszać. „Undoing A Luciferian Towers” sprawia wrażenie uwertury. Mógłbym się pokusić nawet o porównanie z uwerturą francuską, gdzie część adagio została zastąpiona przez grave. Owszem przekopałem się przez wiedzę teoretyczną z zakresu muzyki klasycznej, celem rozszyfrowania nowej płyty Kanadyjczyków. Za wszystkie błędy i niedorzeczności z tym związane, odpowiedzialność ponoszę wyłącznie ja. Najbardziej zastanawiała mnie część allegro, która w przypadku tego utworu przyniosła dźwięki rodem z westernu. Te „marmurowe obeliski”, jak określa je zespół, mają zniknąć z powierzchni ziemi, a wiatr przelatywać będzie przez dziury po oknach. Można sobie dopisać, że tytułowa zguba ma dosięgnąć budowli z betonu i stali, będącymi siedzibami banków, korporacji, w których zasiada sami wiecie kto. Dodatkowo rozedrgane partie skrzypiec i nieco marszowy ton sprawiają wrażenie triumfalnego pochodu Czterech Jeźdźców Apokalipsy.

Jawnie antykapitalistyczny jest trzyczęściowy „Bosses Hang!”. Z dołączonego opisu wynika, że jest to utwór wymierzony we wszelkiej maści ciemiężców, którzy sprawiają, że nasze życie jest niepewne. Ton oskarżycielski ma się przerodzić w egzekucję przez powieszenie. Zgodnie z prawidłami symfonii to część wolna. Zaczyna się bardzo spokojnie, niemal przyjaźnie. Część pierwsza to jeden z najwspanialszych momentów na tej płycie. Druga natomiast niesie ukojenie za pomocą partii skrzypiec, przypominających ludzki śpiew. Trzecia zawiera euforyczne riffy gitarowe, co prowadzi do konkluzji, że życie bez wyzysku prowadzić może do szczęścia. Ten utwór, jak również kończący „Anthem for No State”, został podzielony na trzy części. Oba sprawiają wrażenie dwóch, trzyczęściowych aktów dramatu scenicznego. Ich konstrukcje też na to by wskazywały.

Przy określeniu pomostu między dwoma aktami tego dramatu, jakim jest utwór „Fam / Famine”, znów muszę użyć terminu nie z tej epoki – intermezzo. Tak właśnie pojmuję istotę tego utworu, gdyż jest on nieco inny od tego, co znajduje się na płycie. Rozciągnięte partie dęciaków, rozwibrowany dźwięk oraz erupcja emocji. Apokalipsa w rozkwicie. Utwór trzymany w ryzach jedynie przez partie smyków, które brzmią tu raczej jak podczas pogrzebu albo w momencie kiedy świat stoi w płomieniach. Tu następuje kulminacja płyty. Instrumenty dętę potęgują chaos i robią dużo hałasu. Ludzkość nękana głodem, atak dronów czy płonący wieżowiec – ta muzyka mogłaby ilustrować każde z tych zdarzeń. Koniec przynosi bezpaństwowy hymn i powrót gitar. Ta bezpaństwowość zawarta w tytule stoi w sprzeczności do informacji o samym utworze, gdzie Kanada wskazana jest wprost. Tylko, że ta Kanada jest całkowicie wyeksploatowana ze swoich zasobów oraz ma wyniszczone środowisko naturalne. Do tego stopnia, że nie przejmuje się nią nawet ocean, który sam umiera. Sama kompozycja to trzyczęściowe crescendo, które brzmi niemal jak celebracja. Otóż właśnie ta podniosła, niemal radosna tonacja, nie daje mi spokoju. Ta powolnie wybijana perkusja, łagodne partie skrzypiec czy w części trzeciej pospieszny rytm. Bo w trakcie słuchania „Luciferian Towers” to trudne do odepchnięcia uczucie szczęścia, stoi w sprzeczności do treści utworów, a dokładnie intencji grupy. Tu na powrót wracam do tytułu albumu, bo wydaje mi się, że mamy do czynienia z perspektywą Lucyfera. To właśnie on tu cieszy się z końca. Godspeed You! Black Emperor nagrał płytę pełną i wielobarwną. Upakował swoje pomysły w złożone faktury muzyczne i zamknął je w ramach wyśmienitego albumu. Jednego z najlepszych, nie tylko w swojej karierze.

Constellation Records | 2017

Bandcamp

FB

Strona wydawcy

 

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze