Wpisz i kliknij enter

Blackfield – Blackfield II


Pierwszy album Blackfield był synonimem muzycznej magii. Urzekał melodyjnością, bezpretensjonalnością i wachlarzem szczerych emocji. Niewiele jest płyt, na których piękno objawia się w prostocie w tak olśniewający sposób. Pierwotnie jednorazowy projekt Stevena Wilsona (Porcupine Tree, No-Man, Bass Communion) i izraelskiego gwiazdora Aviva Geffena odniósł nadspodziewany sukces, pociągając za sobą trasę i ostatecznie, po trzech latach, kontynuację debiutu.
Co zmieniło się w muzyce duetu na przestrzeni czasu? Pozornie niewiele. Ot, proste piosenki z pogranicza rocka i popu, osadzone w ciepłej atmosferze lat 60./70., pozbawione udziwnień i ideologii. Najczęściej o miłości, niekoniecznie spełnionej. Dokładnie to samo, co znałem z pierwszego albumu. Nie spodziewałem się rewolucji, pamiętając że poletkiem eksperymentów Wilsona jest jego macierzysta grupa oraz poboczne wyprawy okołoelektroniczne, zaś Blackfield to chwila wytchnienia, zwykła uciecha ze wspólnego grania. Panowie zadbali o drobne innowacje w stosunku do poprzedniego krążka: wyeksponowanym partiom elektrycznych i akustycznych gitar towarzyszy waltornia, elektryczne pianino, klawisze, a nawet stylofon. Nie zabrakło również instrumentów smyczkowych, co nadało muzyce większego rozmachu. „My Gift of Silence” to klasyczna blackfieldowa pościelówa, podobnie jak porywający „Miss U” ze wstępem ciążącym w stronę ballady i niespodziewanym wybuchem emocji w refrenie. Żywiołowy „Epidemic” zawiera niepotrzebną wpadkę w postaci kuriozalnego okrzyku „yeah yeah yeah!”, ale pozostawia ogólne dobre wrażenie. Twórcy pozwolili sobie też na delikatne odstępstwa od blackfieldowego klimatu i trzeba przyznać, że właśnie wtedy wypadają najciekawiej. Tak jak w świetnym, odrealnionym „Some Day”, nawiązującym do Radiohead z okresu „OK Computer”. Jeszcze lepszy jest „Christenings”, który brzmi niczym zaginiony utwór Bowiego jako Ziggy’ego Stardusta, wspaniały hymn złotego okresu glamu. Niestety, o ile w tym wypadku można mówić o swoistym hołdzie, o tyle granice zapożyczeń zostają czasami poważnie przekroczone: singlowy „Once” to niemal nuta w nutę duplikat utworu „You Made It” z ostatniej płyty DJ-a Shadowa. Podobieństwo jest tak uderzające, że trudno uwierzyć w przypadek. Z kolei „This Killer” zbyt nachalnie naśladuje styl nieistniejącej już grupy Mansun. W leniwym „1.000 People” Blackfield gra jak Blackfield, które udaje, że gra inaczej. Nie świadczy to dobrze o kreatywności artystów. Zwłaszcza, że na 10 utworów, dwa pochodzą z solowego albumu Geffena, jeden pojawił się jako bonus na debiucie duetu, inny z kolei stanowi odrzut z sesji Porcupine Tree. Zdecydowanie najsłabszym ogniwem są teksty, które często ocierają się o banał.
Niemniej jednak nie ma co narzekać – pomimo kilku mało przekonujących momentów, w swojej pop-rockowej kategorii „Blackfield II” prezentuje poziom i klasę nieosiągalne dla wielu innych.
2007







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy