Ben Lukas Boysen – Mirage
Jarek Szczęsny:

Pokaz iluzji.

Siema Ziemia – Siema Ziemia
Jarek Szczęsny:

Dodatkowe skurcze mięśni.

Fluxion – Perspectives
Paweł Gzyl:

Nostalgia po grecku.

Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.



Donna Regina , Jacaszek, Miłka w Łodzi – 14 stycznia 2006

Ciąg dalszy spotkań z nową muzyką w Łodzi zapowiadał się całkiem przyjemnie, bo i muzyka zarówno Jacaszka i Miłki jak i Donny Reginy to bardzo ciepłe i miłe dla ucha dźwięki, a właśnie Ci artyści mieli trafić, za sprawą Gustaffa, do łódzkiej Jazzgi. I trafili – w wyjątkowo chłodny i wilgotny wieczór, zatem była okazja do ogrzania skostniałych rąk i przemrożonych uszu.     Ciąg dalszy spotkań z nową muzyką w Łodzi zapowiadał się całkiem przyjemnie, bo i muzyka zarówno Jacaszka i Miłki jak i Donny Reginy to bardzo ciepłe i miłe dla ucha dźwięki, a właśnie Ci artyści mieli trafić, za sprawą Gustaffa, do łódzkiej Jazzgi. I trafili – w wyjątkowo chłodny i wilgotny wieczór, zatem była okazja do ogrzania skostniałych rąk i przemrożonych uszu.

    Jak zwykle wpadłem nieco spóźniony i zdaje się, że jeden utwór mi uciekł. Z tego co opowiadała znajoma to na początku były jakieś problemy z nagłośnieniem, także niewiele straciłem. Na szczęście dalej nie było już żadnych problemów i zgromadzona publiczność (a było jej całkiem sporo) mogła bez przeszkód delektować się delikatnym, dość niskim głosem Miłki i doskonale wspólgrającymi z jej barwą podkładami Jacaszka. Ona zdecydowanie na przodzie, przykuwająca uwagę, on schowany za swoim sprzętem, bardziej jak producent czy muzyk sesyjny, a nie główny twórca projektu. Ona kokietująca, choć przy tym bujająca gdzieś w obłokach swoich poezji, on skupiony na dokładnym odtwarzaniu podkładów dla jej liryki.

    Materiał z „Sequel”, który miałem okazję słyszeć nie więcej niż 2-3 razy i to dość dawno, został dość starannie odtworzony, bez zmian czy reinterpretacji na potrzeby koncertowe, ale w tym wypadku to nie zarzut, chodziło przecież o granie piosenek, a nie dzikie improwizacje niewyżytych elektroników, zabawiających się gałkami miksera i efektów ;).























Wokal, a może bardziej poetyckie nucenie Miłki to element zdecydowanie wybijający się w tej muzyce, do niej należy pierwszy plan, choć subtelność i lekkość partii szeptano-śpiewanych pozostawia bardzo dużo miejsca. W wielu momentach miałem wrażenie że ktoś szepcze mi coś do ucha, zresztą o to chyba chodziło artystce, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę tematykę jej tekstów.

    Podkłady, które, przy pomocy laptopa i klawiatury sterującej, tworzył Jacaszek, równie subtelnie wypełniały przestrzeń i uzupełniały warstwę wokalną, wzmacniając przekaz liryczny. Strzaskane w stylu lo-fi, staro brzmiące pianino, szczotki na werblu, specyficzne pogłosy, kontrabas, gdzieniegdzie lekko jazzująca gitara czy „vintage” elektryczne piano – to wszystko tworzyło klimat iście knajpiany i leniwy, ciepłą, letnią noc. Do tego misternie wplecione dźwięki elektroniczne, czy to w postaci wirtualnych analogów (chociażby Absynth, którego barwa „one finger” została użyta w „Terminal Okęcie”) czy zabiegów typowych dla minimali / clicków – szurnięcia, stuknięcia, cięcia. Wszystko dopracowane w najmniejszym szczególe, wymuskane, uporządkowane. Dźwięki leniwie przelewały się po scenie, dając okazję do odpłynięcia razem z nimi i wizjami snutymi przez Miłkę. Dobry, solidny set, oby więcej takich kolaboracji na polskiej scenie.

    Po krótkiej przerwie na scenie zameldowało się niemieckie trio, oczywiście w składzie – wokalistka, gitarzysta i gość odpowiadający za podkłady. W sumie nie spodziewałem się że ujrzę na scenie tak zaawansowanych wiekowo „dziadków”, jakoś ubzdurało mi się że Donna Regina to mniej więcej równolatkowie Lali Puny. Tak czy inaczej, nie miało to specjalnego wpływu na muzykę. A ta była słodziutko-wczesnojesienna, ciepła, wesoła, chwilami trącąca francuskim posmakiem lazurowego wybrzeża (nigdy nie byłem, ale tak sobie to wyobrażam 😉 ).























Materiał z najnowszej płyty, na którym w dużej mierze oparty był występ, jest właśnie taki – optymistyczny, durowy. Bardzo lekka sekcja rytmiczna, gitara często puszczana przez kaczkę, ale taką mało zadziorną, klawisze stonowane, od czasu do czasu jakiś saksofon, wibrafon czy shaker, a nawet hawajskie „zawodzenie” (w „Enemy”). Bardzo grzeczna ta muzyka. Tak samo jak i wokal Reginy Janssen. Wszystko bardzo pastelowe, rysowane kredkami świecowymi. Klimat wędrował od wczesnego popołudnia do późnego wieczoru, w zależności od intensywności podkładu i wykorzystania reverbów.

    Na pewno operowanie pozytywnym nastrojem i spójność warstwy wokalno-instrumentalnej to mocna strona Donny Reginy. Co ciekawe, miałem wrażenie że na scenie występują rozmarzeni Francuzi, mimo że niemieckiego porządku na pewno nie brakowało. Harmonie i brzmienia miały w sobie coś francuskiego (szczególnie w „Fast as a shark” i „Lazy heart”), tak jak w przypadku Stereolab (choć to przecież Brytyjczycy) czuło się tę lekkość i zwiewność. Może tylko od czasu do czasu przydałby się jakiś moment o większej intensywności, z pazurem, w końcu słodycze w za dużej ilości zaczynają mdlić nawet największych łasuchów. Wystarczyłoby przejść na przesterowaną gitarę na ósemkach, trochę podkręcić moc perkusji i zaśpiewać nieco niżej ;). No dobra, akurat tego wieczora nie trzeba było tego robić, ale nie w każdych warunkach sprawdzi się ta formuła, przynajmniej dla mnie.























    Ale nie spekulując, występ Niemców podobał mi się, a znajoma była nawet wniebowięta, podobnie jak duża część publiki. Koncert można uznać za absolutnie profesjonalny, podobnie zresztą jak i występ Jacaszka z Miłką. Cieszy fakt że nasi przedstawiciele w niczym nie ustępowali niemieckiemu, niezwykle przecież doświadczonemu trio, tak od strony artystycznej, jak i technicznej. Przyznam się, że nasz duet kupił mnie swoją wizją muzyczno-liryczną i na pewno w najbliższym czasie sięgnę ponownie po ich płytę i będę uważnie śledzić doniesienia z ich obozu (jeśli w ogóle jest w planach kolejna płyta).

ps. Podziękowania za zdjęcia dla Gościosławy 🙂

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. walczak

    Odniosłem wrażenie, że problemy z nagłośnieniem podczas występu Miłki nie zniknęły po pierwszej piosence. Raz głośniej grała lewa strona, raz prawa, raz na pierwszy plan wychodziły instrumenty Jacaszka (gubiąc w ten sposób głos Miłki) innym razem było odwrotnie. W pewnym momencie nawet Miłka przybrała zrezygnowany wyraz twarzy i dośpiewała swoje do końca nie bacząc na to, że łódzcy akustycy (łódzki akustyk?) zupełnie nie rozumieją, o co chodzi. Strona techniczna – wg mnie – fatalna. Za to Miłka i Jacaszek, mimo niedogodności, fenomenalni (ale jestem bezkrytyczny i moja ocena nie może w żaden sposób traktowana jakby posiadała w sobie choćby element obiektywizmu).
    Na Donnie Reginie nie zostałem. Do Jazzgi poszedłem wyłącznie na koncert Miłki.