Ben Lukas Boysen – Mirage
Jarek Szczęsny:

Pokaz iluzji.

Siema Ziemia – Siema Ziemia
Jarek Szczęsny:

Dodatkowe skurcze mięśni.

Fluxion – Perspectives
Paweł Gzyl:

Nostalgia po grecku.

Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.



Freeform Festival 2005

co można zaoferować fanom szeroko pojętej elektroniki w Polsce poza sezonem letnim, w którym odbywa się parę ciekawych, dość perspektywicznych imprez o charakterze festiwalowym? z moich obserwacji wynika że raczej niewiele, szczególnie porównując do tego co dzieję się na zachodzie Europy. póki co byliśmy skazani na pojedyncze koncerty lub mini-trasy, sety dj-skie albo po prostu wyjazd do Berlina. na szczęście ten stan rzeczy zaczyna się nieco zmieniać, wystarczy rzucić okiem na rozpiskę Unsound Festival, jesienne trasy organizowane przez Gustaff Records czy prężnie rozwijające się kluby typu katowicka Hipnoza i Electro czy warszawskie 1955.          co można zaoferować fanom szeroko pojętej elektroniki w Polsce poza sezonem letnim, w którym odbywa się parę ciekawych, dość perspektywicznych imprez o charakterze festiwalowym? z moich obserwacji wynika że raczej niewiele, szczególnie porównując do tego co dzieję się na zachodzie Europy. póki co byliśmy skazani na pojedyncze koncerty lub mini-trasy, sety dj-skie albo po prostu wyjazd do Berlina. na szczęście ten stan rzeczy zaczyna się nieco zmieniać, wystarczy rzucić okiem na rozpiskę Unsound Festival, jesienne trasy organizowane przez Gustaff Records czy prężnie rozwijające się kluby typu katowicka Hipnoza i Electro czy warszawskie 1955.

debiutujący w tym roku Freeform Festival też ma szansę stać się kolejną atrakcją na nowomuzycznej koncertowej mapie Polski i mam nadzieję że stanie się imprezą cykliczną, a nie tylko jednorazowym przedsięwzięciem. wprawdzie skład tegorocznej edycji nie powalił mnie, a płyty dwóch gwiazd festiwalu – Telepopmusic i the Herbaliser są mi dość obojętne, ale gdy Jman zaproponował akredytację, to się specjalnie nie zastanawiałem – w końcu nic nie tracę, a jak się niewiele oczekuje to można się miło rozczarować. i tak też się stało. ale po kolei:

Nun


porównania do Ladytron czy Fischerspooner (o Madonnie aż boję się mówić) to jakiś żart i świadczy o dużym poczuciu humoru piszącego notkę o zespole w programie festiwalu – może i w/w projekty są inspiracjami dla duetu, ale jakoś tego nie dało się usłyszeć. za to słychać było bardzo przeciętne electro, które przechodziło momentami w kiepskie rejony dance (chamska stopa i hat grajacy umcy-umcy – ble), do tego problemy z czystym śpiewaniem wokalistki – być może był to wynik złego odsłuchu, ale nawet to nie jest usprawiedliwieniem.























niektóre zjazdy kojarzyły się z koszmarkami typu artystka Mandaryna w Sopocie. ruch sceniczny też nie powalał – bo właściwie go nie było. niestety, ale sceniczne wcielenie polskiej odpowiedzi na nurt electro / electro clash zupełnie nie przypadło mi do gustu, a jakiekolwiek próby zestawienia z zachodnią ekstraklasą nie mają w tej chwili sensu – bardzo dużo pracy jeszcze przed zespołem i mam tu na myśli przede wszystkim pomysł na muzykę i brzmienie.

Client


ooo – tak właśnie powinno się grać electro. po pierwsze – bardzo charakterystyczny image (zuniformizowane wdzianka), wreszcie jakiś ruch sceniczny i kontakt z publiką. od strony muzycznej też bardzo ciekawie – dobre linie basowo-perkusyjne (jak zwykle mnóstwo arppegiowanego basu i beatu opartego na ćwierćnutowej stopie i werblu), zachęcające do ruszenia tyłkiem, do tego łatwo wpadające w ucho, ale nie przekraczające subtelnej granicy melodyjność / rozmydlony kicz, linie wokalne.

co ważne – miałem też wrażenie obcowania z zespołem, który jednak w dużej części gra swoje kawałki, a nie tylko włącza przyciski play/stop – dobrym pomysłem było dorzucenie do koncertowego składu dodatkowej osoby, którym okazał się być wielki koleś o wyglądzie ochroniarza remizowego. mogli tylko darować sobie cover Bowiego, bo „Lets Dance” to religia, a religia rzeczą świętą jest i nie wypada się nabijać, a tym bardziej profanować ;). no i szkoda, że nie wpadli Carl i Pete – oj, ciekawiej by się zrobiło, a na pewno bardziej rocknrollowo. przy okazji Kate Moss mogłaby pokazać publicznie jak w łatwy i przyjemny sposób można zostać wylanym z pracy z H&H i chanel ;).

The Herbaliser


jak zaczęli to prawie wpadłem w euforie. pierwsze 40-45 minut przebujałem się przy funkowo-hopowym groovie, wszystko brzmiało cacy, instrumentaliści też wiedzieli o co chodzi. fajnie było oglądać tak duży skład (w sumie 9 osób), dęciaki ostro świdrowały uszy, sekcja uderzała po płucach miękkim, niskim dołem, klawiszowiec łagodził obyczaje ładnymi harmoniami i krótkimi solówkami, a dj dodał od siebie parę smaczków.























niestety, potem było znacznie gorzej, zabrakło kontrastów dynamiczno-aranżacyjnych i przytłoczyła mnie intensywność, jednorodność i monotonia. 3/4 koncertu pociągnęli na jednym groovie, tak jakby nie można było mocno przyspieszyć albo zwolnic, dać moment cichszego grania i wytchnienia.

mc (Wayne Rooney?) zupełnie mi się nie podobał, ale ja w ogóle nie lubię mcs. takie typowe przynudzanie i przeciągana gadka na jedno tempo, nawet bez zmian w intonacji. choć, kto wie, może miał coś mądrego do powiedzenia? ja w każdym razie za bardzo nie chciałem go słuchać i skupiałem uwagę na instrumentach. aha, no i jeszcze te nieszczęsne gadki-szmatki w ich wykonaniu, chyba ktoś bardzo chciał się przespać z jakąś panną z widowni (to nie tylko moja obserwacja 😉 ). jakby skończyli po niecałej godzinie to bym wychwalał ten koncert, a tak zdążyli mnie znudzić w drugiej części i ujawnić swoją nieumiejętność w rozkładaniu napięcia.

Loco Star


całkiem ok, na razie bez wzlotów ale i jakiś poważnych wtop. wokalistka powinna się chyba rozejrzeć za jakimiś innymi inspiracjami niż pani Nowicka, tak pod względem wokalnym (to takie niby chill-outowanie i friendly beatowanie, a tak naprawdę to jednak nudzenie, brakuje temu ikry, wyrazu, ekspresji), jak i scenicznym (trochę więcej życia i ruchu, energiczniej i z ochotą do życia 😉 ). w każdym razie jest nadzieja że może coś z niej być ciekawego, bo barwę ma niezłą.

instrumentaliści wypadli bardzo przyzwoicie, fajnie ze grają z żywym basem czy trąbką. kilka ciekawych patentów z podkładami clickowo-dubującymi (za nie odpowiedzialny był Dominik Trębski, znany między innym z występów z Tworzywem Sztucznym), kilka loungeowych usypiaczy – może trochę zbyt bezpłciowo (a może to ja jestem uczulony jednak na takie brzmienia), ale taki charakter gatunku który sobie wybrali pod uprawę.

Wise


nie miałem pojęcia co zaoferują w swoim występie francuzi, a okazało się że żabojady wypadli najlepiej z całego festiwalowego towarzystwa. świetne partie instrumentalne, różnorodność klimatyczna i dynamiczna, parę łamańców z nieparzystym metrum, nieco improwizacji, solowe popisy klawiszowca, gitarzysty i perkusisty (choć głowy nie urywały, szczególnie perkman grał jakoś bez koncepcji, jakby nie mógł wejść w groove). słychać było dużo pozytywnych wibracji, aż czuć było ciepło promieni słonecznych prosto z lazurowego wybrzeża. właśnie tak powinna grać Jazzanova czy Nuspirit Helsinki, gdyby grali koncerty w pełnym line-upie.

umiejętne budowanie napięcia w kompozycjach, a co za tym idzie klimatu świetne sprawdziło się, czy to stojąc i bujając się lekko, czy siedząc przy piwku i odpływając. może to nie była jakaś super rewelacja, jednak taki Royksopp czy Bonobo dostarczyli trzy razy więcej wrażeń, ale dawka naprawdę solidnych dźwięków w wykonaniu francuskich muzyków wprawiła mnie w wyjątkowo dobry nastrój, a przecież właśnie o to chodzi.
no, to po tym występie jestem już wystarczająco „wise” i spróbuję zdobyć jakąś ich płytkę, bo ciekaw jestem czy równie skutecznie bronią się na płycie.

Telepopmusik


telewizyjna pop-papka z płyt nigdy mnie nie przekonywała, nawet osławiony hit z jedynki przechodził mi koło ucha . jednak na żywo to zupełnie inna bajka i nawet mimo mojego niezbyt przychylnego nastawienia, skończyło się na dobrej (choć miejscami wyjątkowo leniwej) zabawie. były nawet momenty niezłego odjazdu, szczególnie wtedy gdy usypiali tym miłym, lejącym się z głośnika do głośnika dźwiękiem.

największy aplauz wzbudził oczywiście „breathe”, ale reszta utworów też się publiczności podobała. mnie tam nieco drażnił ten czarny frontman, mógłby juz nie ściemniać i przyznać się ze to „boyfriend” nie lubi oglądać jego sexy (ponoć) nóg. poza tym przypominał nieco małego dzieciaka, który wyszedł na scenę i krzyczał „patrzcie jestem tutaj, no proszę, zwróćcie na mnie uwagę, o nawet gwiazdę zrobię” (tak się zastanawiałem jak mrs McCluskey wypadłaby przy takich układach choreograficznych 😉 ). ale wokalnie dał radę, więc niech mu tam będzie.
Angela z kolei próbowała podlizać się rzucanymi hasełkami po polsku (oj, jakże to wyświechtany patent), ale nawet w miarę szczerze to wyglądało. śpiewać oczywiście potrafi i to bardzo dobrze – to najjaśniejszy punkt tego zespołu. reszta (czyt. instrumentaliści) wypadła co najmniej zawodowo, ale to nic zaskakującego, tak powinno być wszędzie.

z całego występu najlepiej wypadły dla mnie bisy, czyli kraftwerkowy „trans europe express” i wpleciony w to motyw z Visage „fade to gray” – tym mnie naprawdę zaskoczyli i ostatecznie kupili. niech nagrają płytę z coverami – z chęcią kupię ;).

szkoda że nie udało mi się obejrzeć występy Stealpot, ale tak to jest jak się nie zna Warszawy, a potem trzeba błądzić po starej Pradze i okolicach (za to miałem ciekawą wycieczkę krajoznawczą). może następnym razem.

         natomiast można się cieszyć z profesjonalnej obsługi, kulturalnej ochrony, dobrego przygotowania organizatorów (wreszcie jakiś porządnie wykonany informator festiwalowy, opaski z plastiku a nie rwącego się papieru), imprez towarzyszących (filmy, pokazy, wystawy) i oczywiście przede wszystkim z fajnych koncertów (nie wszystkich co prawda, ale dobrze też móc poczuć różnicę). na przyszłą edycję zażyczyłbym sobie tylko jakiś jeden projekt łączący elektronikę z gitarami (np. the Rapture!!! ) i wyjdzie najlepszy festiwal w Polsce (albo przynajmniej powalczy o to miano z Openerem). w każdym razie powodzenia!

Zdjęcia pochodzą z tej strony.

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. red

    nie zgadzam sie z piszšcym powyższe brednie o NUN, zespół dał bardzo dobry koncert na europejskim poziomie muzyki electro pop, a niektórzy sšdzš nawet, że wypadł lepiej od gwiazdy wieczoru Client