Wpisz i kliknij enter

Girl Talk – Feed The Animals


Wędrówka drogami i bezdrożami kultury czasami kończy się w ślepym zaułku lub na ziemi jałowej. Gdyby to chociaż były miejsca brzydkie i nieciekawe, ale oglądane po raz pierwszy, podróż miałaby jakieś walory poznawcze. Tymczasem ścieżki są tak wydeptane, że zamieniły się w ruchome piaski, w których grzęźnie własna inwencja. Przedrzeźniając schematy, współczesna kultura wytworzyła swój anty-schemat, powielany bez opamiętania. Naśladowcy bawią się jedynie w przestawianie klocków, z których i tak nie potrafią ułożyć nowych konfiguracji.
Dokonań Grega Gillisa vel Girl Talk nie sposób nazwać autorskimi. Nie jest to twórczy sampling Coldcut czy choćby naszego Skalpela ani radosny pastisz masówki w breakcoreowym wykonaniu labelu Cock Rock Disco. To raczej gorączkowy mush-up, czyli didżejski manewr łączenia ze sobą dwóch lub więcej kawałków (często z zupełnie różnych półek), także dobrze znanych przebojów, pod taneczny rytm. „Feed The Animals” bazuje nie tylko na krótkich samplach, lecz również na dłuższych liniach melodycznych i wokalnych, co jest co najmniej kontrowersyjne ze względów tak estetycznych, jak i prawnych. Przez czternaście utworów przewijają się fragmenty m.in. Princea, Grandmaster Flash, Earth, Wind & Fire, Ace Of Base, Metalliki, Queen, Davida Bowiego, The Cure, Red Hot Chilli Peppers, Beach Boys, The Cardigans, Nirvany, Underworld oraz nieśmiertelny temat z serialu „Knight Rider” (David Hasselhoff i gadający samochód), znany z dziesiątek nagrań. Lista odniesień jest niepojęta, niestety Girl Talk nie tworzy nowej jakości ze strzępów masowej wyobraźni, tłukąc standardowy imprezowy set w duchu electro z lat 80., który u The Avalanches mógłby funkcjonować najwyżej jako koncertowy bootleg. Zdaję sobie sprawę, że na tym polega mash-up i że jest to muzyka użytkowa, mająca służyć beztroskiej zabawie. Jednak to, co sprawdza się w klubie, nie zawsze działa w domu. Nawet biorąc pod uwagę ludyczny charakter tego materiału oraz ironiczny tytuł, trudno uznać „Feed The Animals” za godne uwagi wydawnictwo. To emocjonalnie zimny pokaz cyrkowej ekwilibrystyki w ramach „kopiuj-wklej”, sztuczka dla sztuczki i nic więcej.
Blisko godzinna płyta jawi się więc jako wystąpienie klasowego prymusa, który brak inteligencji nadrabia pracowitością. Stworzono ją bowiem zgodnie z zasadą inżyniera Mamonia, która stała się podstawowym prawem szołbiznesu. I nic to, że Gillis posłużył się patentem Radiohead i wycenę swojej odtwórczości pozostawił słuchaczom na stronie illegalart.net. Uiściłem pięć dolarów, teraz nie wziąłbym tego nawet za darmo. Album z gatunku wybitnie niekoniecznych.
2008







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
color13
color13
12 lat temu

Świetna płyta – można jej słuchać dla czystej przyjemności słuchania, można jak detektyw – kto rozpozna więcej sampli, można leżeć, można tańczyć, można bakać, można pracować – muzyka nie tylko musi być prezentem od muzyków dla muzyków i mózgu zaraz pruć, na uchu zatrzyma się czasem też i wystarczy. Maciek – relax!!

sim
sim
12 lat temu

Bardzo fajna produkcja – nie tylko do klubu bo w domu też się przyjemnie słucha. Nie każdy potrafiłby stworzyć coś takiego i według mnie Pan Maciej przesadził stwierdzeniem, że autor nadrabia brak inteligencji pracowitością. Nawet Pan nie zna tego człowieka i myli Pan inteligencję z talentem oraz pomysłowością.

beau bullet
beau bullet
13 lat temu

W ogole bardzo niefortunnie ewoluowal caly ten paradygmat mash-up/bootleg. Jeszcze pare lat temu Get Your Bootleg On bylo kopalnia blyskotliwych produkcji teraz juz tylko gnioty-kiedys-fajnej-formy, o ktorych pisze Maciej…

Polecamy