Wpisz i kliknij enter

Freddy Fresh – Diggin Up Ghosts


Pochodzący z Nowego Jorku Frederick Schmidt jest jednym z najaktywniejszych i najbardziej płodnych muzycznie DJów i producentów. Od ponad 20 lat konsekwentnie uczy nas dobrego hip-hopu – zarówno jego tradycyjnej odmiany, jak i bardziej ambitnych, nieco eksperymentalnych form tego gatunku. Mając na swym koncie około stu albumów nagrywanych dla wielu bardzo różnorodnych wytwórni Freddy Fresh uznawany jest dziś za weterana, nierzadko za autorytet, który właściwie nic już nie musi udowadniać. Jak więc traktować album „Diggin Up Ghosts”, jeden z setki podobnych, w dodatku powstały ze zbioru odrzutów, ścinek i innych producenckich pozostałości?
Płyta zawiera materiał, jaki Freddy Fresh nagrał w ostatnim czasie, pracując nad kilkoma stricte hip-hopowymi projektami. Krótko mówiąc – „Diggin Up Ghosts” jest kompilacją kawałków, które albo nie zmieściły się na innych płytach, albo powstawały niejako na uboczu, znajdując swe miejsce i przeznaczenie dopiero teraz. Nie ma tu więc jakiejś większej filozofii, jest za to szesnaście instrumentalnych kompozycji, ocierających się przede wszystkim oczywiście o hip-hop, choć nie tylko – znajdziemy tu również flirt z bardziej mrocznym klimatem, również porcję czystej, szybującej gdzieś poza hip-hoppowy bit elektroniki. Momentami album przypomina typowy zbiór b-sideów, przeznaczony właściwie jedynie dla fanatyków twórczości Schmidta. Tutaj Freddy jest jakby trochę mniej „fresh”, bo serwuje nam bądź to jedynie szkice jakichś nigdy nie powstałych, poważniejszych form, bądź brzmienia mocno oldschoolowe, nadstawiające tęsknę ucho w stronę choćby lat 80. Jest więc bardzo nierówno – obok mało chwytliwych, nużących rozmydleń trafiają się utwory bardzo ciekawe, ratujące całość. Dobrym przykładem jest „Sidewinder”, kierujący album w intrygujące, momentami eksperymentalne rejony. I tak jest już do końca – „Diggin Up Ghosts” traktujmy więc nie tyle jako pełnoprawny projekt Fresha, ile jako kolaż, zbiór luźno powiązanych ze sobą form, które cieszyć powinny głównie sympatyków instrumentalnego hip-hopu – zarówno tego nowego [spod znaku Blockhead], jak i oldschoolowego. Hip-hopowi producenci znajdą tu kilka inspiracji – nic dziwnego, gra przecież weteran i mistrz gatunku.
Ciężko jednoznacznie ocenić ten krążek. Przypomina mi „Last Bingo in Paris” Howiego B – tam również królują zimne, oszczędne hip-hopowe formy. Fanom konkretnych, soczystych bitów, loopów, sampli i szczypty analogowej elektroniki – polecamy.
2005







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy