Wpisz i kliknij enter

Hot Chip – Dj Kicks


Seria „Dj Kicks” od ponad 10 lat niezmordowanie kontynuowana przez berliński label Studio!K7 zmienia swoje oblicze jak w kalejdoskopie. Pionierami sukcesu tej marki przed laty byli topowi producenci techno parający się także sztuką djską: Carl Craig, Claude Young, Stacey Pullen czy CJ Bolland. Później wybory szefów wytwórni coraz bardziej zaskakiwały: Kruder&Dorfmeister, Nicolette, Andrea Parker, Erlend Oye, Stereo Mc”s, nawet stosunkowo mało znana Annie (recenzja jej płyty „Anniemal” znajduje się w naszym serwisie)… O niebywałym sukcesie serii świadczy wyzbyta koniunkturalizmu różnorodność podejścia do muzycznej materii artystów zaproszonych do współtworzenia mitu „Dj Kicks” – większość z nich nie jest kojarzona z dj”skich popisów, a z określonym, nierzadko zaskakującym muzycznym smakiem.
Ostatnia wolta w historii serii ponad rok temu wraz z wydaniem kompilacji przygotowanej przez Henrika Schwarza – niebywały miks soulu, techno, funku i jazzu, starego z zupełnie nowym, zapoczątkował najbardziej eksperymentalny brzmieniowo rozdział „Dj Kicks”. Apogeum ekscentryzmu, jak się wydawało, osiągnął rok temu Kieran Hebden z Four Tet, umieszczając Animal Collective w towarzystwie Akufena, a Curtisa Mayfielda niedaleko Cabaret Voltaire.
Hot Chip, odpowiedzialni za najnowszą odsłonę serii, to obecnie najlepsza grupa elektroakustycznego pop. W miksowaniu, podobnie jak Hebden, może nie są mistrzami świata, ale bardzo odważnie i konsekwentnie żonglują nastrojem i muzyczną konwencją. Rozpoczyna się jak…Hot Chip (Grovesnor, z którym zespół się ziomali), po czym nagły cut off i w głośnikach rozbrzmiewa oldskulowy hh (Positive K) gładko przechodzący w art funk Gramme (prekursorzy indie disco, pod koniec lat 90. rozkręcali wytwórnię Output). Pojawiają się w końcu mistrzowie ceremonii w jak zwykle szykownym, kosmicznym „death disco” stylu, nie bojąc się tandetnych klawiszy i czarując głosem Joe Goddarda. Wax Stag na chwilę przywołuje wspomnienie wczesnego IDM skoligaconego z Yellow Magic Orchestra, a New Order oprócz tego, że doskonale się z poprzednikiem komponuje, przypomina, że lista najlepszych uczniów New Order obejmuje również Hot Chip.
Kolejny skoczny hiphopowy akcent w osobie 15-letniego(!) młodziaka ze stajni Def Jam (Shad Talik Baker alias Young Leek) wprost idealnie zazębia się z ikoną funku, Ettą James, i niebywale kosmicznym moroderowym disco Black Devil Disco Club. I tak sobie ta ekscytująca żonglerka trwa: niemiecki mistrz techno, a zarazem geograf i przyrodnik Dominik Eulberg spotyka Grauzone, legendę Neue Deutsche Welle sprzed epoki, a ich miejsce bezczelnie zajmuje grime”owy Wookie. Potem zostaje jeszcze czas na przygodę z najnowszymi brzmieniami minimal techno (Gabriel Ananda, Audion) i zadziorną końcówkę – melodyjny i programowo tandetny new romantic Joe Jacksona, po którym następuje ostateczny cut off – i przenosimy się 50 lat wstecz do jakiejś nowoorleańskiej tancbudy, gdzie Ray Charles wyśpiewuje swoje nieśmiertelne „Mess Around”.
W różnorodności siła – co słychać po raz kolejny. Zaskoczenie to uczucie, które nieodparcie towarzyszy słuchaniu tej płyty. Biorąc pod uwagę poziom szaleństwa na przedostatniej części „Dj Kicks” autorstwa Four Tet czy przywołując na myśl inspiratorów estetyki mash up, 2 Many Dj”s, mamy do czynienia z czymś konceptualnie niby już nienowym, lecz muzycznie wiecznie zaskakującym. Podróż w przyszłość, podróż w teraźniejszość, podróż w przeszłość – a wszystko to w ciągu godziny. Jak się okazuje, tę podróż we wszystkie kierunki czasoprzestrzeni zapewnia nam współczesna, przeżarta cynizmem i brakiem podziału na sacrum i profanum popkultura!
2007







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy