Ben Lukas Boysen – Mirage
Jarek Szczęsny:

Pokaz iluzji.

Siema Ziemia – Siema Ziemia
Jarek Szczęsny:

Dodatkowe skurcze mięśni.

Fluxion – Perspectives
Paweł Gzyl:

Nostalgia po grecku.

Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.



Andrew Pekler + Mapstation – 14.12.2005, Łódź

Jeszcze w zeszłym roku narzekałem na to, że w Łodzi niewiele się dzieje, a tu proszę – ktoś wysłuchał moich (i pewnie nie tylko moich) próśb i 2005 rok był pod względem koncertowym wyjątkowo obfity. Baaba, Mordy, Mik Musik, Tworzywo Sztuczne, Pink Freud, Skalpel, Pop Pop Pop, Tarwater, Kammerflimmer Kollektief, Scorn, Matt Elliott / Manyfingers, dwudniowy Unsound on Tour i kończący tegoroczne atrakcje Andrew Pekler i Mapstation. Ufff!!! Całkiem zgrabna ta lista, zabrakło tylko Jamiego Lidella i Jagi Jazzist, choć ta druga raczej nie zmieściła by się na kameralnej scenie w Jazzdze ;).     Jeszcze w zeszłym roku narzekałem na to, że w Łodzi niewiele się dzieje, a tu proszę – ktoś wysłuchał moich (i pewnie nie tylko moich) próśb i 2005 rok był pod względem koncertowym wyjątkowo obfity. Baaba, Mordy, Mik Musik, Tworzywo Sztuczne, Pink Freud, Skalpel, Pop Pop Pop, Tarwater, Kammerflimmer Kollektief, Scorn, Matt Elliott / Manyfingers, dwudniowy Unsound on Tour i kończący tegoroczne atrakcje Andrew Pekler i Mapstation. Ufff!!! Całkiem zgrabna ta lista, zabrakło tylko Jamiego Lidella i Jagi Jazzist, choć ta druga raczej nie zmieściła by się na kameralnej scenie w Jazzdze ;).

    Takich problemów nie mieli na szczęście Stefan Schneider, na codzień filar To Rococo Rot, tu występujący ze swoim solowym projektem Mapstation, oraz Andrew Pekler, jeden z załogantów kultowej ~scape. Ich sprzęt ograniczał się do laptopów, mikserów i paru efektów czy syntezatora Novation Bass Station. Na tym ostatnim różne melodyjki podgrywał sobie Stefan i bardzo dobrze – w końcu muzyka elektroniczna to nie tylko laptop, interfejs audio, komutacja sygnałów i zabawa efektami.























Oczywiście nie było żadnych skomplikowanych partii, przeważnie kilka miękkich dźwięków o wybitnie analogowym charakterze, leniwie snujących się po głośnikach. Wystarczy przelecieć przez parę presetów w Bass Station żeby wiedzieć o co chodzi.

    Do tego bardzo spokojne beaty, nie przekraczające 100bpm, zabawa przestrzenią, ale też raczej nienachalna, coś gdzieś przepłynie, coś się oddali albo przybliży, bez gwałtowności i podskórnego niepokoju. Dostaliśmy też cytat z bibli w języku niemieckim, ale to były jedyne słowa jakie padły w czasie występu. W takich warunkach nie pozostało mi nic innego jak odciąć się od otoczenia i popłynąć razem z muzą. Jesienno-zimowa aura za oknami i moje ogólne samopoczucie spotęgowało ten efekt, tak więc mój zazwyczaj analityczny umysł i techniczny rozbiór na czynniki pierwsze, zupełnie nie zadziałały. Wiem tylko że podobało mi się i to bardzo. Czasami to musi wystarczyć ;).

    Po zakończeniu gry, Schneider zaprezentował swoje zabawki, tak jak pisałem wyżej, niewiele tego było, ale dla jednej osoby wystarczało w sam raz. Po kilku minutach na scenie pojawił się Andrew i jak można było się spodziewać, na sali zrobiło się dużo ciemniej, mroczniej i zimniej (może to te otwarte okno? 😉 ). Pekkler nie unikał zgrzytów, dysonansów i niepokojącego rozedrgania materii dźwiękowej. Na tle przytłumionych dźwięków i głębokich reverbów pojawiały się brudy i piski samooscylujących filtrów. Na myśl przychodziły mi faktury tworzone przez Murcofa, tyle że mniej „przebojowe” . Szkoda że moja znajomość prac Pekklera ograniczała się jedynie do „Station to Station” (ciekawe co na to David Bowie), miałbym przynajmniej jakieś odniesienie w postaci prac studyjnych i możliwość konfrontacji tego oblicza z tym, co się dzieje na scenie. Tak pozostawało mi tylko szukać porównań do innych clickowo-elektronicznych wykonawców. I np. takiego Jana Jelinka znalazłem w kawałku z ładnie zapętloną partią wibrafonową, która przywoływała klimat z „Loop finding jazz records”.

    Poza tym dużo było tego, co w takiej muzyce urzeka najbardziej. I tak szumy analogowe albo mile łechtały ucho albo, przy większym natężeniu, drażniły swoją intensywnościa, clicki powstające z nagłych cięć dźwięku wypełniały i aranżowały przestrzeń, a zimne, głębokie reverby i delaye pomagały w ustawianiu planów dźwiękowych.























Miałem tylko wrażenie że od czasu do czasu nawala prawa kolumna, bo obraz stereo dziwnie przesuwał się w lewą stronę i to nawet na kilka minut. Chyba że Pekkler, przy tych wszystkich manipulacjach w mikserze i efektach, niechcący potrącił gałkę odpowiedzialną za pozycjonowanie sumy miksu. Przy jego zaangażowaniu to całkiem możliwe.

    Występ Andrzeja trwał prawie półtorej godziny, i podobnie jak w przypadku Mapstation, nie było żadnych przerw między poszczególnymi utworami, wszystko zlało się w jedną, długą opowieść. I bardzo dobrze, konsekwentne budowanie klimatu w tego rodzaju muzyce to atut, który w dużej mierze decyduje o odbiorze i „wkręceniu się” w dźwięki. Mi w obu wypadkach się udało :). Dobrze że tego dnia ktoś miał urodziny i panowie, na wyraźną prośbę tego kogoś, zdecydowali się na bardzo spokojne i wolne sety. Nawet można wybaczyć im te kłamstewka, którymi tłumaczyli swoje dźwięki ;).

    Na koniec, pozostaje mi pogratulować Gustaffowi inicjatywy i konsekwencji w budowaniu swojej pozycji na rynku niezależnym i mieć nadzieję że przyszły rok będzie co najmniej tak dobry jak 2005. Już wiadomo że w styczniu do Polski przyjedzie Donna Regina a jako support wystąpi Jacaszek w duecie z Miłką – szykuje się kolejna porcja dobrych dźwięków na żywo. A w planach dużo, dużo więcej J. Oby tylko ludzie dopisali, przynajmniej tak jak na łódzkim występie Kammerflimmer.

    Muszę też pogratulować Jazzdze, bo dzięki nawiązaniu współpracy z Gustaffem, szeroko pojęte nowe dźwięki są teraz na wyciągnięcie ręki i entuzjaści takiej muzyki nie muszą się zastanawiać skąd wziąć pieniądze na bilet, pociąg i nocleg w Katowicach, Wrocławiu czy Krakowie. Oby tak dalej – czego życzę wszystkim zainteresowanym 🙂

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 10

  1. architexture

    ciekawie było… Pekkler jednak mi nie podszedł wydawał mi się przeinteletkualizowany jak psychodeliczno-narkotyczny nowo jorski rock z lat 70 ale szacunek dla niego za panowanie nad muzyką. natomiast Schneider mile mnie zaskoczył choć fałszował, może odsłych źle działał. Loopy miał pierwsza klasa. dobrze że są takie koncerty.

  2. yac

    tak gwoli uzupełnienia dyskografii … Pekler na długo przed współpracą ze ~scape nagrał 3 znakomite albumy pod aliasem Sad Rockets… polecam szczególnie plays wydany dawno temu w 97 ubiegłego wieku przez Source, który to album należy do mojego prywatnego kanonu najważniejszych albumów ever … jego końcówka zwyczajnie miażdży

  3. john mcenroe

    btw jak wyszło nagranie z koncertu?

  4. BRTK

    Tłumów nie było, ale żenady też nie. Jakieś 40 osób +/-

  5. john mcenroe

    tłumów nie było, ale z tego co zdążyłem zaobserwować, to w Łodzi na ogół większym powodzeniem cieszą się koncerty z udziałem żywych instrumentów (vide Kammerflimmer, Matt Elliott / Manyfingers, drugi dzień Unsound) niż te stricte elektroniczne.
    być może BRTK (jeśli dobrze identyfiikuję 😉 ) powie więcej na temat frekwencji

  6. nelson

    pekler to geniusz i zdolny chlopak. z plyty na plyte nieprawdopodobny rozwoj. az strach pomyslec w jakie rejony muzyczne zabrnie w przyszlosci 🙂
    Ja bylem na koncercie w krakowie. Myslalem ze pekler i stefan sa troche bardziej znani – bylo jednak baaardzo malo ludzi. ciekawe jak w lodzi.

  7. john mcernoe

    faktycznie, całkiem przyjemnie się słucha strings & feedback – bardzo zimowy album. a nokturny jeszcze przede mną.

  8. BRTK

    Mam nadzieje drogi McEnroe, że zdąrzyłeś się już jednak zapoznać z innymi albumami Peklera, bo to prawdziwe cudeńka. Choć warto było się zapoznać z nimi raczej przed koncertem (który w 70% oparty był na Strings+Feedback a w 20% na Nocturnes…).

  9. BRTK

    Koncert genialny, wręcz nieprawdopodobny. Najlepszy na jakim byłem (elektronika). Muzyka, Peklera nie ma żadnego odpowiednika. Jest tak indywidualna, że wszelkie porównania są nie na miejscu, mogą ją tylko deprecjonować. Pekler poszerza horyzonty elektroniki o całe mile, co potwierdza kolejnymi płytami i koncertami. Czysta zmysłowa muzyczna abstrakcja i oniryczny klimat który porównać jedynie można do malarstwa Marka Rothko.
    Technika gry i panowanie nad materiałem mistrzowskie!

  10. smith

    Bylem, potwierdzam zeznania 😉 McEnroe. Czekam na kolejne takie koncerty w Jazzdze.